Fair trade po polsku, czyli o wizycie w Stowarzyszeniu Serfenta.

Pisałam już kiedyś, że Cieszyn to miasto pełne ciekawych projektów (o mojej ostatniej wyprawie w te strony możecie przeczytać tutaj). Pod koniec stycznia znów miałam okazję tam gościć. Tym razem jednym z głównych celów mojej wizyty było spotkanie w Stowarzyszeniu Serfenta. Stowarzyszenie to jeszcze jedna pozytywna inicjatywa, zrodzona w Cieszynie. Jeśli chcecie dowiedzieć się w jaki sposób działalność Serfenty wpisuje się w koncepcję sprawiedliwego handlu, wspieranie lokalnego rynku i pielęgnowanie polskiej tradycji, zapraszam Was do dalszej lektury.

Czym jest Serfenta?

Biuro Serfenty mieści się w sercu Cieszyna – w jednej z kamienic leżących u stóp cieszyńskiego zamku. Jest to niezwykłe miejsce, w którym tradycyjne polskie rzemiosło splata się nowoczesnym designem. Słowo „splata” jest tu jak najbardziej adekwatne, ponieważ misją Stowarzyszenia jest pielęgnowanie i promowanie tradycyjnej sztuki wyplatania koszy.

Działalność Serfenty polega na prowadzeniu badań etnograficznych i nawiązywaniu kontaktów z mistrzami polskiego plecionkarstwa ze wszystkich regionów Polski. Wiedzę o rzemiośle wyplatania koszy posiadają zwykle starsze osoby mieszkające na terenach wiejskich, niemające doświadczenia w korzystaniu z nowoczesnych środków przekazu. Serfenta dąży do tego, żeby zachować ciągłość w przekazywaniu z pokolenia na pokolenie wiedzy o tradycyjnym plecionkarstwie. Misją Stowarzyszenia jest też zapewnienie rzemieślnikom rynku zbytu poprzez promowanie ich działalności, zarówno w Polsce, jak i zagranicą.

Zespół Serfenty tworzą Paulina Adamska, Łucja Cieślar i Anna Krężelok. Dziękuję serdecznie Pani Annie za ugoszczenie mnie w cieszyńskim biurze Serfenty i wprowadzenie w świat tego tradycyjnego rzemiosła, a pozostałym Paniom za wszelkie informacje nadesłane drogą mailową!

W cieszyńskim biurze Serfenty.
Polskie plecionkarstwo

Urok polskiego rzemiosła wyplatania koszy wynika przede wszystkim z bogactwa i różnorodności form i materiałów. Serfenta prowadzi internetową sprzedaż dzieł mistrzów polskiego plecionkarstwa. Są to wyroby z takich materiałów jak rogożyna (czyli pałka wodna), wiklina, słoma, korzenie świerkowe, leszczyna, a także materiały z recyklingu.

Jan Zogata, Paulina Adamska, Drude Isene (fot. Rafał Soliński), Jaworzynka, wyplatanie z korzeni świerka. Zdjęcie pochodzi z zasobów Serfenty.

A jak konkretnie wygląda współpraca Serfenty z polskimi plecionkarzami?

„Najpierw oczywiście sprawdzamy czy są, z czego wyplatają i co. W tym duchu prowadziliśmy więc nasze pierwsze projekty, nastawione głównie na badania etnograficzne. One dały nam rozeznanie co do aktualnie działających rzemieślników, a także przyniosły kolejne inspiracje, które – jak się okazuje – dotąd się nie skończyły. Po serii badań, zaczęliśmy organizować wystawy i konferencje, pisać publikacje, angażować się w debaty naukowe. Duży akcent położyliśmy też na naukę plecionkarskich umiejętności, które stale szlifujemy i doskonalimy. I ten kierunek jest wciąż ważny. I wreszcie, nasz najnowszy cel – sprzedaż tradycyjnych produktów na nowoczesnych rynkach. Produkty rozwijamy, staramy się je atrakcyjnie prezentować, każdy dostaje nasze logo i metkę z opisem twórcy, wreszcie dbamy o opakowanie.
W końcu współpracujemy z projektantami i proponujemy nowocześnie zaaranżowane plecionki. Jak to piszę, to widzę jaką drogę przebyłyśmy w Serfencie – od indywidualnej pasji do biznesu.” – wyjaśnia Paulina Adamska z Serfenty.

Kosze sprzedawane w sklepiku Serfenty mają rozmaite zastosowania: znajdziemy tam plecione torby na zakupy, damskie torebki, misy na owoce, piknikowe kosze i inne piękne rzeczy, które wspaniale udekorują dom. U mnie po wizycie w Serfencie zagościła zogata – mały koszyczek wypleciony przez Pana Jana w rejonie Beskidu Śląskiego. Nazwa koszyczka pochodzi od nazwiska jego twórcy. Cieszę się, bo zyskałam stylowy stojak na pędzle do makijażu i nie muszę już szukać ich po całym domu, jak przedtem. Jestem pewna, że nie jest to jedyny pomysł na wykorzystanie zogaty!

A tak wygląda zogata w użyciu!
Sprawiedliwy handel

Współpraca z Serfentą ma korzystny wpływ na sytuację polskich plecionkarzy i pomaga im dotrzeć do odbiorców, z którymi prawdopodobnie nie byliby w stanie nawiązać kontaktu na własną rękę. Paulina Adamska z Serfenty opisuje to w następujący sposób:

„Dążymy do organizacji systemu sprzedaży produktów tradycyjnych plecionkarzy na zasadach sprawiedliwego handlu. To znaczy – chcemy płacić im lepsze ceny niż sami podają – a tu trzeba zaznaczyć, że nie doceniają swojej pracy i zaniżają ceny. Nie potrafią jej odpowiednio wycenić, ani też wypromować. Już samo to, że zapewniamy im systematyczny zbyt
powoduje, że wciąż kontynuują twórczość. Pomagamy im też być bardziej widocznymi poprzez pisanie o ich pracy i zapraszanie dziennikarzy – np. Jan Zogata z Jaworzynki i jego piękne, unikatowe kosze z korzeni świerka doczekały się publikacji w naszym polskim Sielskim Życiu, ale także francuskim Le Lien Creatif. Jeśli mamy gości z zagranicy, to odwiedzamy najczęściej jego, a wówczas zawsze coś sprzeda ze swoich zasobów.
Innym przykładem jest Lucimia, wieś w centralnej Polsce, której kosze „kabłącoki” zostały, dzięki naszej pracy, wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego prowadzącą na listę UNESCO. Społeczność lokalna, czyli plecionkarze i ich rodziny, nie mieliby szans, by dowiedzieć się samodzielnie o procedurze związanej w przygotowaniem dokumentacji dotyczącej wpisu na listę. Tymczasem marka UNESCO to międzynarodowy prestiż. Dzięki tej pracy, „kabłącoki” będą miały szansę spotkać zagraniczną publiczność i klientów.”
Krystian Pisowicz, NN (fot. Paulina Adamska), woj. lubelskie, robienie prania w rzece, wiklinowy kosz kabłącok. Zdjęcie dzięki uprzejmości Serfenty.
Józef Gawlik, Marcin Gawlik, Rafał Soliński (fot. Paulina Adamska), Małopolska, łopołki wyplatane z dębu. Zdjęcie dzięki uprzejmości Serfenty.
 Od pasji do biznesu
Paulina Adamska z Serfenty w ten sposób mówi o początkach swojej plecionkarskiej pasji, która stała się siłą napędową do powstania Stowarzyszenia:
„Od kiedy pamiętam czułam pociąg do pracy manualnej. Kiedy dowiedziałam się, że istnieje szkoła, która stawia na praktyczną naukę rzemiosła, to tak długo szukałam możliwości, by w niej się uczyć, aż to się stało. W 2006 roku zaczęłam uczyć się w Uniwersytecie Ludowym Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej, gdzie w ciągu 2 letniego kursu zdobywa się doświadczenie i wiedzę z zakresu m.in. ceramiki, malarstwa, tkactwa i właśnie wikliny. Od razu wpadłam po uszy jeśli chodzi o sam kontakt z rzemiosłem, ale też miejsce i ludzi. Zawarte wtedy przyjaźnie trwają do dziś, w tym też z nauczycielami. Miałam tam szczęście poznać niezwykłego pasjonata sztuki plecionkarskiej – Zdzisława Kwaska, naszego nauczyciela na zajęciach z wikliny. Zdzisław jest człowiekiem pełnym humoru i entuzjazmu i to dzięki niemu zapałałam chęcią podążenia szlakiem tradycyjnych plecionkarzy w Polsce.”
Przekazywanie wiedzy młodym
Oprócz promowania dzieł rzemieślników przy użyciu nowoczesnych środków przekazu, Serfenta dba o to, żeby plecionkarstwo nie stało się wymarłą sztuką, a wręcz przeciwnie – trwało i kwitło z pokolenia na pokolenie. Dlatego też Stowarzyszenie organizuje warsztaty, podczas których uczestnicy mają okazję zgłębiać tajniki plecionkarstwa. Najbliższe warsztaty odbędą się 20 lutego w Kawiarni Fotograficznej w Katowicach – może ktoś z Was się wybierze? Będzie można nauczyć się, jak wyplatać wiklinowe lampki. Szczegóły wydarzenia znajdziecie tutaj
Ponadto, Serfenta wydała książkę „Plecionkarskim szlakiem Wisły” oraz płyty z filmami instruktażowymi, do samodzielnej nauki plecionkarstwa.
Kosz-kołysak w cieszyńskim biurze Serfenty.
 W zeszłym roku w Zamku Cieszyńskim można było też obejrzeć wystawę „Sploty na Fali”. Jest to projekt przeprowadzony przez Stowarzyszenie Serfenta we współpracy z Wydziałem Form Użytkowych Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Studentki uczelni w ramach projektu brały udział w warsztatach plecionkarskich, prowadzonych przez mistrzów tego rzemiosła. Zdobytą tam wiedzę wykorzystały do stworzenia własnych, unikalnych projektów. W efekcie powstały nowoczesne i stylowe przedmioty, takie jak kosze na pranie, torebki, plecaki, a nawet wiklinowy kosz do transportowania piwa. Serfenta przewiduje wprowadzenie części tych produktów do sprzedaży, więc jeśli lubicie piękny, nowoczesny design odwołujący się do tradycyjnych technik, zachęcam Was do śledzenia profilu Serfenty na Facebooku. To doskonały przykład kreatywnego połączenia tradycji z nowoczesnością.
Dlaczego warto wspierać Serfentę?

Zachęcam wszystkie osoby zainteresowane koncepcją sprawiedliwego handlu, polską kulturą czy designem do regularnego odwiedzania strony internetowej Serfenty. Może zdecydujecie się na udział w warsztatach lub zakupy w internetowym sklepiku? Produkty Serfenty to według mnie rozwiązanie dla wszystkich, którzy poszukują alternatywy dla szybkich zakupów, bezmyślnej konsumpcji i zalewających rynek tandetnych i nietrwałych plastikowych wyrobów. Serfenta oferuje nie tylko piękne, wykonane z naturalnych materiałów przedmioty, ale także satysfakcję z tego, że wspieramy pracę konkretnych osób i pomagamy przetrwać polskiej tradycji. Innymi słowy, Serfenta to przykład absolutnie unikalnego projektu, który integruje pokolenia, a także łączy w sobie lokalny patriotyzm, szacunek i twórcze podejście do rzemiosła oraz idee odpowiedzialnej konsumpcji i slow fashion. To także piękny dowód na to, że indywidualną pasję można przekształcić w dobrze funkcjonujący, a zarazem potrzebny i odpowiedzialny społecznie biznes. Oby takich inicjatyw powstawało jak najwięcej!

Więcej na ten temat:
  • Adres:

ul. Przykopa 2/5
43 – 400 Cieszyn

 

 

 

Wolontariat w Szlachetnej Paczce

Tak, jak obiecałam w moim ostatnim wpisie, dziś podzielę się z Wami wrażeniami z wolontariatu w projekcie Szlachetna Paczka. Inicjatywa ta znana jest mi od lat. Do tej pory wspierałam ją jednak jedynie jako współdarczyńca, przygotowując z grupą znajomych świąteczne paczki dla potrzebujących rodzin. W roku 2017 postanowiłam jednak dowiedzieć się, jak to wygląda z drugiej strony, czyli z perspektywy wolontariusza.

Może też zastanawialiście się nad wolontariatem w Paczce, tylko nie jesteście pewni, jak to wygląda? Chcecie wiedzieć, czy warto się zaangażować? Oceńcie sami! Zapraszam na małe podsumowanie.

Szlachetna Paczka – co to takiego?

Szlachetna Paczka to w Polsce chyba jeden z najgłośniejszych i najbardziej znanych projektów pomocy potrzebującym. Akcję prowadzi Stowarzyszenie Wiosna przy pomocy wolontariuszy we wszystkich regionach Polski. Celem Paczki jest niesienie pomocy rodzinom lub osobom samotnym w trudnej sytuacji materialnej. Chodzi o dotarcie do osób, które z przyczyn od nich niezależnych borykają się z biedą. Przyczyny te mogą być różne: trudny start życiowy (na przykład, młodzi ludzie wychowani w domach dziecka), choroba, niepełnosprawność czy nieszczęście (powódź, pożar, itp). Paczka ma za zadanie zapewnić pomoc głównie materialną (choć czasem też na przykład prawną lub medyczną), która może pomóc rodzinie wyjść z biedy.

Na czym polega pomoc?

Potrzeby są bardzo zróżnicowane i zależą od sytuacji: może chodzić o sprzęt rehabilitacyjny dla osób po ciężkich chorobach, podręczniki szkolne dla dzieci, odzież, narzędzia, które umożliwią pracę zarobkową. Pomoc w postaci Paczki w założeniu jest jednorazowa – ma być impulsem, który zmotywuje rodzinę do dalszego, samodzielnego działania. W wyjątkowych przypadkach można rodzinę zakwalifikować po raz kolejny do programu, ale nie powinno się tego robić więcej niż trzy razy. Chodzi o to, żeby żadna z rodzin czy osób nie uzależniała swojego losu od kolejnych edycji Paczki, ale o to, żeby po jakimś czasie stała się samodzielna.

Darczyńcy

Kto finansuje paczki dla rodzin? Są to darczyńcy –  osoby, które po przeczytaniu opisu sytuacji rodziny, decydują się jej pomóc. Rodzinę zwykle „rezerwuje” w systemie pojedyncza osoba, jednak paczkę przygotowuje wspólnie z rodziną, przyjaciółmi, kolegami z pracy. Im więcej osób się zrzuci, tym pełniej udaje się zaspokoić potrzeby danej rodziny.

Finał Paczki

Kulminacja akcji ma miejsce w okresie okołoświątecznym. W tym roku tzw. finał Paczki wypadł 9 i 10 grudnia. Są to dni, które wolontariusze spędzają w miejscu nazywanym w Paczkowym żargonie magazynem (w moim przypadku była to po prostu jedna ze szkół podstawowych na warszawskiej Pradze). Jest to czas, kiedy w magazynie pojawiają się darczyńcy, którzy przywożą przygotowane przez siebie paczki. Te z kolei są następnie zawożone przez wolontariuszy do objętych programem rodzin.

Jak zostać wolontariuszem?

Rekrutacja wolontariuszy rozpoczyna się wcześnie, bo już w sierpniu. Informacje o naborze pojawią się wówczas na stronie Paczki – jeśli więc rozważacie wolontariat, warto w tym okresie odwiedzać stronę. Gdy rekrutacja rusza, na stronie pojawia się krótki formularz, który należy wypełnić i czekać, aż odezwie się do nas lider rejonu. Taka osoba również działa w Paczce na zasadzie wolontariatu. Jej zadaniem jest rekrutacja, a następnie koordynowanie działań w przydzielonym jej rejonie (w przypadku Warszawy, rejonami są poszczególne dzielnicy, ja na przykład byłam wolontariuszką w rejonie Saska Kępa i Gocław). Lider rejonu umawia się z kandydatem wolontariusza na nieformalne spotkanie, w czasie którego opowiada o zasadach działania projektu i decyduje, czy osoba nadaje się na wolontariusza.

Kwalifikacje?

W rzeczywistości nie trzeba mieć żadnych specjalnych kwalifikacji – po prostu trzeba chcieć wziąć udział w akcji i być osobą zmotywowaną i odpowiedzialną. Szczerze mówiąc, nie wiem jak dziwnie trzeba by się było zachowywać w czasie spotkania, żeby lider zdecydował się odrzucić naszą kandydaturę. Tak więc spotkanie z liderem to raczej formalność, której celem jest poinformowanie przyszłego wolontariusza o tym, jak będą przebiegały dalsze działania.

Podopieczni

Głównym zadaniem wolontariusza jest opieka nad kilkoma przydzielonymi mu rodzinami/osobami samotnymi. Na początku października dla każdego rejonu w systemie pojawiają się dane rodzin zgłoszonych do tegorocznego programu. Skąd biorą się te informacje? Otóż rodziny zgłaszane są przez różne instytucje: szkoły, ośrodki pomocy społeczne, parafie, itp. Rodziny do programu mogą zgłaszać też inne osoby, np. sąsiedzi czy znajomi – rzecz w tym, że nie mogą zgłaszać się same.

Zadania wolontariusza
  • Początkujący wolontariusze odbywają w okolicach września całodniowe szkolenie, którego celem jest wyjaśnienie zasad funkcjonowania Paczki.
  • Każdy wolontariusz dostaje pod opiekę kilka rodzin – ja dostałam tylko dwie ze względu na status początkującego wolontariusza. Osoby bardziej doświadczone miały pod opieką więcej rodzin – zwykle trzy lub cztery.
  • Zadaniem wolontariusza jest odwiedzenie każdej z rodzin dwa razy i zadecydowanie, czy kwalifikuje się ona do programu. Wizyty odbywa się w towarzystwie drugiej osoby – wolontariusza towarzyszącego, który w razie wątpliwości ma nam służyć drugą opinią.
  • Podczas pierwszej wizyty poznajemy ogólną sytuację rodziny – rozmawiamy ze wszystkimi domownikami, dowiadujemy się czym się zajmują i z jakimi problemami się borykają. Podczas drugiej – wypytujemy o konkretne potrzeby, zarówno materialne, jak i niematerialne. Po każdej z wizyt możemy zadecydować o niezakwalifikowaniu rodziny do programu.
Kryteria przyjęcia do programu:
  • Jakich rodzin nie kwalifikujemy? Takich, w których osoby przejawiają postawę roszczeniową, uważają, że „pomoc im się należy”, sprawiają wrażenie agresywnych, zachłannych lub biernych, nie robiących na własną rękę nic w celu poprawy swojej sytuacji, a jedynie oczekujących na pomoc innych.
  • Jakie rodziny włączamy do programu? Takie, które mimo trudnej sytuacji podejmują działania mające na celu poprawienie jej – oczywiście na miarę własnych możliwości.
  • Czy sytuacja zawsze jest klarowna i oczywista? Jasne, że nie! Podjęcie takiej decyzji to duża odpowiedzialność, niejednokrotnie wiążąca się z dużymi dylematami, spędzającymi wolontariuszom sen z powiek. Dlatego warto zasięgnąć rady lidera lub bardziej doświadczonych wolontariuszy. Dyskusje na ten temat często prowadzone są w ramach rejonowej grupy Facebookowej.
Robota papierkowa…
  • Pytań, które zadajemy rodzinie w czasie wizyty nie bierzemy z kosmosu. Za każdym razem mamy ze sobą do wypełnienia arkusz zawierający zagadnienia, które powinniśmy omówić z rodziną. Część pytań jest ogólna, część bardzo konkretna (dotyczy na przykład miesięcznych wydatków rodziny, źródeł utrzymania, wysokości przychodu na członka rodziny, itp.). Takie dane również są brane pod uwagę przy kwalifikowaniu rodziny do projektu.
  • Po każdej wizycie dane zawarte w arkuszu musimy wpisać do internetowej paczkowej bazy danych.
  • Gdy po dwóch wizytach zdecydujemy się zakwalifikować rodzinę do programu, tworzymy w systemie jej opis, który po sprawdzeniu przez specjalistów od opisów, będzie następnie widoczny dla darczyńcy. Od opisu bardzo dużo zależy, bo to właśnie na jego podstawie darczyńca decyduje się wesprzeć konkretną rodzinę.
Ile czasu trzeba poświęcić?
  • Szkolenie dla początkujących wolontariuszy trwa około 7 godzin i zwykle odbywa się we wrześniu, w jedną z sobót.
  • Najbardziej pracowity okres rozpoczyna się na początku października i trwa mniej więcej do połowy listopada. W tym czasie musimy odwiedzić dwukrotnie każdą z przydzielonych nam rodzin i wprowadzić oba arkusze oraz opis tych zakwalifikowanych do systemu. Wizyta u rodziny trwa średnio godzinę – do tego trzeba doliczyć dojazdy (nie są to duże odległości, bo pracujemy w dzielnicy, w której mieszkamy, mimo to czasem trzeba kawałek drogi pokonać). Tak więc czas potrzebny na wizytę u każdej z rodzin to z dojazdami ok, 1,5-2 godziny.
  • Następnie wypełnianie arkuszy – w zależności od tego, jak sprawnie tworzysz tego rodzaju treści, będzie to prawdopodobnie 0,5-1 h na arkusz. Dodatkowo w tym czasie wypada co najmniej dwa razy uczestniczyć w wizycie jako wolontariusz towarzyszący – to kolejne 1,5 – 2h na wizytę.
  • Mniej więcej w połowie listopada otwiera się baza, w której darczyńcy mogą przeczytać opisy i na ich podstawie wybrać rodzinę, której deklarują się pomóc. W momencie, gdy dla którejś z „naszych” rodzin znajdzie się darczyńca, otrzymujemy maila z jego danymi kontaktowymi. Naszym zadaniem od tego momentu aż do grudniowego Finału jest utrzymywanie kontaktu telefonicznego/mailowego z darczyńcą. Możemy mu doradzać w razie wątpliwości podczas kompletowania Paczki, ponieważ jako wolontariusze to my jesteśmy osobami, które najlepiej poznały rodzinę w potrzebie. Przed grudniowym Finałem, ustalamy z darczyńcą, w który z weekendowych dni dostarczy on paczki do magazynu i umawiamy się z nim na konkretną godzinę odbioru.
Jak wygląda Finał?
  • Te dwa grudniowe dni to istne szaleństwo. W tym czasie wolontariusze oczekują w magazynie na „swoich” darczyńców, a gdy ci się pojawią, podejmują ich herbatą lub kawą oraz ciastem. Jest to chwila na krótką rozmowę z darczyńcą i wyrażenie wdzięczności za jego udział w programie. Gdy darczyńca opuści magazyn, przywiezione przez niego paczki ładuje się do jednego z „dyżurnych” paczkowych samochodów i zawozi się bezpośrednio do rodzin.
  • Po Finale przychodzi czas na wypełnienie jeszcze jednego arkusza, w którym zamieszczamy informacje o reakcji rodziny na otrzymaną pomoc oraz odnotowujemy słowa, które obdarowani chcieliby przekazać darczyńcy.
Problemy

Z jakimi przeciwnościami może spotkać się wolontariusz Paczki?

  • Wypełnianie arkuszy – jeśli osoby sprawdzające w systemie opisy rodzin stwierdzą, że czegoś w nich brakuje, będą odsyłać je do nas. Nawet kilkakrotnie. Sporo pytań w arkuszach powiela się i pisania naprawdę jest sporo, więc szczególnie osoby niezbyt cierpliwe/nielubiące pisać, mogą poczuć się nieco zirytowane.
  • Problemy z darczyńcą – bardzo rzadko, ale mimo wszystko od czasu do czasu zdarza się, że darczyńca zawodzi. W ostatniej chwili wycofuje się albo zamiast zdeklarowanej, konkretnej pomocy przywozi jakieś stare rupiecie, których chce się pozbyć z domu. W takiej sytuacji wolontariusz, aby oszczędzić rodzinie rozczarowania, zwykle na ostatnią chwilę organizuje paczkę na własną rękę. Nie oznacza to oczywiście, że musi to sam sfinansować.  Zwykle, przy pomocy Facebookowej ogólnopolskiej grupy, prowadzi poszukiwania – prosi o nadwyżkowe dary z innych paczek, szuka sponsorów, w ostateczności ogłasza zrzutkę.  W naszym rejonie nic takiego się nie zdarzyło – darczyńcy tłumnie pojawili się z paczkami, a większość z nich dostarczyła więcej darów, niż ktokolwiek się spodziewał.

Widziałam jednak, że wolontariuszom z paczkowego forum zdarzały się nieprzyjemne niespodzianki. I chociaż koniec końców zwykle znajduje się rozwiązanie, to wyobrażam sobie, że taka sytuacja na pewno wiąże się z dużym stresem.

  • Dla osoby, której na sercu leży nie tylko dobro ludzi, ale też planety w ogóle, na pewno przerażająca może wydać się ilość śmieci generowana podczas Finału Paczki. Stosy papieru do pakowania, naczynia jednorazowe, opakowania po ciastkach i jedzeniu na wynos, butelki po napojach… Gdy przemnoży się tę ilość przez liczbę magazynów działających w Polsce – może na pewno napełnić to grozą.

Oczywiście, nic nie jest stracone i z każdą kolejną edycją można nad tym problemem pracować. Mam nadzieję, że w kolejnych latach będzie kładziony na ten aspekt większy nacisk. Warto byłoby wprowadzić stosowanie naczyń wielorazowych, bidonów na wodę i pudełek lunchowych. Można też, tak jak w naszym rejonie, zdobyć naczynia jednorazowe biodegradowalne z otrąb pszennych, a resztki jedzenia pozostałe po finale zawieźć do jadłodzielni.

Dlaczego warto?

Mimo wszystkich wyżej wymienionych problemów i wad, nie mam wątpliwości co do tego, że w Paczkę warto się angażować. Oto kilka powodów:

  • Pośredniczymy w dostarczaniu bardzo konkretnej pomocy konkretnym osobom, które osobiście poznajemy. W czasie grudniowego finału na własne oczy widziałam, jak sensowne i mądre prezenty zakupili darczyńcy dla naszych podopiecznych. Jeszcze więcej budujących historii słyszałam od innych wolontariuszy i czytałam na forum ogólnopolskim – potrzebujący, którzy dostali narzędzia pracy, oferty pracy, sprzęt rehabilitacyjny, pomoce naukowe dla dzieci – przykłady można wymieniać bez końca.

Jasne, że nic nie jest idealne i bardzo możliwe, że jakaś część rodzin nie wykorzysta we właściwy sposób otrzymanej pomocy, rozleniwi się i w przyszłym roku będzie oczekiwać więcej. Takie historie jak najbardziej mogą mieć miejsce. Ale znajdzie się też wiele takich, dla których Paczka stanie się jednorazowym bodźcem do poprawy sytuacji życiowej. Warto nie odmawiać im tej szansy!

  • Radość i wzruszenie rodzin otrzymujących pomoc są zaraźliwe! Poziom euforii odczuwany przez wolontariusza w czasie Finału, gdy widzi owoce swojej kilkumiesięcznej pracy jest nie do opisania! Zapewniam, że w tych dniach zapomnicie o uciążliwej pracy z arkuszami i wszelkich irytujących sprawach po drodze.
  • Poznajemy ludzi mieszkających w bezpośredniej okolicy. Paczka ma także swój wymiar towarzyski! W trakcie trwania projektu co jakiś czas spotykaliśmy się z wolontariuszami z naszego rejonu na piwie, kawie czy kręglach. Takie spotkania odbywają się też co jakiś czas także po Finale, a w styczniu lub w lutym mają miejsce Gale Paczki – ogólnopolska i wojewódzkie, na której wolontariusze imprezują razem i nawiązują jeszcze więcej nowych znajomości.
  • Zdobywamy doświadczenie, które w wielu przypadkach można wpisać do CV: rozwiązywanie problemów, logistyka, PR i marketing, pozyskiwanie partnerów biznesowych, zarządzanie ludźmi – te i inne umiejętności na pewno można kształtować, pracując jako wolontariusz w Paczce.
  • Budujemy więzi w lokalnej społeczności. Dowiadujemy się o istnieniu w naszym otoczeniu osób z problemami i potrzebujących pomocy. Między taką osobą a wolontariuszem powstaje pewna więź. Nawet po zakończeniu projektu od czasu do czasu można zajrzeć do swoich podopiecznych, sprawdzić, jak im się wiedzie i może pomóc im w jakiś sposób, np. w codziennych zakupach, jeśli mamy do czynienia z osobą starszą i samotną. Dzięki temu przyczyniamy się troszkę do poprawy jakości życia naszych sąsiadów i sprawiamy, że lokalna społeczność lepiej pełni swoją funkcję.
Więcej na temat:

Kilka słów o wolontariacie

Po co komu wolontariat?

Według internetowego słownika  PWN wolontariat to «dobrowolna, bezpłatna praca społeczna, zwłaszcza związana z opieką nad nieuleczalnie chorymi lub niepełnosprawnymi ludźmi». Według mnie to definicja nieco wąska, bo w rzeczywistości wolontariat może odnosić się do bardzo wielu dziedzin życia, takich jak opieka nad zwierzętami, ekologiczne rolnictwo, prawa człowieka i wiele, wiele innych. Nie to jednak jest najważniejsze. Kluczowa jest tutaj fraza „bezpłatna praca”. Wiem, że na jej dźwięk wiele osób skrzywi się z niesmakiem. Jak to, ja miałbym pracować za darmo? Mam przecież swoją pracę/studia/mnóstwo zajęć, a potem jestem zmęczony i chcę w spokoju oglądać seriale na Netflixie, popijając piwkiem.

Żeby nie było. Ja też lubię seriale i piwo. Tak się składa jednak, że od wczesnych lat studenckich, czyli już od jakiejś dekady mam dość spore doświadczenie z różnego rodzaju wolontariatem, dla kilku, zupełnie różnych organizacji. To wieloletnie już, jakby nie było, doświadczenie każe mi jednoznacznie stwierdzić – wolontariat to świetna sprawa. Angażując się w taką działalność, wbrew pozorom nie robimy tego tylko i wyłącznie dla innych. Robimy jednocześnie całkiem sporo (a może nawet więcej) dla samych siebie.

Co zyskujesz?

Jakie to wymierne korzyści można osiągnąć poprzez wolontariat? Oprócz zupełnie oczywistej rzeczy, jaką jest satysfakcja z niesienia pomocy potrzebującym, jest też wiele czynników, które warto wziąć pod uwagę. Otóż, w zależności od rodzaju działalności, są to takie benefity jak:

  • zdobywanie umiejętności, którymi następnie można pochwalić się w CV
  • zdobywanie umiejętności, którymi może nie pochwalimy się w CV, ale przydadzą nam się w codziennym życiu
  • poznawanie nowych przyjaciół i znajomych – w ten sposób można poznać nawet swoją drugą połówkę (coś na ten temat wiem :))
  • jeśli jest to wolontariat zagraniczny – zyskujemy możliwość podróżowania w sposób nieobciążający budżetu,a także ćwiczymy języki obce
  • jeśli jest to wolontariat lokalny – budujemy w ten sposób więzi między ludźmi z najbliższej okolicy, tworzymy coś razem, zamiast narzekać na rzeczywistość – razem z innymi próbujemy ją naprawiać. Nie jesteśmy bierni, ale bierzemy sprawy w swoje ręce. Wierzcie mi, to przynosi mnóstwo satysfakcji!
Uwaga na…

Oczywiście, zanim zaangażujesz się w wolontariat, musisz odpowiedzieć sobie na następujące pytanie: co dobrego wyniknie z mojej pracy? Dlaczego organizacja szuka wolontariuszy? Zdarza się, że wolontariuszy rekrutuje na przykład korporacja czy inna duża firma nastawiona na zysk. Argumentem dla poszukiwania osób do darmowej pracy jest wówczas „zdobywanie doświadczenia zawodowego”.  Nie dajcie się zwieść. Od zdobywania doświadczenia są praktyki i staże, które powinny mieć jasno określone granice czasowe. Jeśli jedynym beneficjentem Waszych darmowych działań ma być tylko i wyłącznie owa firma, a nie na przykład lokalna społeczność czy inne dobro wspólne, wtedy nie warto się angażować.

Ponadto, trzeba uważać na wszelkiego rodzaju agencje pośredniczące w organizowaniu wolontariatu zagranicznego. Zdarza się, że taka agencja każe sobie płacić za to, żeby mogła Wam zorganizować „wolontariat” w biedniejszym kraju, na przykład w Azji lub Ameryce Łacińskiej. W zamian otrzymujemy hybrydę pracy dobroczynnej i luksusowych wakacji. W ciągu dnia pracujemy na przykład przy budowie zburzonych przez huragan chat, a wieczorem oddajemy się ekskluzywnym rozrywkom, na przykład pływamy z delfinami. Zupełnie nie o to chodzi. Po pierwsze,  bardzo często tego rodzaju prace wykonywane przez wolontariuszy przynoszą więcej szkody niż pożytku lokalnej społeczności. Powinny być raczej zlecone lokalnym specjalistom niż osobom z zewnątrz bez żadnego doświadczenia.  Poza tym płacenie komuś za możliwość wykonywania darmowej pracy, jest samo w sobie absurdalne i na widok takich ofert powinna się nam zapalać w głowie czerwona lampka. Według mnie, przy wolontariacie zagranicznym jedyne akceptowalne koszta to dojazd w dane miejsce i ewentualnie drobne kieszonkowe. W przypadku wolontariatu zagranicznego moim zdaniem warto unikać wszelkich pośredników i na własną rękę szukać działających na miejscu, sprawdzonych organizacji. O tym problemie wspomina też Janina Ochojska w książce „Świat według Janki” oraz Elizabeth Becker w reportażu „Overbooked”, o którym pisałam tutaj.

Moje doświadczenia z wolontariatem

Dzisiejszy wpis jest wstępem do całego cyklu artykułów, które planuję tu publikować co jakiś czas. Będę w nich pisać o moich doświadczeniach w konkretnych organizacjach, o ich wadach i zaletach, o tym, ile czasu trzeba poświęcić, aby pomagać w takiej czy innej organizacji. Planuję też przeprowadzać wywiady z innymi osobami, które angażują się w różnego rodzaju wolontariat.

Jeśli chodzi o mnie, to do tej pory miałam doświadczenia w następujących organizacjach:

  • Fundacja Inna Przestrzeń (Polska)
  • Emmaus (Francja)
  • Inner City Helping Homeless (Irlandia)
  • WWOOF (Argentyna)
  • Szlachetna Paczka (Polska)

O przygodzie w organizacji WWOOF pisałam już jakiś czas temu – dla zainteresowanych podaję link poniżej. Natomiast już niebawem chciałabym zaprosić Was do lektury wpisu o moim niedawnym doświadczeniu w Szlachetnej Paczce. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak to dokładnie wygląda, zapraszam już wkrótce!

Więcej na ten temat:

 

„Overbooked”. Recenzja książki Elizabeth Becker.

“Overbooked. The exploding business of travel and tourism” to dzieło obsypanej nagrodami amerykańskiej dziennikarki i dawnej korespondentki New York Times’a. Według mnie – pozycja obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych kwestiami zrównoważonej turystyki i odpowiedzialnego podróżowania. Jeśli zdecydujesz się poświęcić nieco czasu na jej przeczytanie, gwarantuję, że następne wakacje zaplanujesz w sposób bardziej niż do tej pory przemyślany. Zamiast ochoczo zaliczać kolejne punkty z listy „must see”, może poszukasz mniej oczywistych alternatyw?

Są takie miejsca, o których mówi się, że „trzeba je zobaczyć”. Obowiązkowo. Wieża Eiffel’a w Paryżu, Wenecja, świątynia Angkor Wat w Kambodży, Machu Picchu… Przykłady można mnożyć. Żyjemy w czasach, w których coraz więcej osób ma możliwość odwiedzenia tych niegdyś romantycznych i niedostępnych miejsc. To, co dawniej było zajęciem dla wybranych, stało się rozrywką dla tłumów. To dobrze, myślimy sobie, bo podróże kształcą, więc miło, że coraz więcej osób może się w ten sposób intelektualnie ubogacić. To korzystne także dla miejscowych, bo dzięki turystyce mają pracę i zarabiają pieniądze. Prawda jest jednak o wiele bardziej złożona. Turystyka, która jest obecnie jedną z najważniejszych gałęzi światowej gospodarki, a w pewnych krajach wręcz podstawą egzystencji, staje się jednocześnie przyczyną dewastacji środowiska, wyzysku miejscowych pracowników, kulturalnego zubożenia, wzrostu cen…

O książce

Autorka „Overbooked” na jej napisanie poświęciła aż 5 lat. Książka to owoc długoletnich podróży, analizowania materiałów dostępnych w archiwach Światowej Organizacji Turystyki i bibliotek w miejscach takich jak siedziba National Geographic. Również niezliczonych wywiadów i rozmów z pracownikami branży turystycznej, właścicielami biznesów okołopodróżniczych i mieszkańcami obleganych przez turystów miejsc. Dzięki takiemu sumiennemu i wieloaspektowemu podejściu powstało istne kompendium wiedzy o wpływie, jaki turystyka wywiera na środowisko i lokalne społeczności w różnych zakątkach naszego globu. W większości przypadków sprawa przedstawia się dość przygnębiająco.

Każdy rozdział książki to podróż do innego kraju, regionu lub miasta. Nie dam rady omówić tu wszystkich, ale powiem, które najbardziej mnie zainteresowały czy zaszokowały.

Wymarłe miasto

Po pierwsze, Wenecja. Miasto, które w wyobrażeniach wielu osób jawi się jako kwintesencja romantyzmu i wszelkiego czaru już dawno przestała być tym utopijnym miejscem. Zamiast tego w jej miejscu pojawił się skansen, którego zwiedzanie cieszy naiwnych turystów, ale dla „rdzennych” mieszkańców miasta nie ma już w nim miejsca. Zostali wygnani z domów przez rosnące czynsze i ceny życia w ogóle. Tam, gdzie dawniej były ich domy czy rodzinne firemki, mamy obecnie luksusowe butiki znanych światowych marek. Niektóre fabryki wyrabiające kiedyś słynne szkło Murano podupadły i zostały wykupione i przerobione na ekskluzywne hotele, należące do międzynarodowych sieci. Miejscowe sklepiki są pełne luksusowych dóbr oraz pamiątek rodem z Chin. A zwykli mieszkańcy nie mają gdzie kupić podstawowych produktów żywnościowych w przystępnych dla nich cenach.

Dwa oblicza Dubaju

Dalej mamy Dubaj. To wzniesione pośrodku pustyni supermiasto, dla wielu jest synonimem bogactwa i splendoru. Zdaje się mówić całemu światu: „Możemy wszystko, niczego od was nie potrzebujemy.” Dubaj kusi turystów plażami, luksusowymi sklepami, polami golfowymi, wyścigami konnymi, a nawet stokami narciarskimi. Miejscowym władzom zależy na tym, by Dubaj jawił się jako miejsce otwarte i kosmopolityczne. Wykazują też wielką troskę o środowisko, organizując konferencje poświęcone odpowiedzialnej turystyce. Inwestują także w alternatywne formy pozyskiwania energii – słoneczną, wiatrową i nuklearną. To wszystko tylko pozory. Potęgę Dubaju tworzą – w zasadzie – niewolnicy. Pracownicy budowlani to tutaj ubodzy mieszkańcy Indii, Pakistanu, Sri Lanki czy Bangladeszu. Wyzyskiwani przez sprytnych pracodawców , pracujący i mieszkający w fatalnych i zagrażających życiu i zdrowiu warunkach. Zanieczyszczenia generowane przez tego urbanistycznego giganta powodują co roku śmierć ogromnej liczby ryb w rzece Dubai Creek (100 ton w 2009 roku). Konstrukcja sztucznej wyspy, na której następnie wybudowano hotel Atlantis przyczyniła się do zniszczenia jedynej lokalnej rafy koralowej, jak również miejsc, w których kiedyś gnieździły się żółwie. Interesujące (i smutne) jest także to, jak turystyczny i globalny charakter miasta wpływa na zubożenie lingwistyczne tamtejszej ludności. Młodzi mieszkańcy Dubaju żyjąc w tak światowym miejscu posługują się głównie angielskim – jest to jednak angielski bardzo uproszczony, dostosowany do potrzeb komunikacji w podstawowych, życiowych sytuacjach. Jednocześnie zaniedbują ojczysty język arabski i w ten sposób nie władają w pełni ani jednym, ani drugim. Życie w turystycznym, kosmopolitycznym miejscu pozbawiło ich istotnej części tożsamości – własnego języka.

Niezdrowa fascynacja

Wreszcie, Kambodża. Na jej przykładzie autorka omawia zjawisko „mrocznej turystyki”. Chodzi w nim o to, że masy turystów ciągnie obecnie w miejsca, gdzie w przeszłości dochodziło do zbrodni ludobójstwa. Obozy koncentracyjne w Polsce i Niemczech, Kigali w Rwandzie, Sarajewo w Bośni. Jednym z takich miejsc są także Pola Śmierci w Kambodży, które również stały się miejscem pielgrzymek rzeszy turystów. Niby chodzi o to, żeby dawnych zbrodni nie zapominać, uświadamiać przybyszów, uczyć się na błędach, itp. Coś jest jednak nie tak. Dlaczego do turystów mogą przemawiać tylko tak drastyczne obrazy? Czy w masowych wizytach nie ma jakiegoś braku szacunku dla zmarłych? Uderzył mnie w szczególności ten fragment książki dotyczący pól śmierci na południe od Phnom Penh:

„Rząd kazał tam wznieść pomnik utworzony z 8985 czaszek zebranych na miejscu zbrodni.  Kości te nigdy nie zostały poddane religijnym obrządkom ani kremacji wymaganych w religii buddyjskiej. Zamiast tego stały się częścią stałej ekspozycji, niektóre z nich zorganizowano według wieku i płci, ale bez podania imion i nazwisk. Brakuje tu atmosfery świętego miejsca – odnosi się wręcz wrażenie całkowitej profanacji.”*

Ochrona dzikiej przyrody

Aby odejść od ponurych tematów, dodam, że w książce nie brak i pozytywnych przykładów. Jednym z nich jest to, jak tworzenie otwartych dla turystów parków narodowych w Afryce pozwala chronić czy odbudowywać populacje niegdyś zagrożonych wyginięciem dzikich zwierząt. Finansowanie takich miejsc i edukacja lokalnych społeczeństw sprawiła, że zabijane niegdyś na masową skalę zwierzęta zostały wreszcie uznane za lokalny skarb, który należy chronić. Również dlatego, że stanowią gratkę dla turystów, którzy za ich obserwowanie gotowi są płacić konkretne pieniądze. A to z kolei pociąga za sobą tworzenie miejsc pracy, zwiększenie szans na edukację dzieci i rozwój miejscowej gospodarki w ogóle.

Dla kogo lektura?

Książka Elizabeth Becker nie jest na pewno lekką, szybką lekturą, którą przeczytacie w dwa dni w autobusie do pracy. Wymaga skupienia, koncentracji i raczej dobrej znajomości angielskiego – niestety, o ile mi wiadomo, polskie tłumaczenie nie istnieje. Mamy tu do czynienia z dziennikarstwem wysokich lotów, dlatego język na pewno nie jest bardzo prosty. Mimo to, jeśli macie możliwość, sięgnijcie po tę książkę. To wartościowa, rzetelna pozycja, która otworzy Wam oczy na aspekty turystyki, na które wcześniej nie zwracaliście uwagi. I być może sprawi, że całkowicie zmieni Wasze nastawienie do podróżowania i podróżnicze priorytety na kolejne lata. Ja po lekturze wiem, że na pewno nie pojadę do Dubaju. Raczej nie odwiedzę też Wenecji. Chciałabym natomiast poszukać bliskich, lokalnych alternatyw, które zapewnią relaks, odpoczynek, a jednocześnie wsparcie dla małych biznesów. Mam nadzieję, że pomogą mi w tym inne książki z mojej noworocznej listy, o których pewnie napiszę za jakiś czas.

*tłumaczenie własne

Więcej na ten temat:

 

Jak to się robi w Dublinie?

Na początku grudnia miałam okazję ponownie odwiedzić Dublin – miasto, które uważam za swój drugi dom, ponieważ w (całkiem niedawnej) przeszłości spędziłam tam dwa lata swojego żywota. Z pobytem w stolicy Irlandii mam właściwie wyłącznie dobre wspomnienia – na pewno częściowo wynika to z sentymentu, ale też po prostu dlatego, że – przynajmniej na pewnym etapie – jest to świetne miejsce do życia. Niewielkie miasto, gdzie w większość kluczowych miejsc dotrze się piechotą, przyjazne i otwarte społeczeństwo, ciekawa kultura. Wystarczy też wsiąść do podmiejskiej kolejki lub na rower, żeby w krótkim czasie znaleźć się nad morzem i zrelaksować się wędrując po klifach Howth czy podziwiając górzyste krajobrazy Wicklow.

Mimo mojej ogromnej miłości do Irlandii jako kraju oraz sympatii do jej przemiłych mieszkańców, nigdy nie postrzegałam Dublina jako szczególnie ekologicznego miasta. Dublińczycy (zarówno rodowici Irlandczycy, jak i napływowi mieszkańcy ze wszystkich zakątków Europy i świata) ochoczo kupują posiłki w stylowych plastikowych opakowaniach, korzystają też z jednorazowych kubków na piwo i kawę. Z dużą przyjemnością zaopatrują się w wątpliwej jakości odzież w popularnych na Wyspach tanich sieciówkach, które raczej nie słyną z dbałości o sprawiedliwe i etyczne warunki produkcji. Kulminacja tych upodobań następuje w okolicach świąt Bożego Narodzenia czy Dnia św. Patryka, a także w letnie, ciepłe dni, kiedy akurat nie pada deszcz. Ulice tętnią wtedy życiem, konsumpcja kwitnie, a rzeką Liffey do morza spływają konkretne ilości plastikowych śmieci.

Ale nie bądźmy tacy negatywni – tak jak w każdym mieście, w Dublinie również można znaleźć ciekawe miejsca i inicjatywy promujące bezodpadowe życie, ekologiczny transport czy zrównoważoną modę. Gdybyście kiedyś planowali odwiedzić to sympatyczne miasto, może przyda Wam się mój subiektywny eko-przewodnik. Zapraszam do lektury!

Dublin i zero waste

Po roku nieobecności na Szmaragdowej Wyspie rzuciło mi się w oczy, że i tutaj zagościła moda na bezodpadowy styl życia. W marcu tego roku w mieście zagościła słynna Bea Johnson, która wygłosiła wykład na temat bezodpadowego życia w dublińskim Trinity College. W irlandzkiej stolicy pojawia się coraz więcej miejsc, gdzie na zakupy można przyjść z własnymi opakowaniami. Jednym z takich miejsc jest Hopsack w dzielnicy Rathmines. Jest to sklep ze zdrową, ekologiczną żywnością i naturalnymi kosmetykami, posiadający również swój kącik zero waste, do którego można przyjść po zakupy z własnym opakowaniem.  Absolutnym hitem w sklepie jest maszyna przetwarzająca orzechy na masło orzechowe, którym następnie napełnia przyniesiony przez klienta słoik. Można tu także przynieść do ponownego napełnienia opakowania po ekologicznych płynach do prania i innych środkach czystości.

Bezodpadowy kącik w sklepie Hopsack.
Tutaj można ponownie napełnić opakowanie po płynach do prania.
Na naszych oczach ta magiczna maszyna przerabia orzechy na świeżutkie masło orzechowe, które ląduje prosto do przyniesionym przez nas słoiku – sam proces nie wygląda zbyt zachęcająco, ale już za chwilę słój wypełni się pysznym, świeżutkim masełkiem.

 

W Hopsacku można się też zaopatrzyć w kubki wielokrotnego użytku.

Ekologiczną, zdrową żywność, często z certyfikatem Fair Trade można też zakupić w kooperatywie Dublin Food Coop zlokalizowanej w okolicach centrum, blisko słynnej katedry św. Patryka – czyli jednego z najbardziej popularnych punktów na turystycznej mapie stolicy.

Na uwagę zasługuje także mała firma o nazwie Bring Your Own, sprzedająca mąki, kasze, ryż i różnego rodzaju nasiona do opakowań przyniesionych przez klienta. Oprócz sklepu stacjonarnego w dzielnicy Drumcondra, firma ma też wędrujące stoiska pojawiające się okazjonalnie na różnego rodzaju festiwalach, świątecznych jarmarkach oraz w parkach miejskich. Daty i miejsca, w których pojawiają się takie stoiska są obwieszczane na stronie firmy na Facebooku.

Kolejnym interesującym biznesem w duchu bezodpadowym jest Minimal Waste Grocery – jest to głównie sklep online, proponujący zakupy z dostawą do domu.  Można zakupić u nich, między innymi, owoce, orzechy, przyprawy, a także produkty do sprzątania. Pierwsze zakupy przyjeżdżają do klienta w papierowych torbach, ale przy dostawie można przekazać pracownikowi firmy swoje własne pojemniki do wypełnienia przy kolejnym zamówieniu.

Jeśli chodzi o kosmetyki, to w Dublinie funkcjonują aż dwa sklepy mojej ukochanej firmy Lush. Każda wizyta w takim miejscu to dla mnie źródło dziecinnej radości – ze względu na unoszące się tam słodkie zapachy i wszechobecne, piękne kolory. W Lush zakupimy nietestowane na zwierzętach szampony w kostce, mydła, perfumy czy produkty do makijażu, a dużą część tych specyfików można spakować do funkcjonalnych pudełek wielokrotnego użytku.

Walka z marnowaniem żywności

W Dublinie działa projekt Food Waste Heroes – jest to grupa wolontariuszy, luźno powiązana z OLIO. Jeden z moich przyjaciół – Malte – jest aktywnym członkiem tej grupy. Wolontariusze porozumiewają się przy użyciu grupy na Whatsappie i w ten sposób umawiają się na ratownicze dyżury. Ich działanie polega na regularnym wieczornym odbieraniu niesprzedanego pieczywa z sieci supermarketów Dunnes. Pieczywo to jest następnie rozdawane na ulicach Dublina. Chleb i bułki trafiają do zainteresowanych przechodniów, a także do osób bezdomnych, których na ulicach miasta jest niestety coraz więcej.

Zrównoważona moda

Jak już wspomniałam, najpopularniejszymi miejscami na zakupy odzieżowe w Dublinie są wszechobecne sieciówki. Jednak na mapie miasta można znaleźć też perełki – małe sklepy, w których można zaopatrzyć się w oryginalną, świetnej jakości odzież wyprodukowaną w sposób respektujący środowisko i prawa pracowników. Moim ulubieńcem jest sklepik Scout na Temple Barze – tętniacej życiem pubowej i kulturalnej dzielnicy Dublina.  W Scoucie można zakupić irlandzki design, piękne szale, czapki, rękawiczki i koce. Sklep oferuje też spodnie, koszulki, torby i swetry z certyfikatem Flocert. Kiedy mieszkałam w Dublinie zakupiłam tu trapezowy sweter w granatowe i białe paski oraz zimową czapkę – obie rzeczy według mnie piękne i doskonałej jakości. Oczywiście, za każdą z nich musiałam zapłacić sporo więcej niż w zwykłej sieciówce, ale wiem, że są to elementy garderoby na tyle uniwersalne i porządnie wykonane, że z pewnością będą służyć mi przez długie lata.

Sweterki z certyfikatem Flocert w Scoucie.

 

W zeszłym roku zakupiłam sobie podobną czapeczkę.
W Scoucie można też kupić piękne szale i koce.
Zrównoważony transport

Chociaż uwielbiam jazdę na rowerze, mieszkając w Dublinie nigdy nie czułam się pewnie korzystając z tego środka transportu. W mieście jest bardzo niewiele ścieżek rowerowych, rowerzyści są więc zmuszeni poruszać się po jednej drodze z samochodami i autobusami. Niektórzy nie mają z tym problemu, inni (tak jak ja) czują się w takiej sytuacji co najmniej niekomfortowo. Problemy te dostrzegają członkowie organizacji Dublin Cycling Campaign, którego aktywną członkinią jest moja koleżanka Giulia. Jest to grupa wolontariuszy aktywnie działająca na rzecz poprawienia miejskiej infrastruktury, tak aby rowerzyści mogli czuć się swobodnie i bezpiecznie. Wśród członków organizacji są eksperci od transportu i planowania miejskiego, a także po prostu ludzie, którzy chcą żyć w mieście przyjaznym rowerzystom. Grupa promuje rower jako zrównoważony środek transportu, organizuje warsztaty i wydarzenia, wnioskuje w Radzie Miasta o tworzenie odpowiedniej dla rowerzystów infrastruktury (rowery miejskie czy ścieżki rowerowe). Są też obecni jako jedna z formacji biorących udział w corocznej paradzie św. Patryka.

Wegańska i wegetariańska kuchnia

Irlandczycy są wielkimi pasjonatami kuchni mięsnej (i raczej niezbyt zdrowej), niemniej w Dublinie znajdziecie sporo interesujących miejsc z kuchnią wegańską i wegetariańską. Moim niekwestionowanym numerem jeden na liście jest Sova Vegan Butcher – przytulna, klimatyczna knajpka prowadzona – notabene – przez Polaków. Serwowane przez nich dania w niczym nie przypominają bezkształtnej warzywnej papki oferowanej przez wiele innych jadłodajni w kategorii „wegańskie/wegetariańskie”. Wręcz przeciwnie – każde danie w Sovie to małe dzieło sztuki. Skosztujecie tam między innymi placków ziemniaczano-kalafiorowych w sosie szafranowo-grzybowym z dodatkiem tartego, wędzonego tofu lub roladę z „indyka” (w tym przypadku rolę „indyka” gra seitan) nadziewaną żurawiną i szałwią, podawaną w rozmarynowym sosie, z brukselkami i pasternakowym puree. Zdjęcia niektórych dań możecie obejrzeć tutaj.

Więcej na ten temat:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak to się robi w Budapeszcie?

W zeszłym tygodniu miałam okazję spędzić kilka dni w Budapeszcie. Była to dla mnie czwarta już wizyta w węgierskiej stolicy i za każdym razem robi ona na mnie to samo piorunujące wrażenie. Jak dla mnie jest to miasto, które ilością ciekawych miejsc do zwiedzenia może się równać z najsłynniejszymi stolicami zachodnioeuropejskimi, typu Rzym czy Paryż. O tym jednak, co zwiedzać w Budapeszcie poczytacie  w każdym przewodniku turystycznym czy na setkach stron internetowych poświęconych temu miastu. Ponieważ jednak jest to blog ekologiczny, chciałabym przedstawić Wam mój własny, mały, subiektywny przewodnik po miejscach, które w jakiś sposób angażują się w działania przyjazne środowisku. Może też je kiedyś odwiedzicie?

Jednocześnie będzie to pierwszy wpis z cyklu „Jak to się robi w…”, w którym co jakiś czas będę publikować wpisy dotyczące ekologicznych inicjatyw w odwiedzanych przeze mnie miastach europejskich (i mam nadzieję, że nie tylko). Zapraszam na małą fotorelację!

Printa

Adres: Budapest, Rumbach Sebestyén u. 10, 1075 Węgry

Printa to sklep z odzieżą i designem pochodzącymi w większości z upcycklingu, produkowaną na miejscu, na zapleczu sklepu przez lokalnych artystów. Znajdziecie tu oryginalne, piękne ubrania i akcesoria, a także artykuły dekoracyjne i wyposażenie domów. Ubrania i dodatki, które znajdziecie w sklepie powstają z materiałów pozyskanych w second handach, a także, między innymi ze starego sprzętu używanego przez wojsko czy marynarzy. Nie brzmi zachęcająco? Sami zobaczcie, co można w ten sposób stworzyć!

Torebki, które tu widzicie zostały zrobione z kupionych w lumpeksach starych skórzanych kurtek i płaszczy.

 

Te oversize’owe płaszcze zostały wykonane z kocy używanych przez wojsko.
A tak wyglądają plecaki uszyte z materiału, który w poprzednim życiu służył jako… żagiel.
Koszulka z bawełny pochodzącej z recycklingu oraz z… plastikowych butelek.
Na terenie sklepu znajduje się też mała wystawa poświęcona tematyce zero waste i dział z przyjaznymi środowisku akcesoriami domowymi.

 

Można tu zakupić między innymi takie oto pojemniki na żywność wykonane ze starych butelek po winie. A że akurat Węgry to winiarska potęga, to na brak materiałów artyści z Printy na pewno nie mogą narzekać.
A oto, gdzie powstaje dostępny w sklepie towar. Zaplecze sklepu jest jednocześnie miejscem produkcji.
Prezent

Adres: Dobrentei utca 16., Budapeszt 1013, Węgry

W jednej z uliczek w okolicy słynnego Wzgórza Zamkowego, znajduje się niewielki sklep z odzieżą i lokalnym designem. Dostaniecie tutaj ubrania wykonane z organicznej bawełny z certyfikatem GOTS, wykonane przez lokalne, węgierskie zakłady produkcyjne. Widzieliśmy tu wspaniałe plecaki, bluzy, koszulki, czapki, szaliki i wiele innych świetnej jakości akcesoriów. Prezent to także miejsce dla tych, którzy mają dość kiczowatych pamiątek made in China i chcieliby kupić coś bardziej trwałego, przydatnego i gustownego. Dostaniecie tu między innymi oryginalne pocztówki i stylowe grafiki do powieszenia na ścianie, wykonane na papierze pochodzącym z recyklingu.

Zwiedzając okolice przepięknego Wzgórza Zamkowego, bez trudu znajdziecie ten mały, przytulny sklepik. Poznacie go po takim o to szyldzie!
Bluza wyprodukowana na Węgrzech z certyfikowanej bawełny GOTS.
Ekologiczny design w Prezencie
…i jeszcze kilka akcesoriów.
Restauracje Napfenyes

Adresy:

1) Ferenciek tere 2 , Budapeszt, Węgry 1053

2) 1077, Rózsa u. 39

Madziarska kuchnia jest chyba jedną z najciekawszych i najsmaczniejszych w Europie. Słynie z treściwych zup i sosów, często doprawianych papryką, no i oczywiście ze świetnego wina. Niestety, większość węgierskich narodowych potraw bazuje na mięsie. Co więc mają zrobić wegetarianie odwiedzający węgierską stolicę? Dla nas odpowiedzią na to pytanie okazała się restauracja Napfeneyes. Podczas naszego pięciodniowego pobytu odwiedziliśmy ją cztery razy i nie czuliśmy potrzeby szukać czegokolwiek poza tym. W Napfenyes można spróbować specjałów kuchni węgierskiej w wersji wegańskiej. Jedliśmy między innymi wegańskie gołąbki podawane z dodatkiem kiszonej kapusty, pieczeń z seitanu serwowaną na smażonych ziemniakach z ogórkiem kiszonym i wegańską wersję węgierskiego gulaszu – z czerwonej fasoli i innych warzyw. Nie zabrakło też dań charakterystycznych dla kuchni innych krajów: można zjeść tam pizzę, falafel czy słynną francuską zupę cebulową. Wszystkie dania są bardzo sycące i naprawdę pyszne. W restauracji znajdziecie też wybór słodkości – tradycyjne węgierskie czy austriackie torty, ciasta i wiele innych – wszystko w wersji wegańskiej.

Uliczne obserwacje…
Na Wzgórzu Zamkowym i w jego okolicach znajdziecie takie oto źródełka z wodą pitną – możecie napełnić nią Wasze wielorazowe butelki czy bidony. Ich lokalizacja podana jest na mapach turystycznych wywieszonych w kilku kluczowych miejscach na Wzgórzu.
To chyba też upcykling? Stare zdezelowane pianino otrzymało drugie życie w postaci grządki kwiatowej.

 

Więcej na ten temat:

 

 

 

 

 

101 sposobów na niemarnowanie żywności. Recenzja książki Anny Pitt.

„Leftover pie. 101 ways to reduce your food waste.” to wydawnicza świeżynka. Książka ukazała się na początku września tego roku i jest to pozycja poświęcona w całości problemowi marnowania jedzenia. Jej autorka – Anna Pitt – to dziennikarka i działaczka ekologiczna, wspierająca między innymi działania OLIO.

Dlaczego marnujemy?

Wbrew temu, co może sugerować tytuł nie jest to książka kucharska – choć faktycznie zawiera 101 przepisów kulinarnych. W rzeczywistości jest to prawdziwe kompendium wiedzy na temat marnowania żywności i skarbnica pomysłów na to, jak temu zjawisku przeciwdziałać. Autorka zaczyna od liczb i statystyk pokazujących, ile nadającej się do spożycia żywności marnuje się każdego roku – ze szczególnym uwzględnieniem jej ojczyzny, czyli Wielkiej Brytanii. Przygląda się problemowi z perspektywy historycznej: nasi dziadkowie i pradziadkowie, spośród których wielu przyszło żyć w trudniejszych od naszych czasach traktowali jedzenie z wielkim szacunkiem i starali się optymalnie wykorzystać każdą część rośliny czy zwierzęcia, które trafiały do ich kuchni. Natomiast my postrzegamy żywność jako coś oczywistego – przecież w każdej chwili możemy pojechać do supermarketu i kupić, co tylko nam się zamarzy. To, że może jej kiedyś zabraknąć, nie mieści nam się w głowach. Jak doszło do takich zmian w sposobie myślenia? Anna Pitt wnikliwie analizuje ten problem, omawiając między innymi zmiany w modelu rolnictwa, wpływ rozwoju technologii na produkcję żywności, a także standardy estetyczne i – niejednokrotnie absurdalne -przepisy z nimi związane.

Autorka cytuje m.in. swoją babcię:

„Wiesz, co o tym myślę? W dużej mierze winę ponosi tu nasze pokolenie. Przeżyliśmy wojnę i mieliśmy tak serdecznie dość braku wszystkiego, wiecznego oszczędzania i wydzielania racji żywnościowych. Dlatego, gdy sytuacja się zmieniła, a jedzenia było znów pod dostatkiem, my zaczęliśmy je marnotrawić”*

I europejskie regulacje prawne:

„Rozporządzenie Komisji EWG numer 1677/88 z 15 czerwca 1988 mówi, że ogórki Klasy Ekstra i Klasy I muszą być dobrze wykształcone i praktycznie proste (o maksymalnej wysokości łuku 10 mm na każde 10 cm długości ogórka).”

„Ogórki lekko zakrzywione mogą mieć maksymalną wysokość łuku 20 mm na każde 10 cm długości ogórka.”

Jak ratować żywność?

Autorka nie poprzestaje jednak na dziwnych czy przygnębiających danych i po tej analizie prezentuje cały wachlarz sposobów na walkę z marnotrawstwem.  Sugeruje, jak z wyprzedzeniem planować posiłki, radzi, jak i gdzie kupować żywność, zwraca uwagę na znaczenie żywności lokalnej i sezonowej. Dzieli się ciekawymi sposobami na przechowywanie jedzenia, w taki sposób, aby jak najdłużej zachowało świeżość. Zachęca do uprawy roślin jadalnych we własnym ogródku i na balkonie – wiadomo, że to, co sami wyhodowaliśmy będziemy darzyć większym szacunkiem. W książce znajdziemy listę ziół, które można hodować w doniczkach, wraz ze wskazówkami dotyczącymi pielęgnacji, właściwości leczniczych, a nawet informację, czy dana roślina będzie przyciągać pszczoły (kolejny ważny aspekt ekologiczny).

A co jeśli naprawdę nie jesteśmy w stanie zjeść tego, co kupiliśmy lub wyhodowaliśmy? Na to też są sposoby i w książce znajdziemy ich całe mnóstwo. Począwszy od akcji społecznych i technologii, które ułatwiają dzielenie się nadwyżką jedzenia z innymi ludźmi, poprzez domowe kompostowanie, aż po pozyskiwanie biopaliwa z rozkładającej się żywności. Autorka poświęca też część książki jedzeniu przyszłości – prezentuje alternatywne źródła pozyskiwania żywności, które być może będą musiały wziąć pod uwagę przyszłe pokolenia, chcąc zaspokoić potrzeby wciąż rosnącej populacji. Ostatnia część książki to tytułowe 101 przepisów na wykorzystanie resztek żywności czy na przykład części roślin, które zwykle lądują w koszu, choć są zupełnie jadalne i smaczne. Przepisy są pogrupowane, znajdziemy tu między innymi część poświęconą mięsom, warzywom, ziołom, słodyczom… Łatwo jest więc sięgnąć bezpośrednio do kategorii, która nas interesuje. Poznamy tu zarówno receptury stosowane przez samą autorkę, jak i kuchenne sekrety innych brytyjskich aktywistów ekologicznych, szefów kuchni czy blogerów kulinarnych.

Co nowego?

Tematyką przeciwdziałania marnowaniu żywności interesuję się już od kilku lat, zastanawiałam się więc, czy książka dostarczy mi wielu nowych informacji , czy raczej jest to pozycja dla początkujących. Rzeczywiście, autorka pisze o foodsharingu czy aplikacjach takich jak OLIO lub Too Good To Go, o których słyszałam już wcześniej. Mimo to muszę stwierdzić, że z lektury wyniosłam całe mnóstwo przydatnej wiedzy.

Oto kilka przykładów!
  1. Wskazówki dotyczące przechowywania żywności. Zainspirowana lekturą, postanowiłam wydzielić w lodówce półkę oznaczoną karteczką „Zjedz mnie najpierw”. Przeznaczę ją dla produktów, które należy zjeść w pierwszej kolejności, bo po otwarciu opakowania mogą się szybko zepsuć. Dowiedziałam się też, że mandarynki, mimo niewątpliwych walorów wizualnych, lepiej trzymać w lodówce, niż np. w dekoracyjnej misce w kuchni, źle bowiem znoszą centralne ogrzewanie. Podobnych, konkretnych informacji znajdziecie w książce o wiele więcej.
  2. Kilka ciekawych przepisów. Moją faworytką jest zupa-krem z naci rzodkiewki z kminkiem, posypana po wierzchu tartą rzodkiewką. Na zdjęciu wygląda genialnie –zajęła więc wysoką lokatę na liście przepisów do wypróbowania. Zainteresowały mnie też łodygi brokułu serwowane z hummusem jako imprezowa przystawka lub galaretka ze skórek i ogryzków jabłek, która podobno świetnie komponuje się z serami.

3. Nareszcie poznałam szczegółowe zasady funkcjonowania domowego kompostownika (takiego z dżdżownicami) oraz dowiedziałam się, jak działa wariant japoński, zwany bokashi.

4.Wreszcie – książka to prawdziwa kopalnia wiedzy na temat rozmaitych akcji społecznych, biznesów, ludzi i blogów w jakiś sposób związanych z walką z marnotrawieniem. Dowiedziałam się między innymi o Festiwalu Ratowania Dyń, który co roku odbywa się w Londynie w okresie Halloween. Odkryłam firmę Lucky Peel, która produkuje wyrafinowane słodycze i nalewki z resztek pomarańczy – czyli tego, co pozostaje, bo wyciśnięciu z nich soku. Odkryłam całe mnóstwo restauracji i kafejek bazujących tylko i wyłącznie na resztkach jedzenia. Oczywiście większość tych wspaniałych inicjatyw usytuowana jest w londyńskiej rzeczywistości. Pozostaje nam więc tylko o nich czytać, podziwiać i inspirować się. Wszystkie te znaleziska zamierzam w najbliższych miesiącach eksplorować i Wam także polecam. Zwróćcie uwagę na to, że często są to nie tylko inicjatywy ekologiczne, ale również niezłe pomysły na biznes.

Słabości?

Jak dla mnie jedyną słabością tej książki jest to, że według mnie zbyt mały nacisk kładzie na znaczenie ograniczenia produktów odzwierzęcych dla dobra planety. Poza tym, duża część przepisów nie wpasowała się mój gust – sporo z nich reprezentuje dość ciężką brytyjską kuchnię, która nie należy do moich ulubionych. Jednak, jak już pisałam wcześniej, udało mi się znaleźć kilka kulinarnych perełek, które wzbudziły moją ciekawość i na pewno chciałabym z nich wkrótce skorzystać. Myślę, że podobnie jak ja, właściwie każdy powinien tu znaleźć przynajmniej kilka przepisów zgodnych ze swoimi preferencjami kulinarnymi.

Dla kogo lektura?

Moim zdaniem dla większości osób! Książka jest napisana prostym, przystępnym językiem, pełna anegdot i osobistych doświadczeń dziennikarki. Będzie to więc przyjemna lektura, dzięki której osoby, dotąd niezainteresowane kwestią marnowania jedzenia, spojrzą na żywność z zupełnie innej perspektywy. Ta pozycja na pewno otworzy im oczy na pewne sprawy, pozwoli krytycznie spojrzeć na własne nawyki i dostarczy wielu praktycznych wskazówek osobom chcącym coś zmienić. Także czytelnicy nie od dziś obeznani ze sprawą znajdą coś dla siebie. Autorka potraktowała temat na tyle wieloaspektowo, że każdy będzie w stanie poznać jakąś dziedzinę czy rozwiązanie, o których wcześniej nie słyszał. Ponadto, książka jest też bardzo ładnie wydana – zawiera sporo ilustracji i zdjęć, które czynią ją atrakcyjną również wizualnie. Może to pomysł na prezent dla kogoś w Twoim otoczeniu?

Więcej na temat

 

*książka nie ma na razie polskiej wersji językowej. Cytaty przytoczone w tym artykule to moje tłumaczenie, zupełnie nieoficjalne i niezobowiązujące 🙂

Jesienny Cieszyn i wystawa o tematyce zero waste

W ostatni weekend miałam okazję odwiedzić Cieszyn – miasto, które znam od dzieciństwa i do którego zawsze chętnie wracam. Tym razem, oprócz wizyty u cioci, miałam jeszcze jeden cel wyprawy – obejrzenie wystawy o tematyce gospodarowania odpadami, zorganizowanej na Zamku Cieszyńskim. Tytuł wystawy to „Dizajn w przestrzeni publicznej. Mamy problem?”, a jej motto stanowią słowa komisarza europejskiego Janeza Potočnika, który w 2014 roku powiedział „Nie ma już odpadów, ale są zasoby – dzisiejsze odpady to jutrzejsze kopalnie”.  W myśl tej idei, wystawa prezentuje fotografie, filmy i opisy różnego rodzaju inicjatyw i wynalazków służącym ograniczeniu liczby odpadów oraz kreatywnemu wykorzystaniu tych już wyprodukowanych. Na wystawie poznamy rozwiązania wdrożone zarówno w Polsce, jak i w innych krajach; inicjatywy małych lokalnych społeczności i zaawansowane projekty technologiczne i naukowe. Choć doniesienia ze świata nauki w kwestii wpływu ludzkiej działalności na środowisko każą widzieć przyszłość w najczarniejszych barwach, to jednak z tej wystawy wyszłam z szerokim uśmiechem, pełna podziwu dla ludzkiej inwencji.  Wystawa zajmuje niewielki obszar – tylko jedną małą salę. Mimo to, udało się tam zaprezentować tyle fascynujących pomysłów, że zwiedzałam ją z zapartym tchem, a przygotowując niniejszy wpis miałam poważny problem z decyzją, które z nich pokazać na blogu – nie mogę przecież opisać wszystkich! Po długim namyśle, wreszcie dokonałam selekcji pomysłów, które według mnie są warte szczególnej uwagi. Zapraszam na małą fotorelację – z wystawy i nie tylko.

Wchodzimy do Zamku…
Naklejki z napisami w alfabecie Braille’a powstały w ramach projektu „Segreguję – nie widzę przeszkód”. Jest to inicjatywa mająca pomóc osobom niewidomym i słabo widzącym w sortowaniu odpadów.
Projekt powstał dzięki współpracy grupy ENERIS z Fundacją na Rzecz Osób Niewidomych oraz Słabo Widzących VEGA, Polskim Związkiem Niewidomych i Towarzystwem Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Osoby potrzebujące takiego ułatwienia mogą bezpłatnie otrzymać naklejki.
Tusz produkowany ze … smogu. Używany jest do wypełniania długopisów, a także do projektów artystycznych studentów szkół sztuk pieknych.
Na pomysł pozyskiwania tuszu ze smogu wpadło w 2013 roku czterech naukowców z Cambridge. Wymyślili oni technologię o nazwie KAALINK – pozwala ona przechwycić zanieczyszczenia i przekształcić je w tusz – Air-Ink. Zebrane zanieczyszczenia są uprzednio oczyszczane z metali ciężkich i substancji rakotwórczych.
Świetna inicjatywa na naszym rodzimym podwórku! W Pile powstała tzw. Repair Cafe – czyli kafejka, w której wolontariusze – lokalne złote rączki – bezpłatnie naprawią przyniesione przedmioty. Można tam spotkać m.in. speców od komputerów, krawcową czy ostrzyciela noży.
Cegły z recyklingu. Autorami tego projektu zatytułowanego Stone Cycling są dwaj Holendrzy – Tom van Soest i Ward Massa. Stworzyli oni coś w rodzaju gigantycznego blendera, w którym można „zmielić” kłopotliwe odpady – stare umywalki, toalety, płytki łazienkowe. W ten sposób pozyskuje się materiał do produkcji cegieł.
Częściowo podziemny system składowania odpadów w Czerwionce-Leszczynach. Pozwala on na magazynowanie znacznie większej ilości odpadów (część podziemna kontenera ma 3 metry sześcienne). Gdy pojemnik jest wypełniony, elektroniczny system powiadamia o tym zarządcę, co umożliwia odbiór śmieci w optymalnym momencie.
Klimatyzator bez prądu…z plastikowych butelek. To innowacyjna, choć prosta, metoda chłodzenia domów wymyślona przez wynalazcę Ashisa Paula. Projekt ten wdrożono w Bangladeszu, gdzie temperatury bywają ekstremalnie wysokie, większość ludności mieszka w domach z blachy, zaś ulice często zalane są plastikowymi odpadami. To się nazywa strzał w dziesiątkę!
W zamkowym sklepiku, obok książek, pamiątek i lokalnego designu, na czas wystawy utworzono stoisko o tematyce ekologicznej.

Jeśli chcecie poznać więcej pomysłów, a do Cieszyna nie macie daleko, zachęcam do obejrzenia tej tematycznej ekspozycji.  Wystawa niestety trwa już tylko do 22 października – może jeszcze uda Wam się załapać. Jeśli nie zdążycie jej zobaczyć, to sam Cieszyn także jest wart uwagi. Przekonajcie się sami!

Magia Cieszyna

To malownicze miasteczko położone nad Olzą (lewobrzeżna część należy już do Czech) mimo niewielkich rozmiarów może poszczycić się bogatym życiem kulturalnym – odbywają się tu liczne koncerty, festiwale, konferencje, wystawy i sztuki teatralne. Znajdziecie tu sporo urokliwych restauracji i kawiarni, napijecie się piwa z Browaru Zamkowego i znajdziecie wiele miejsc na długie spacery, w czasie których możecie podziwiać panoramę miasta, klimatyczną Starówkę czy pasma pobliskiego Beskidu. Czas płynie tu wolniej niż w dużych miastach, zachęcając do leniwego kontemplowania rzeczywistości – być może to wpływ bliskości przyrody i zrelaksowanego sposobu bycia naszych południowych sąsiadów.

Widok na jesienny Cieszyn ze Wzgórza Zamkowego.
Romańska rotunda św. Mikołaja. Jeśli macie przy sobie banknot 20-złotowy, przyjrzyjcie się mu dokładnie. Poznajecie?
Kornel i Przyjaciele. Przytulna księgarnio-kawiarnia na cieszyńskiej Starówce. Nazwa to ukłon w stronę pisarza Kornela Filipowicza.
Cieszyńska Wenecja – domy i knajpki usytuowane wzdłuż kanału. Warto przyjść tu też wiosną, w okresie kwitnienia magnolii.
Nad Olzą…
Jesienny Cieszyn zachęca do długich spacerów.
Więcej na ten temat:

 

Nie powiększaj wyspy śmieci! Czyli jak ograniczyć ilość plastikowych odpadów.

Czy słyszeliście o Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci? Jest to ogromne skupisko plastikowych odpadów, które beztrosko dryfują sobie po Oceanie Spokojnym, między Kalifornią a Hawajami.  Wyspa ta została po raz pierwszy wspomniana przez naukowców w latach 80-tych, a następnie zaobserwowana w czasie rejsu przez oceanografa i kapitana łodzi wyścigowych Charlesa Moore’a, który od tego czasu nagłaśnia tę sprawę. Wielkość tego tworu trudno oszacować – mówi się o liczbach od 700 000  do 15 000 000 kilometrów kwadratowych. Co gorsza, nie jest to jedyne tego rodzaju skupisko, podobne można zaobserwować między innymi na Morzu Śródziemnym. Zgromadzenie plastikowych odpadów w morzu powoduje rocznie śmierć setek tysięcy morskich zwierząt.

Jeśli ta wizja nie napawa Was zachwytem i nie chcecie dokładać swojej cegiełki do tych paskudnych tworów, mam dla Was kilka prostych pomysłów na ograniczenie plastikowych opakowań w życiu codziennym. Jakiś czas temu napisałam kilka rad dla początkujących, dziś idziemy o poziom wyżej.

Słomki do napojów

Kolorowe plastikowe słomki kojarzą się nam dobrze – z latem, imprezami i wyrafinowanymi drinkami. To błędne skojarzenie. Z pozoru niewinne słomki to zło w najczystszej postaci. Używane zaledwie przez kilka minut, już nigdy nie zostaną ponownie wykorzystane. Lądują od razu w śmieciach i w wielu przypadkach wędrują dalej do lasów, na plaże i do oceanów. Według danych Greenpeace, plastikowe słomki to jeden z odpadów najczęściej znajdowanych przez uczestników akcji sprzątania plaż.  Są małe, lekkie, łatwo ich nie zauważyć, dlatego też często zdarza się, że słomka utkwi w nosie morskiego żółwia, zostanie połknięta przez pisklę mewy lub zjedzona przez rybę, w efekcie czego wędruje sobie dalej w łańcuchu pokarmowym. Wielkie sieciówki typu fast-food zużywają miliony słomek każdego dnia. Dlatego też, jeśli kupujecie napój w restauracji lub barze, a obsługa proponuje Wam słomkę – nie idźcie tą drogą! Chyba że macie ochotę znaleźć kiedyś na stole coś takiego. Namawiałabym jednak do zrezygnowania ze słomek, a jeśli bardzo lubicie przez nie pić, polecam te ze stali nierdzewnej. Ja swoje kupiłam tutaj. Można używać ich wielokrotnie, myć w zmywarce, a nawet nosić ze sobą w torbie lub plecaku, kiedy wybieramy się na obiad lub na piwo. Nie jest to w naszym społeczeństwie norma, więc fakt, na początku ludzie mogą na Was dziwnie patrzeć. Ale koniec końców, bardzo możliwe, że kogoś to zainteresuje, a może nawet zapoczątkuje miłą konwersację i znajomość.

Owijka do żywności – Bee’s Wrap

Gdy rano szykuję się do pracy, zwykle nie starcza mi już czasu na śniadanie w domu, pakuję je więc na wynos. Znacie to? Myślę, że wiele osób robi podobnie. Od jakiegoś czasu przeszkadzało mi, że kanapki muszę pakować w folię aluminiową, której raczej nie użyję ponownie albo, co gorsza, w plastikowy woreczek. Dlatego zdecydowałam się na zakup owijek do kanapek, czyli Bee’s Wraps. Można je dostać tutaj. Ja zdecydowałam się na dwie owijki kanapkowe, ale dostępne są też inne formaty, do przechowywania na przykład pieczywa lub żywności w lodówce. Owijki są wykonane z organicznej bawełny, nasączonej woskiem pszczelim, olejkiem jojoba oraz żywicą drzewną.  Te substancje sprawiają, że owijka ma gładką powierzchnię (mnie trochę kojarzy się z ceratą), która nie przepuszcza wilgoci. Można ją łatwo umyć – tak samo jak myjecie naczynia, tyle że w zimnej wodzie z mydłem. Owijki nadają się do użytku przez bardzo długi czas (według producenta przez rok). Są też biodegradowalne, a dodatkowo ładnie wyglądają. Oczywiście taka owijka kosztuje więcej niż folia lub plastikowe woreczki, uważam jednak, że wydatek się zwróci. Jeśli jednak nie masz ochoty kupować Bee’s Wrapa, a masz trochę czasu i cierpliwości, możesz taką owijkę wykonać w domu. Szczegółowe instrukcje znajdziesz na blogu u Asi.

Wielorazowe płatki kosmetyczne i proszek w ekologicznym opakowaniu

Bawełniane płatki do demakijażu wielokrotnego użytku, nadające się do prania w pralce zastąpiły w mojej łazience te jednorazowe i pakowane – oczywiście – w plastik. Staram się też kupować proszek do prania w opakowaniu papierowym, nie plastikowym. Zarówno proszek, jak i płatki (oraz inne produkty kosmetyczne) kupuję przez internet w drogerii ekologicznej Better Land. Podoba mi się tam to, że przy zakupie można zaznaczyć opcję „zero waste”, czyli zamówienie nie będzie zawinięte w żadne zbędne opakowania, folie, plastiki, w przesyłce nie znajdziecie też ulotek ani innych materiałów promocyjnych.

 

Więcej na ten temat:

 

4 aplikacje na telefon, które pomogą Ci w etycznych zakupach – i nie tylko!

Czy Twój smartfon może pomóc Ci podejmować dobre decyzje w kwestii odpowiedzialnych i ekologicznych zakupów? Jak najbardziej! Wystarczy, że zainstalujesz odpowiednie aplikacje. Chciałabym dziś napisać o czterech ciekawych wynalazkach, które na pewno przydadzą się wszystkim świadomym konsumentom. Oczywiście, każdy z nich ma zarówno zalety, jak i wady, ale myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie, a zainstalowanie przynajmniej jednej z aplikacji to krok w dobrą stronę, czyli w kierunku bardziej przemyślanych zakupów.

Good on You

W ostatnich latach dużo mówi się o fatalnych warunkach pracy osób w fabrykach odzieży w państwach azjatyckich. Szczególnie głośno na ten temat zrobiło się po tragicznej w skutkach katastrofie budowlanej w kompleksie Rana Plaza w Bangladeszu, gdzie wytwarzano odzież popularnych w zachodnich krajach marek. Jest coraz więcej osób, którym przeszkadza fakt, że noszone przez nich ubrania wyprodukowano kosztem cierpienia innych ludzi. Takie osoby chciałyby kupować bardziej odpowiedzialnie, nie zawsze jednak wiedzą, gdzie szukać informacji. W tej sytuacji, z pomocą przychodzi stworzona w Australii aplikacja „Good On You”. Jak to działa? Wystarczy wpisać nazwę marki odzieżowej, aby sprawdzić, gdzie plasuje się w pięciopunktowym rankingu.

Najwyższa możliwa ocena to „Great” (czyli świetna – pięć punktów), najniższa -„We avoid” (czyli „unikamy” – jeden punkt). Przy ewaluacji brane są pod uwagę trzy aspekty:

  • ludzie – czyli w jakich warunkach pracują osoby zatrudnione przy produkcji odzieży.
  • środowisko – czyli to, jak dana firma używa zasobów naturalnych, jej wpływ na wodę i powietrze, emisje węglowe oraz użycie chemikaliów.
  • zwierzęta – czyli kwestia tego, czy i w jaki sposób dana marka wykorzystuje produkty pochodzenia zwierzęcego: futra, wełnę, skórę (również od egzotycznych, zagrożonych zwierząt).

Oprócz ogólnej oceny, można też poznać szczegółowy opis działalności danej firmy i dowiedzieć się, które aspekty ewentualnie budzą wątpliwości.

Byłam ciekawa, na jakiej podstawie tworzone są dostępne w aplikacji rankingi, wysłałam więc maila z zapytaniem do organizacji, która ją tworzy. Oto odpowiedź, którą otrzymałam:

„Nasze rankingi bazują na trzech głównych źródłach informacji:

  • Certyfikatach i akredytacjach, takich jak Fairtrade, Global Organic Textile Standard, Ethical Clothing Australia, Fairwear i innych.
  • Badaniach prowadzonych przez organizacje pozarządowe: Rank A Brand, Greenpeace, Shop Ethical i Baptist World Aid.
  • Opublikowanych i ogólnodostępnych, rzetelnych informacjach widocznych na stronach internetowych firmy i w innych miejscach w sieci. Chodzi szczególnie o deklaracje, z których firma może być rozliczana przez konsumentów, inwestorów czy ustawodawców. Bierzemy pod uwagę między innymi zobowiązanie do nieużywania futra lub monitorowanie wpływu na zmiany klimatyczne. Więcej można przeczytać tutaj.

Dzięki aplikacji poznacie oceny większości znanych sieciówek – niestety trudno tu znaleźć dane na temat mniejszych, lokalnych firm. Jeśli Waszej ulubionej marki nie ma w rankingu, możecie zasugerować jej dodanie – jednak zbadanie jej działalności może zająć trochę czasu.

„Good On You” ma także stronę internetową, gdzie znajdziecie ciekawe artykuły związane z etyczną modą. Ja zapisałam się na newslettera i regularnie otrzymuję informacje o nowinkach.

TOO GOOD TO GO

To kolejna po OLIO aplikacja, której zadaniem jest walka z marnowaniem żywności. Dzięki niej, kawiarnie i restauracje mogą informować użytkowników o nadwyżkach jedzenia, których nie udało się sprzedać w ciągu dnia. Klienci natomiast mogą je zakupić po znacznie obniżonej cenie. Wystarczy zamówić przy użyciu aplikacji interesujące nas danie i odebrać w restauracji/kawiarni w wyznaczonym okienku czasowym. Jest to układ korzystny dla wszystkich: klienci oszczędzają pieniądze, a lokale zyskują dodatkowy zarobek, sprzedając posiłki, które w przeciwnym razie musiałyby wylądować w koszu. Wady? Aplikacja jest na razie dostępna jedynie w Wielkiej Brytanii. Stwierdziłam jednak, że warto o niej wspomnieć, bo, jak wiadomo, nasz naród jest na Wyspach licznie reprezentowany. Poza tym, strona Too Good To Go ma już niemiecką, francuską i norweską wersję językową, co może oznaczać, że wkrótce zacznie się pojawiać także w innych europejskich krajach.

Aplikacja Too Good To Go
Źródło zdjęcia: http://toogoodtogo.co.uk/press/
Odbieranie posiłku zdobytego dzięki Too Good To Go. Zdjęcie pochodzi ze strony: http://toogoodtogo.co.uk/press/

Bunny FreE i Leaping BUNNY (CRUELTY FREE)

To aplikacje, dzięki którym sprawdzisz, czy kosmetyki lub produkty do sprzątania były testowane na zwierzętach. Bunny Free to aplikacja stworzona przez PETA, natomiast Leaping Bunny to narzędzie oferowane przez organizację Cruelty Free International oraz jej partnerów w Kanadzie i USA. Zainstalowałam obie aplikacje i oto co o nich myślę:

W mojej opinii Bunny Free jest bardziej przyjazna użytkownikowi, atrakcyjne wizualnie, a informacje prezentuje w bardziej klarowny sposób. Można wyszukać w niej firmy według kategorii: nie testują na zwierzętach (oznaczone logo z króliczkiem) i testują (oznaczone czarnym trójkątem z wykrzyknikiem). Można też zastosować bardziej szczegółowy filtr: istnieje na przykład kategoria: „Working for regulatory change” – oznacza ona firmy, które testowanie na zwierzętach ograniczają do niezbędnego minimum, czyli sytuacji, w których jest to wymagane prawnie przez rząd danego kraju. Aplikacja pozwala także skanować kody kreskowe w sklepach. Skąd jednak pochodzą informacje dostępne w aplikacji? Opierają się one po prostu na deklaracjach firm, które oświadczają, że nie przeprowadzają testów na zwierzętach. Muszą też wypełnić i odesłać krótki kwestionariusz. Oczywiście, firmy składające fałszywe deklaracje ryzykują ogromne straty wizerunkowe w przypadku wycieku informacji o prowadzeniu testów na zwierzętach. Jednak sama deklaracja może wydawać się niewystarczająca jako źródło wiedzy o praktykach firmy.

 

Leaping Bunny jest trochę bardziej toporna w obsłudze (przynajmniej w tej wersji, której używam, czyli dla Androida). Można dzięki niej znaleźć listę firm, które nie testują na zwierzętach, natomiast nie dowiemy się, które marki takie testy prowadzą. Jednak z informacji dostępnych na stronie Cruelty Free International wynika, że marka aspirująca do otrzymania certyfikatu Leaping Bunny musi spełnić szereg bardzo ściśle określonych warunków, między innymi wdrożyć procedury monitorujące praktyki ich dostawców oraz zgodzić się na niezależny audyt weryfikujący zgodność deklaracji z rzeczywistością (więcej tutaj). Dlatego jeśli wybrana przez nas marka wyświetli się w aplikacji Leaping Bunny, możemy być pewni, że została naprawdę bardzo rzetelnie sprawdzona.

 

Więcej na ten temat: