Jak to się robi w Budapeszcie?

W zeszłym tygodniu miałam okazję spędzić kilka dni w Budapeszcie. Była to dla mnie czwarta już wizyta w węgierskiej stolicy i za każdym razem robi ona na mnie to samo piorunujące wrażenie. Jak dla mnie jest to miasto, które ilością ciekawych miejsc do zwiedzenia może się równać z najsłynniejszymi stolicami zachodnioeuropejskimi, typu Rzym czy Paryż. O tym jednak, co zwiedzać w Budapeszcie poczytacie  w każdym przewodniku turystycznym czy na setkach stron internetowych poświęconych temu miastu. Ponieważ jednak jest to blog ekologiczny, chciałabym przedstawić Wam mój własny, mały, subiektywny przewodnik po miejscach, które w jakiś sposób angażują się w działania przyjazne środowisku. Może też je kiedyś odwiedzicie?

Jednocześnie będzie to pierwszy wpis z cyklu „Jak to się robi w…”, w którym co jakiś czas będę publikować wpisy dotyczące ekologicznych inicjatyw w odwiedzanych przeze mnie miastach europejskich (i mam nadzieję, że nie tylko). Zapraszam na małą fotorelację!

Printa

Adres: Budapest, Rumbach Sebestyén u. 10, 1075 Węgry

Printa to sklep z odzieżą i designem pochodzącymi w większości z upcycklingu, produkowaną na miejscu, na zapleczu sklepu przez lokalnych artystów. Znajdziecie tu oryginalne, piękne ubrania i akcesoria, a także artykuły dekoracyjne i wyposażenie domów. Ubrania i dodatki, które znajdziecie w sklepie powstają z materiałów pozyskanych w second handach, a także, między innymi ze starego sprzętu używanego przez wojsko czy marynarzy. Nie brzmi zachęcająco? Sami zobaczcie, co można w ten sposób stworzyć!

Torebki, które tu widzicie zostały zrobione z kupionych w lumpeksach starych skórzanych kurtek i płaszczy.

 

Te oversize’owe płaszcze zostały wykonane z kocy używanych przez wojsko.
A tak wyglądają plecaki uszyte z materiału, który w poprzednim życiu służył jako… żagiel.
Koszulka z bawełny pochodzącej z recycklingu oraz z… plastikowych butelek.
Na terenie sklepu znajduje się też mała wystawa poświęcona tematyce zero waste i dział z przyjaznymi środowisku akcesoriami domowymi.

 

Można tu zakupić między innymi takie oto pojemniki na żywność wykonane ze starych butelek po winie. A że akurat Węgry to winiarska potęga, to na brak materiałów artyści z Printy na pewno nie mogą narzekać.
A oto, gdzie powstaje dostępny w sklepie towar. Zaplecze sklepu jest jednocześnie miejscem produkcji.
Prezent

Adres: Dobrentei utca 16., Budapeszt 1013, Węgry

W jednej z uliczek w okolicy słynnego Wzgórza Zamkowego, znajduje się niewielki sklep z odzieżą i lokalnym designem. Dostaniecie tutaj ubrania wykonane z organicznej bawełny z certyfikatem GOTS, wykonane przez lokalne, węgierskie zakłady produkcyjne. Widzieliśmy tu wspaniałe plecaki, bluzy, koszulki, czapki, szaliki i wiele innych świetnej jakości akcesoriów. Prezent to także miejsce dla tych, którzy mają dość kiczowatych pamiątek made in China i chcieliby kupić coś bardziej trwałego, przydatnego i gustownego. Dostaniecie tu między innymi oryginalne pocztówki i stylowe grafiki do powieszenia na ścianie, wykonane na papierze pochodzącym z recyklingu.

Zwiedzając okolice przepięknego Wzgórza Zamkowego, bez trudu znajdziecie ten mały, przytulny sklepik. Poznacie go po takim o to szyldzie!
Bluza wyprodukowana na Węgrzech z certyfikowanej bawełny GOTS.
Ekologiczny design w Prezencie
…i jeszcze kilka akcesoriów.
Restauracje Napfenyes

Adresy:

1) Ferenciek tere 2 , Budapeszt, Węgry 1053

2) 1077, Rózsa u. 39

Madziarska kuchnia jest chyba jedną z najciekawszych i najsmaczniejszych w Europie. Słynie z treściwych zup i sosów, często doprawianych papryką, no i oczywiście ze świetnego wina. Niestety, większość węgierskich narodowych potraw bazuje na mięsie. Co więc mają zrobić wegetarianie odwiedzający węgierską stolicę? Dla nas odpowiedzią na to pytanie okazała się restauracja Napfeneyes. Podczas naszego pięciodniowego pobytu odwiedziliśmy ją cztery razy i nie czuliśmy potrzeby szukać czegokolwiek poza tym. W Napfenyes można spróbować specjałów kuchni węgierskiej w wersji wegańskiej. Jedliśmy między innymi wegańskie gołąbki podawane z dodatkiem kiszonej kapusty, pieczeń z seitanu serwowaną na smażonych ziemniakach z ogórkiem kiszonym i wegańską wersję węgierskiego gulaszu – z czerwonej fasoli i innych warzyw. Nie zabrakło też dań charakterystycznych dla kuchni innych krajów: można zjeść tam pizzę, falafel czy słynną francuską zupę cebulową. Wszystkie dania są bardzo sycące i naprawdę pyszne. W restauracji znajdziecie też wybór słodkości – tradycyjne węgierskie czy austriackie torty, ciasta i wiele innych – wszystko w wersji wegańskiej.

Uliczne obserwacje…
Na Wzgórzu Zamkowym i w jego okolicach znajdziecie takie oto źródełka z wodą pitną – możecie napełnić nią Wasze wielorazowe butelki czy bidony. Ich lokalizacja podana jest na mapach turystycznych wywieszonych w kilku kluczowych miejscach na Wzgórzu.
To chyba też upcykling? Stare zdezelowane pianino otrzymało drugie życie w postaci grządki kwiatowej.

 

Więcej na ten temat:

 

 

 

 

 

101 sposobów na niemarnowanie żywności. Recenzja książki Anny Pitt.

„Leftover pie. 101 ways to reduce your food waste.” to wydawnicza świeżynka. Książka ukazała się na początku września tego roku i jest to pozycja poświęcona w całości problemowi marnowania jedzenia. Jej autorka – Anna Pitt – to dziennikarka i działaczka ekologiczna, wspierająca między innymi działania OLIO.

Dlaczego marnujemy?

Wbrew temu, co może sugerować tytuł nie jest to książka kucharska – choć faktycznie zawiera 101 przepisów kulinarnych. W rzeczywistości jest to prawdziwe kompendium wiedzy na temat marnowania żywności i skarbnica pomysłów na to, jak temu zjawisku przeciwdziałać. Autorka zaczyna od liczb i statystyk pokazujących, ile nadającej się do spożycia żywności marnuje się każdego roku – ze szczególnym uwzględnieniem jej ojczyzny, czyli Wielkiej Brytanii. Przygląda się problemowi z perspektywy historycznej: nasi dziadkowie i pradziadkowie, spośród których wielu przyszło żyć w trudniejszych od naszych czasach traktowali jedzenie z wielkim szacunkiem i starali się optymalnie wykorzystać każdą część rośliny czy zwierzęcia, które trafiały do ich kuchni. Natomiast my postrzegamy żywność jako coś oczywistego – przecież w każdej chwili możemy pojechać do supermarketu i kupić, co tylko nam się zamarzy. To, że może jej kiedyś zabraknąć, nie mieści nam się w głowach. Jak doszło do takich zmian w sposobie myślenia? Anna Pitt wnikliwie analizuje ten problem, omawiając między innymi zmiany w modelu rolnictwa, wpływ rozwoju technologii na produkcję żywności, a także standardy estetyczne i – niejednokrotnie absurdalne -przepisy z nimi związane.

Autorka cytuje m.in. swoją babcię:

„Wiesz, co o tym myślę? W dużej mierze winę ponosi tu nasze pokolenie. Przeżyliśmy wojnę i mieliśmy tak serdecznie dość braku wszystkiego, wiecznego oszczędzania i wydzielania racji żywnościowych. Dlatego, gdy sytuacja się zmieniła, a jedzenia było znów pod dostatkiem, my zaczęliśmy je marnotrawić”*

I europejskie regulacje prawne:

„Rozporządzenie Komisji EWG numer 1677/88 z 15 czerwca 1988 mówi, że ogórki Klasy Ekstra i Klasy I muszą być dobrze wykształcone i praktycznie proste (o maksymalnej wysokości łuku 10 mm na każde 10 cm długości ogórka).”

„Ogórki lekko zakrzywione mogą mieć maksymalną wysokość łuku 20 mm na każde 10 cm długości ogórka.”

Jak ratować żywność?

Autorka nie poprzestaje jednak na dziwnych czy przygnębiających danych i po tej analizie prezentuje cały wachlarz sposobów na walkę z marnotrawstwem.  Sugeruje, jak z wyprzedzeniem planować posiłki, radzi, jak i gdzie kupować żywność, zwraca uwagę na znaczenie żywności lokalnej i sezonowej. Dzieli się ciekawymi sposobami na przechowywanie jedzenia, w taki sposób, aby jak najdłużej zachowało świeżość. Zachęca do uprawy roślin jadalnych we własnym ogródku i na balkonie – wiadomo, że to, co sami wyhodowaliśmy będziemy darzyć większym szacunkiem. W książce znajdziemy listę ziół, które można hodować w doniczkach, wraz ze wskazówkami dotyczącymi pielęgnacji, właściwości leczniczych, a nawet informację, czy dana roślina będzie przyciągać pszczoły (kolejny ważny aspekt ekologiczny).

A co jeśli naprawdę nie jesteśmy w stanie zjeść tego, co kupiliśmy lub wyhodowaliśmy? Na to też są sposoby i w książce znajdziemy ich całe mnóstwo. Począwszy od akcji społecznych i technologii, które ułatwiają dzielenie się nadwyżką jedzenia z innymi ludźmi, poprzez domowe kompostowanie, aż po pozyskiwanie biopaliwa z rozkładającej się żywności. Autorka poświęca też część książki jedzeniu przyszłości – prezentuje alternatywne źródła pozyskiwania żywności, które być może będą musiały wziąć pod uwagę przyszłe pokolenia, chcąc zaspokoić potrzeby wciąż rosnącej populacji. Ostatnia część książki to tytułowe 101 przepisów na wykorzystanie resztek żywności czy na przykład części roślin, które zwykle lądują w koszu, choć są zupełnie jadalne i smaczne. Przepisy są pogrupowane, znajdziemy tu między innymi część poświęconą mięsom, warzywom, ziołom, słodyczom… Łatwo jest więc sięgnąć bezpośrednio do kategorii, która nas interesuje. Poznamy tu zarówno receptury stosowane przez samą autorkę, jak i kuchenne sekrety innych brytyjskich aktywistów ekologicznych, szefów kuchni czy blogerów kulinarnych.

Co nowego?

Tematyką przeciwdziałania marnowaniu żywności interesuję się już od kilku lat, zastanawiałam się więc, czy książka dostarczy mi wielu nowych informacji , czy raczej jest to pozycja dla początkujących. Rzeczywiście, autorka pisze o foodsharingu czy aplikacjach takich jak OLIO lub Too Good To Go, o których słyszałam już wcześniej. Mimo to muszę stwierdzić, że z lektury wyniosłam całe mnóstwo przydatnej wiedzy.

Oto kilka przykładów!
  1. Wskazówki dotyczące przechowywania żywności. Zainspirowana lekturą, postanowiłam wydzielić w lodówce półkę oznaczoną karteczką „Zjedz mnie najpierw”. Przeznaczę ją dla produktów, które należy zjeść w pierwszej kolejności, bo po otwarciu opakowania mogą się szybko zepsuć. Dowiedziałam się też, że mandarynki, mimo niewątpliwych walorów wizualnych, lepiej trzymać w lodówce, niż np. w dekoracyjnej misce w kuchni, źle bowiem znoszą centralne ogrzewanie. Podobnych, konkretnych informacji znajdziecie w książce o wiele więcej.
  2. Kilka ciekawych przepisów. Moją faworytką jest zupa-krem z naci rzodkiewki z kminkiem, posypana po wierzchu tartą rzodkiewką. Na zdjęciu wygląda genialnie –zajęła więc wysoką lokatę na liście przepisów do wypróbowania. Zainteresowały mnie też łodygi brokułu serwowane z hummusem jako imprezowa przystawka lub galaretka ze skórek i ogryzków jabłek, która podobno świetnie komponuje się z serami.

3. Nareszcie poznałam szczegółowe zasady funkcjonowania domowego kompostownika (takiego z dżdżownicami) oraz dowiedziałam się, jak działa wariant japoński, zwany bokashi.

4.Wreszcie – książka to prawdziwa kopalnia wiedzy na temat rozmaitych akcji społecznych, biznesów, ludzi i blogów w jakiś sposób związanych z walką z marnotrawieniem. Dowiedziałam się między innymi o Festiwalu Ratowania Dyń, który co roku odbywa się w Londynie w okresie Halloween. Odkryłam firmę Lucky Peel, która produkuje wyrafinowane słodycze i nalewki z resztek pomarańczy – czyli tego, co pozostaje, bo wyciśnięciu z nich soku. Odkryłam całe mnóstwo restauracji i kafejek bazujących tylko i wyłącznie na resztkach jedzenia. Oczywiście większość tych wspaniałych inicjatyw usytuowana jest w londyńskiej rzeczywistości. Pozostaje nam więc tylko o nich czytać, podziwiać i inspirować się. Wszystkie te znaleziska zamierzam w najbliższych miesiącach eksplorować i Wam także polecam. Zwróćcie uwagę na to, że często są to nie tylko inicjatywy ekologiczne, ale również niezłe pomysły na biznes.

Słabości?

Jak dla mnie jedyną słabością tej książki jest to, że według mnie zbyt mały nacisk kładzie na znaczenie ograniczenia produktów odzwierzęcych dla dobra planety. Poza tym, duża część przepisów nie wpasowała się mój gust – sporo z nich reprezentuje dość ciężką brytyjską kuchnię, która nie należy do moich ulubionych. Jednak, jak już pisałam wcześniej, udało mi się znaleźć kilka kulinarnych perełek, które wzbudziły moją ciekawość i na pewno chciałabym z nich wkrótce skorzystać. Myślę, że podobnie jak ja, właściwie każdy powinien tu znaleźć przynajmniej kilka przepisów zgodnych ze swoimi preferencjami kulinarnymi.

Dla kogo lektura?

Moim zdaniem dla większości osób! Książka jest napisana prostym, przystępnym językiem, pełna anegdot i osobistych doświadczeń dziennikarki. Będzie to więc przyjemna lektura, dzięki której osoby, dotąd niezainteresowane kwestią marnowania jedzenia, spojrzą na żywność z zupełnie innej perspektywy. Ta pozycja na pewno otworzy im oczy na pewne sprawy, pozwoli krytycznie spojrzeć na własne nawyki i dostarczy wielu praktycznych wskazówek osobom chcącym coś zmienić. Także czytelnicy nie od dziś obeznani ze sprawą znajdą coś dla siebie. Autorka potraktowała temat na tyle wieloaspektowo, że każdy będzie w stanie poznać jakąś dziedzinę czy rozwiązanie, o których wcześniej nie słyszał. Ponadto, książka jest też bardzo ładnie wydana – zawiera sporo ilustracji i zdjęć, które czynią ją atrakcyjną również wizualnie. Może to pomysł na prezent dla kogoś w Twoim otoczeniu?

Więcej na temat

 

*książka nie ma na razie polskiej wersji językowej. Cytaty przytoczone w tym artykule to moje tłumaczenie, zupełnie nieoficjalne i niezobowiązujące 🙂

Jesienny Cieszyn i wystawa o tematyce zero waste

W ostatni weekend miałam okazję odwiedzić Cieszyn – miasto, które znam od dzieciństwa i do którego zawsze chętnie wracam. Tym razem, oprócz wizyty u cioci, miałam jeszcze jeden cel wyprawy – obejrzenie wystawy o tematyce gospodarowania odpadami, zorganizowanej na Zamku Cieszyńskim. Tytuł wystawy to „Dizajn w przestrzeni publicznej. Mamy problem?”, a jej motto stanowią słowa komisarza europejskiego Janeza Potočnika, który w 2014 roku powiedział „Nie ma już odpadów, ale są zasoby – dzisiejsze odpady to jutrzejsze kopalnie”.  W myśl tej idei, wystawa prezentuje fotografie, filmy i opisy różnego rodzaju inicjatyw i wynalazków służącym ograniczeniu liczby odpadów oraz kreatywnemu wykorzystaniu tych już wyprodukowanych. Na wystawie poznamy rozwiązania wdrożone zarówno w Polsce, jak i w innych krajach; inicjatywy małych lokalnych społeczności i zaawansowane projekty technologiczne i naukowe. Choć doniesienia ze świata nauki w kwestii wpływu ludzkiej działalności na środowisko każą widzieć przyszłość w najczarniejszych barwach, to jednak z tej wystawy wyszłam z szerokim uśmiechem, pełna podziwu dla ludzkiej inwencji.  Wystawa zajmuje niewielki obszar – tylko jedną małą salę. Mimo to, udało się tam zaprezentować tyle fascynujących pomysłów, że zwiedzałam ją z zapartym tchem, a przygotowując niniejszy wpis miałam poważny problem z decyzją, które z nich pokazać na blogu – nie mogę przecież opisać wszystkich! Po długim namyśle, wreszcie dokonałam selekcji pomysłów, które według mnie są warte szczególnej uwagi. Zapraszam na małą fotorelację – z wystawy i nie tylko.

Wchodzimy do Zamku…
Naklejki z napisami w alfabecie Braille’a powstały w ramach projektu „Segreguję – nie widzę przeszkód”. Jest to inicjatywa mająca pomóc osobom niewidomym i słabo widzącym w sortowaniu odpadów.
Projekt powstał dzięki współpracy grupy ENERIS z Fundacją na Rzecz Osób Niewidomych oraz Słabo Widzących VEGA, Polskim Związkiem Niewidomych i Towarzystwem Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Osoby potrzebujące takiego ułatwienia mogą bezpłatnie otrzymać naklejki.
Tusz produkowany ze … smogu. Używany jest do wypełniania długopisów, a także do projektów artystycznych studentów szkół sztuk pieknych.
Na pomysł pozyskiwania tuszu ze smogu wpadło w 2013 roku czterech naukowców z Cambridge. Wymyślili oni technologię o nazwie KAALINK – pozwala ona przechwycić zanieczyszczenia i przekształcić je w tusz – Air-Ink. Zebrane zanieczyszczenia są uprzednio oczyszczane z metali ciężkich i substancji rakotwórczych.
Świetna inicjatywa na naszym rodzimym podwórku! W Pile powstała tzw. Repair Cafe – czyli kafejka, w której wolontariusze – lokalne złote rączki – bezpłatnie naprawią przyniesione przedmioty. Można tam spotkać m.in. speców od komputerów, krawcową czy ostrzyciela noży.
Cegły z recyklingu. Autorami tego projektu zatytułowanego Stone Cycling są dwaj Holendrzy – Tom van Soest i Ward Massa. Stworzyli oni coś w rodzaju gigantycznego blendera, w którym można „zmielić” kłopotliwe odpady – stare umywalki, toalety, płytki łazienkowe. W ten sposób pozyskuje się materiał do produkcji cegieł.
Częściowo podziemny system składowania odpadów w Czerwionce-Leszczynach. Pozwala on na magazynowanie znacznie większej ilości odpadów (część podziemna kontenera ma 3 metry sześcienne). Gdy pojemnik jest wypełniony, elektroniczny system powiadamia o tym zarządcę, co umożliwia odbiór śmieci w optymalnym momencie.
Klimatyzator bez prądu…z plastikowych butelek. To innowacyjna, choć prosta, metoda chłodzenia domów wymyślona przez wynalazcę Ashisa Paula. Projekt ten wdrożono w Bangladeszu, gdzie temperatury bywają ekstremalnie wysokie, większość ludności mieszka w domach z blachy, zaś ulice często zalane są plastikowymi odpadami. To się nazywa strzał w dziesiątkę!
W zamkowym sklepiku, obok książek, pamiątek i lokalnego designu, na czas wystawy utworzono stoisko o tematyce ekologicznej.

Jeśli chcecie poznać więcej pomysłów, a do Cieszyna nie macie daleko, zachęcam do obejrzenia tej tematycznej ekspozycji.  Wystawa niestety trwa już tylko do 22 października – może jeszcze uda Wam się załapać. Jeśli nie zdążycie jej zobaczyć, to sam Cieszyn także jest wart uwagi. Przekonajcie się sami!

Magia Cieszyna

To malownicze miasteczko położone nad Olzą (lewobrzeżna część należy już do Czech) mimo niewielkich rozmiarów może poszczycić się bogatym życiem kulturalnym – odbywają się tu liczne koncerty, festiwale, konferencje, wystawy i sztuki teatralne. Znajdziecie tu sporo urokliwych restauracji i kawiarni, napijecie się piwa z Browaru Zamkowego i znajdziecie wiele miejsc na długie spacery, w czasie których możecie podziwiać panoramę miasta, klimatyczną Starówkę czy pasma pobliskiego Beskidu. Czas płynie tu wolniej niż w dużych miastach, zachęcając do leniwego kontemplowania rzeczywistości – być może to wpływ bliskości przyrody i zrelaksowanego sposobu bycia naszych południowych sąsiadów.

Widok na jesienny Cieszyn ze Wzgórza Zamkowego.
Romańska rotunda św. Mikołaja. Jeśli macie przy sobie banknot 20-złotowy, przyjrzyjcie się mu dokładnie. Poznajecie?
Kornel i Przyjaciele. Przytulna księgarnio-kawiarnia na cieszyńskiej Starówce. Nazwa to ukłon w stronę pisarza Kornela Filipowicza.
Cieszyńska Wenecja – domy i knajpki usytuowane wzdłuż kanału. Warto przyjść tu też wiosną, w okresie kwitnienia magnolii.
Nad Olzą…
Jesienny Cieszyn zachęca do długich spacerów.
Więcej na ten temat:

 

Nie powiększaj wyspy śmieci! Czyli jak ograniczyć ilość plastikowych odpadów.

Czy słyszeliście o Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci? Jest to ogromne skupisko plastikowych odpadów, które beztrosko dryfują sobie po Oceanie Spokojnym, między Kalifornią a Hawajami.  Wyspa ta została po raz pierwszy wspomniana przez naukowców w latach 80-tych, a następnie zaobserwowana w czasie rejsu przez oceanografa i kapitana łodzi wyścigowych Charlesa Moore’a, który od tego czasu nagłaśnia tę sprawę. Wielkość tego tworu trudno oszacować – mówi się o liczbach od 700 000  do 15 000 000 kilometrów kwadratowych. Co gorsza, nie jest to jedyne tego rodzaju skupisko, podobne można zaobserwować między innymi na Morzu Śródziemnym. Zgromadzenie plastikowych odpadów w morzu powoduje rocznie śmierć setek tysięcy morskich zwierząt.

Jeśli ta wizja nie napawa Was zachwytem i nie chcecie dokładać swojej cegiełki do tych paskudnych tworów, mam dla Was kilka prostych pomysłów na ograniczenie plastikowych opakowań w życiu codziennym. Jakiś czas temu napisałam kilka rad dla początkujących, dziś idziemy o poziom wyżej.

Słomki do napojów

Kolorowe plastikowe słomki kojarzą się nam dobrze – z latem, imprezami i wyrafinowanymi drinkami. To błędne skojarzenie. Z pozoru niewinne słomki to zło w najczystszej postaci. Używane zaledwie przez kilka minut, już nigdy nie zostaną ponownie wykorzystane. Lądują od razu w śmieciach i w wielu przypadkach wędrują dalej do lasów, na plaże i do oceanów. Według danych Greenpeace, plastikowe słomki to jeden z odpadów najczęściej znajdowanych przez uczestników akcji sprzątania plaż.  Są małe, lekkie, łatwo ich nie zauważyć, dlatego też często zdarza się, że słomka utkwi w nosie morskiego żółwia, zostanie połknięta przez pisklę mewy lub zjedzona przez rybę, w efekcie czego wędruje sobie dalej w łańcuchu pokarmowym. Wielkie sieciówki typu fast-food zużywają miliony słomek każdego dnia. Dlatego też, jeśli kupujecie napój w restauracji lub barze, a obsługa proponuje Wam słomkę – nie idźcie tą drogą! Chyba że macie ochotę znaleźć kiedyś na stole coś takiego. Namawiałabym jednak do zrezygnowania ze słomek, a jeśli bardzo lubicie przez nie pić, polecam te ze stali nierdzewnej. Ja swoje kupiłam tutaj. Można używać ich wielokrotnie, myć w zmywarce, a nawet nosić ze sobą w torbie lub plecaku, kiedy wybieramy się na obiad lub na piwo. Nie jest to w naszym społeczeństwie norma, więc fakt, na początku ludzie mogą na Was dziwnie patrzeć. Ale koniec końców, bardzo możliwe, że kogoś to zainteresuje, a może nawet zapoczątkuje miłą konwersację i znajomość.

Owijka do żywności – Bee’s Wrap

Gdy rano szykuję się do pracy, zwykle nie starcza mi już czasu na śniadanie w domu, pakuję je więc na wynos. Znacie to? Myślę, że wiele osób robi podobnie. Od jakiegoś czasu przeszkadzało mi, że kanapki muszę pakować w folię aluminiową, której raczej nie użyję ponownie albo, co gorsza, w plastikowy woreczek. Dlatego zdecydowałam się na zakup owijek do kanapek, czyli Bee’s Wraps. Można je dostać tutaj. Ja zdecydowałam się na dwie owijki kanapkowe, ale dostępne są też inne formaty, do przechowywania na przykład pieczywa lub żywności w lodówce. Owijki są wykonane z organicznej bawełny, nasączonej woskiem pszczelim, olejkiem jojoba oraz żywicą drzewną.  Te substancje sprawiają, że owijka ma gładką powierzchnię (mnie trochę kojarzy się z ceratą), która nie przepuszcza wilgoci. Można ją łatwo umyć – tak samo jak myjecie naczynia, tyle że w zimnej wodzie z mydłem. Owijki nadają się do użytku przez bardzo długi czas (według producenta przez rok). Są też biodegradowalne, a dodatkowo ładnie wyglądają. Oczywiście taka owijka kosztuje więcej niż folia lub plastikowe woreczki, uważam jednak, że wydatek się zwróci. Jeśli jednak nie masz ochoty kupować Bee’s Wrapa, a masz trochę czasu i cierpliwości, możesz taką owijkę wykonać w domu. Szczegółowe instrukcje znajdziesz na blogu u Asi.

Wielorazowe płatki kosmetyczne i proszek w ekologicznym opakowaniu

Bawełniane płatki do demakijażu wielokrotnego użytku, nadające się do prania w pralce zastąpiły w mojej łazience te jednorazowe i pakowane – oczywiście – w plastik. Staram się też kupować proszek do prania w opakowaniu papierowym, nie plastikowym. Zarówno proszek, jak i płatki (oraz inne produkty kosmetyczne) kupuję przez internet w drogerii ekologicznej Better Land. Podoba mi się tam to, że przy zakupie można zaznaczyć opcję „zero waste”, czyli zamówienie nie będzie zawinięte w żadne zbędne opakowania, folie, plastiki, w przesyłce nie znajdziecie też ulotek ani innych materiałów promocyjnych.

 

Więcej na ten temat:

 

4 aplikacje na telefon, które pomogą Ci w etycznych zakupach – i nie tylko!

Czy Twój smartfon może pomóc Ci podejmować dobre decyzje w kwestii odpowiedzialnych i ekologicznych zakupów? Jak najbardziej! Wystarczy, że zainstalujesz odpowiednie aplikacje. Chciałabym dziś napisać o czterech ciekawych wynalazkach, które na pewno przydadzą się wszystkim świadomym konsumentom. Oczywiście, każdy z nich ma zarówno zalety, jak i wady, ale myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie, a zainstalowanie przynajmniej jednej z aplikacji to krok w dobrą stronę, czyli w kierunku bardziej przemyślanych zakupów.

Good on You

W ostatnich latach dużo mówi się o fatalnych warunkach pracy osób w fabrykach odzieży w państwach azjatyckich. Szczególnie głośno na ten temat zrobiło się po tragicznej w skutkach katastrofie budowlanej w kompleksie Rana Plaza w Bangladeszu, gdzie wytwarzano odzież popularnych w zachodnich krajach marek. Jest coraz więcej osób, którym przeszkadza fakt, że noszone przez nich ubrania wyprodukowano kosztem cierpienia innych ludzi. Takie osoby chciałyby kupować bardziej odpowiedzialnie, nie zawsze jednak wiedzą, gdzie szukać informacji. W tej sytuacji, z pomocą przychodzi stworzona w Australii aplikacja „Good On You”. Jak to działa? Wystarczy wpisać nazwę marki odzieżowej, aby sprawdzić, gdzie plasuje się w pięciopunktowym rankingu.

Najwyższa możliwa ocena to „Great” (czyli świetna – pięć punktów), najniższa -„We avoid” (czyli „unikamy” – jeden punkt). Przy ewaluacji brane są pod uwagę trzy aspekty:

  • ludzie – czyli w jakich warunkach pracują osoby zatrudnione przy produkcji odzieży.
  • środowisko – czyli to, jak dana firma używa zasobów naturalnych, jej wpływ na wodę i powietrze, emisje węglowe oraz użycie chemikaliów.
  • zwierzęta – czyli kwestia tego, czy i w jaki sposób dana marka wykorzystuje produkty pochodzenia zwierzęcego: futra, wełnę, skórę (również od egzotycznych, zagrożonych zwierząt).

Oprócz ogólnej oceny, można też poznać szczegółowy opis działalności danej firmy i dowiedzieć się, które aspekty ewentualnie budzą wątpliwości.

Byłam ciekawa, na jakiej podstawie tworzone są dostępne w aplikacji rankingi, wysłałam więc maila z zapytaniem do organizacji, która ją tworzy. Oto odpowiedź, którą otrzymałam:

„Nasze rankingi bazują na trzech głównych źródłach informacji:

  • Certyfikatach i akredytacjach, takich jak Fairtrade, Global Organic Textile Standard, Ethical Clothing Australia, Fairwear i innych.
  • Badaniach prowadzonych przez organizacje pozarządowe: Rank A Brand, Greenpeace, Shop Ethical i Baptist World Aid.
  • Opublikowanych i ogólnodostępnych, rzetelnych informacjach widocznych na stronach internetowych firmy i w innych miejscach w sieci. Chodzi szczególnie o deklaracje, z których firma może być rozliczana przez konsumentów, inwestorów czy ustawodawców. Bierzemy pod uwagę między innymi zobowiązanie do nieużywania futra lub monitorowanie wpływu na zmiany klimatyczne. Więcej można przeczytać tutaj.

Dzięki aplikacji poznacie oceny większości znanych sieciówek – niestety trudno tu znaleźć dane na temat mniejszych, lokalnych firm. Jeśli Waszej ulubionej marki nie ma w rankingu, możecie zasugerować jej dodanie – jednak zbadanie jej działalności może zająć trochę czasu.

„Good On You” ma także stronę internetową, gdzie znajdziecie ciekawe artykuły związane z etyczną modą. Ja zapisałam się na newslettera i regularnie otrzymuję informacje o nowinkach.

TOO GOOD TO GO

To kolejna po OLIO aplikacja, której zadaniem jest walka z marnowaniem żywności. Dzięki niej, kawiarnie i restauracje mogą informować użytkowników o nadwyżkach jedzenia, których nie udało się sprzedać w ciągu dnia. Klienci natomiast mogą je zakupić po znacznie obniżonej cenie. Wystarczy zamówić przy użyciu aplikacji interesujące nas danie i odebrać w restauracji/kawiarni w wyznaczonym okienku czasowym. Jest to układ korzystny dla wszystkich: klienci oszczędzają pieniądze, a lokale zyskują dodatkowy zarobek, sprzedając posiłki, które w przeciwnym razie musiałyby wylądować w koszu. Wady? Aplikacja jest na razie dostępna jedynie w Wielkiej Brytanii. Stwierdziłam jednak, że warto o niej wspomnieć, bo, jak wiadomo, nasz naród jest na Wyspach licznie reprezentowany. Poza tym, strona Too Good To Go ma już niemiecką, francuską i norweską wersję językową, co może oznaczać, że wkrótce zacznie się pojawiać także w innych europejskich krajach.

Aplikacja Too Good To Go
Źródło zdjęcia: http://toogoodtogo.co.uk/press/
Odbieranie posiłku zdobytego dzięki Too Good To Go. Zdjęcie pochodzi ze strony: http://toogoodtogo.co.uk/press/

Bunny FreE i Leaping BUNNY (CRUELTY FREE)

To aplikacje, dzięki którym sprawdzisz, czy kosmetyki lub produkty do sprzątania były testowane na zwierzętach. Bunny Free to aplikacja stworzona przez PETA, natomiast Leaping Bunny to narzędzie oferowane przez organizację Cruelty Free International oraz jej partnerów w Kanadzie i USA. Zainstalowałam obie aplikacje i oto co o nich myślę:

W mojej opinii Bunny Free jest bardziej przyjazna użytkownikowi, atrakcyjne wizualnie, a informacje prezentuje w bardziej klarowny sposób. Można wyszukać w niej firmy według kategorii: nie testują na zwierzętach (oznaczone logo z króliczkiem) i testują (oznaczone czarnym trójkątem z wykrzyknikiem). Można też zastosować bardziej szczegółowy filtr: istnieje na przykład kategoria: „Working for regulatory change” – oznacza ona firmy, które testowanie na zwierzętach ograniczają do niezbędnego minimum, czyli sytuacji, w których jest to wymagane prawnie przez rząd danego kraju. Aplikacja pozwala także skanować kody kreskowe w sklepach. Skąd jednak pochodzą informacje dostępne w aplikacji? Opierają się one po prostu na deklaracjach firm, które oświadczają, że nie przeprowadzają testów na zwierzętach. Muszą też wypełnić i odesłać krótki kwestionariusz. Oczywiście, firmy składające fałszywe deklaracje ryzykują ogromne straty wizerunkowe w przypadku wycieku informacji o prowadzeniu testów na zwierzętach. Jednak sama deklaracja może wydawać się niewystarczająca jako źródło wiedzy o praktykach firmy.

 

Leaping Bunny jest trochę bardziej toporna w obsłudze (przynajmniej w tej wersji, której używam, czyli dla Androida). Można dzięki niej znaleźć listę firm, które nie testują na zwierzętach, natomiast nie dowiemy się, które marki takie testy prowadzą. Jednak z informacji dostępnych na stronie Cruelty Free International wynika, że marka aspirująca do otrzymania certyfikatu Leaping Bunny musi spełnić szereg bardzo ściśle określonych warunków, między innymi wdrożyć procedury monitorujące praktyki ich dostawców oraz zgodzić się na niezależny audyt weryfikujący zgodność deklaracji z rzeczywistością (więcej tutaj). Dlatego jeśli wybrana przez nas marka wyświetli się w aplikacji Leaping Bunny, możemy być pewni, że została naprawdę bardzo rzetelnie sprawdzona.

 

Więcej na ten temat:

 

WWOOF, czyli wolontariat na organicznej farmie

Na początku tego roku miałam (prawdopodobnie) niepowtarzalną okazję podróżować przez 3 miesiące po Ameryce Południowej (więcej można przeczytać tutaj). Oczywiście, cała podróż była niezapomnianym przeżyciem, ale myślę, że na szczególną uwagę zasługuje 2-tygodniowy wolontariat na organicznej farmie w Argentynie, w regionie Mendoza, w ramach organizacji WWOOF. Chcecie dowiedzieć się, jak to działa? Zapraszam do lektury!

Co to jest WWOOF?

WWOOF – World Wide Opportunities on Organic Farms to sieć organizacji krajowych, która umożliwia kontakt właścicieli farm organicznych i osób zainteresowanych wolontariatem na takiej farmie.  Lokalne organizacje WWOOF istnieją w większości krajów świata. Każde państwo ma oddzielną stronę internetową, na której można znaleźć oferty wolontariatu. Za dostęp do bazy danych należy uiścić jednorazową opłatę – w przypadku Argentyny było to 30 EUR, ale ceny w poszczególnych krajach mogą się lekko różnić. Po dokonaniu wpłaty otrzymuje się drogą mailową listę zarejestrowanych farm w danym kraju. Lista zawiera dokładny opis farmy, lokalizację, informacje o właścicielach i pracach, jakie wykonują na farmie. A także dane kontaktowe do gospodarzy. Czasem można też obejrzeć zdjęcia z danego miejsca.

WWOOF nie pośredniczy już w dalszym kontakcie, należy wysłać maila lub zadzwonić bezpośrednio do właścicieli farmy i umówić się z nimi na pobyt. Niektórzy właściciele określają minimalną długość pobytu, inni są dość elastyczni. Tak też było w naszym przypadku – chcieliśmy przebywać na farmie nie dłużej niż 2 tygodnie i nie było z tym żadnego problemu. Właściciele farmy zapewniają wolontariuszom wyżywienie i zakwaterowanie na czas pobytu w zamian za pomoc w pracy w gospodarstwie. Nam zależało bardzo, żeby znaleźć farmę w Mendozie, która słynie z produkcji wina. Mieliśmy nadzieję pozwiedzać przy tej okazji miejscowe winnice i spróbować trochę lokalnego winka.

Winnica w Mendozie. Zdjęcie: makeitabetterplace
Dlaczego zdecydowaliśmy się na WWOOF?

Były dwa główne powody. Po pierwsze – podróżując przez kilka miesięcy, trzeba uważać, żeby nie przekroczyć pewnego budżetu. Chcieliśmy odwiedzić Mendozę, a WWOOF wydał nam się świetną opcją, żeby oszczędzić na zakwaterowaniu i noclegu. Po drugie – chcieliśmy spędzić trochę czasu w niekonwencjonalny sposób. Oprócz typowo turystycznych miejsc, mieliśmy ochotę odwiedzić jakieś mało znane, prowincjonalne miasteczko, gdzie ludzie żyją własnym rytmem, niezakłócanym przez najazdy turystów. I od podszewki poznać życie argentyńskiej rodziny.

Nasz wolontariat w Mendozie

Z tym mało znanym miejscem nam się udało. Trafiliśmy do miejscowości General Alvear, która nie słynie z żadnych atrakcji turystycznych (poza tym, że leży w sercu słynnego regionu winiarskiego). Liczba mieszkańców to 30 tysięcy, a najbliższe większe miasto to San Rafael, oddalone o ok.100 km.

Na miejscu spodziewaliśmy się zastać starych, doświadczonych farmerów. Nic bardziej mylnego. Powitał nas 31-letni Carlos, jego 25-letnia żona Ayelen oraz ich 9-miesięczna córeczka Aneley (swoją drogą chyba najbardziej urocze, bezproblemowe dziecko, jakie zdarzyło nam się spotkać). Jeszcze do niedawna Carlos pracował w jednej z fabryk w prowincji Buenos Aires, marzył mu się jednak zupełnie inny styl życia. Dlatego kupił kawałek ziemi w General Alvear, gdzie mieszkali już jego teściowie oraz brat Ayelen z żoną i dzieckiem.  Na tym kawałku ziemi postawił z pomocą przyjaciół małą chatkę i założył farmę. Choć w tym przypadku farma to za dużo słowo. Jest to po prostu niewielki ogród, w którym Carlos i Ayelen hodują owoce, warzywa i zioła, służące wyłącznie do ich własnego użytku, nie na sprzedaż. Mają też 6 kur, które hodują wyłącznie dla jajek, nie dla mięsa, są bowiem wegetarianami.  Dzięki ogrodowi, jego właściciele są właściwie samowystarczalni. 80% produktów, które lądują na ich stole pochodzi z ich własnej uprawy. Czasem wymieniają się też z sąsiadami hodującymi inne rośliny. W sklepie zaopatrują się jedynie w chleb, mąkę, kasze, makaron i tym podobne artykuły.  I wino, które w tym regionie jest bardzo tanie.  A skąd pieniądze na zakupy, skoro farma nie przynosi zysków? Oprócz uprawy ogrodu, nasi gospodarze trudnią się też rękodziełem – produkują biżuterię i naczynia, głównie do picia yerby mate. Swoje produkty sprzedają później na lokalnych targach, głównie w sezonie letnim.

Pierścionki produkowane ręcznie przez Ayelen i Carlosa. Zdjęcie: makeitabetterplace
Na czym polegała praca?

Naszym głównym zadaniem było przygotowanie ogródka zimowego. Carlos wyznaczył nam kawałek ziemi porośnięty trawą, który mieliśmy przekopać i usunąć trawę i chwasty, tak żeby w przyszłości można tam było sadzić warzywa. Niby nic wielkiego, ale trzeba wziąć pod uwagę fakt, że nasz pobyt na farmie wypadł w lutym – czyli w środku upalnego lata. W tym czasie temperatury w Mendozie sięgają prawie 40 stopni Celsjusza. Praca w ogrodzie była więc możliwa jedynie wcześnie rano lub wieczorem. Tak naprawdę tylko od nas zależało, kiedy i przez ile czasu będziemy pracować. Carlos w ogóle nas nie kontrolował ani nie wydawał żadnych poleceń. To bardziej nam zależało, żeby nasz krótki pobyt przyniósł gospodarzom jakieś korzyści. Dlatego staraliśmy się wstawać dość wcześnie i zaczynaliśmy pracę, kiedy nasi gospodarze jeszcze smacznie spali.

Jeśli chodzi o pozostałe zajęcia, to od czasu do czasu mieliśmy coś ugotować lub pomagaliśmy Carlosowi i Ayelen w produkcji ich rękodzieła.

Oprócz nas na farmie było kilkoro innych wolontariuszy: Niemka, Amerykanka i para Francuzów z psem. Każdy miał własny przydział zadań. Podczas gdy my kopaliśmy w ogródku, pozostali sadzili roślinki, gotowali, pracowali przy budowie suchej toalety lub karmili kury.

A tak wyglądał teren, na którym pracowaliśmy. Zdjęcie: makeitabetterplace
Czy WWOOF to tylko praca?

Absolutnie nie! W ciągu tych dwóch tygodni spędzonych na farmie mieliśmy sporo czasu wolnego. Zwiedziliśmy między innymi małą lokalną winnicę „Cavas del Artesano”, po której oprowadzili nas przemili pracownicy. Zorganizowali dla nas darmową degustację kilku rodzajów wina, a później odwieźli nas z powrotem do centrum miasta. Co bardzo doceniliśmy, bo nie mieliśmy najmniejszej ochoty na 5-kilometrowy spacer w najgorszym upale.

Bodega „Cavas del Artesano”
Zdjęcie: makeitabetterplace
Degustacja wina w „Cavas del artesano”
Zdjęcie: makeitabetterplace

Przede wszystkim jednak WWOOF to spotkania z ludźmi. Spędziliśmy bardzo wiele czasu z naszymi gospodarzami, ich rodzicami, rodzeństwem, dziećmi. Bardzo często z niezapowiedzianą wizytą wpadali też przyjaciele Carlosa i Ayelen. W takich chwilach praca schodziła na dalszy plan. Trzeba było obowiązkowo zasiąść przy stole i napić się yerby mate. Przygotowywaliśmy wspólnie posiłki, piliśmy pyszne i tanie wino sprzedawane w Mendozie w 5-litrowym bukłakach. Carlos w ogrodzie ma gliniany piec, w którym wieczorami przygotowywaliśmy kolacje, prowadząc przy tym długie rozmowy. Nasi gospodarze to bardzo inteligentni, ciekawi świata ludzie. Wypytywali nas o wszelkie aspekty życia w Polsce, o której wiedzieli niewiele, ale bardzo chcieli usłyszeć jak najwięcej. My z kolei dowiedzieliśmy się wiele o problemach, z którymi boryka się Argentyna. Wieczory spędzane w ogrodzie były bardzo przyjemne, a gwiaździste niebo nad Mendozą to niezapomniany widok.

Wieczór zapadający na farmie.
Zdjęcie: makeitabetterplace
Zupełnie inny świat

W czasie pobytu na farmie zetknęliśmy się ze stylem życia, który kompletnie różni się od naszego. My, Europejczycy, żyjemy według harmonogramu: rano praca, po południu zakupy, gotowanie, dodatkowe zajęcia, spotkanie z rodziną lub znajomymi o wyznaczonej porze. Ludzie, których poznaliśmy w Mendozie nie mają tak ścisłego grafiku. Wstają, pracują, kładą się spać, kiedy chcą. Zawsze znajdzie się czas na spontaniczne spotkanie z przyjaciółmi, przyjęcie niezapowiedzianych gości, kilkugodzinny posiłek z rodziną. Żyją z tego, co sami wyprodukują. Oczywiście, wiążą się z tym pewne konsekwencje – mianowicie, dysponują bardzo małymi ilościami gotówki. Znane nam przyjemności, takie jak wyjścia do restauracji, kina czy wyjazd na wakacje to dla nich abstrakcja. Nawet wyjazd do najbliższego miasta na targi rękodzieła to poważne obciążenie budżetu – muszą martwić się, czy sprzedadzą wystarczająco, aby wyjazd się zwrócił. Czy takie życie jest lepsze od naszego? Tego nie wiem. Na pewno jest inne i bardzo ciekawe. Ja jestem osobą dość zorganizowaną, cenię sobie stabilizację i poczucie bezpieczeństwa. Natomiast ludziom z General Alvear zazdroszczę na pewno życia w zgodzie z naturą i tego, że nigdy nie brak im czasu na spotkania z rodziną i przyjaciółmi.

Carlos przy produkcji rękodzieła.
Zdjęcie: makeitabetterplace
Czy WWOOF spodoba się każdemu?

Chciałabym napisać, że tak. Ale odpowiedź jednak brzmi zdecydowanie nie. To na pewno nie jest opcja dla ludzi, którzy lubią wygodę i luksusy. W czasie pobytu na farmie spaliśmy w namiocie. Przy panujących tam upałach namiot bardzo szybko się nagrzewa, więc musieliśmy (chcąc tego czy nie) wstawać wcześnie rano, a powrót do namiotu możliwy był dopiero późnym wieczorem. Nie mieliśmy więc tak naprawdę miejsca na odpoczynek w ciągu dnia. Kolejna kwestia to higiena. Dzieląc maleńką, prowizoryczną łazienkę z 7 innymi osobami, nie można pozwolić sobie długie kąpiele ani staranną pielęgnację. Gdy dojdzie do tego praca w ogrodzie…. Możecie tylko wyobrazić sobie wygląd naszych paznokci po tych dwóch tygodniach! Na farmie nie ma też Internetu, telewizji, radia. Żeby połączyć się z Wifi trzeba iść na stację benzynową, około 20 minut piechotą. Niech zapomną więc o WWOOF osoby uzależnione od Facebooka lub sprawdzania skrzynki mailowej (chyba że chciałyby odbyć detoks). Ponadto, praca bywa ciężka, więc raczej trzeba być zdrowym i mieć dobrą kondycję fizyczną.

Komu więc spodoba się WWOOF? Na pewno wszystkim osobom, które lubią poznawać nowych ludzi, są otwarte na nowe perspektywy, interesują się światem. Wszystkim, którzy kochają bliskość natury, cenią sobie kontakty międzyludzkie i lubią od czasu do czasu odciąć się od cywilizacji. I tym, którzy lubią podróżować, uczyć się języków, robić coś pożytecznego. Jeśli nie obawiacie się skromnych warunków i nie macie nic przeciwko pracy fizycznej – gwarantuję, że WWOOF będzie niezapomnianą przygodą.

WWOOF i ekologia

Pobyt na farmie był jednym z najbardziej ekologicznych doświadczeń w naszym życiu! Dlaczego? Wymienię kilka powodów:

– po pierwsze: szacunek dla jedzenia. Jak już wspomniałam, nasi gospodarze żywią się głównie tym, co sami wyhodują lub dostaną od innych okolicznych hodowców. Z niepokojem wyglądają przez okno, gdy na horyzoncie pojawiają się burzowe chmury, mogące zagrozić ich uprawom. Mają też ograniczone środki finansowe na zakupy spożywcze. Dlatego żywność traktują z wielkim respektem i każdy produkt wykorzystują w 100%. Nie pogardzą też „brzydkimi” owocami, znalezionymi na ziemi, na które my, rozpieszczeni Europejczycy, nawet byśmy nie spojrzeli.

– po drugie – ograniczanie odpadów. Carlos i Ayelen to prawdziwi mistrzowie życia „zero waste”. Dla nich nie ma śmieci, są tylko zasoby. Na przykład, ich dom, a także domek dla wolontariuszy oraz sucha toaleta są skonstruowane między innymi z pustych butelek. W ich kuchni stoją krzesła znalezione na śmietniku. Kiedy miałam coś do wyrzucenia, na przykład opakowanie po kremie, wiedziałam, że wystarczy dać je Carlosowi, a on już coś wymyśli. Oczywiście, mają też bardzo przemyślany system segregacji odpadów!

– po trzecie – wegetarianizm. Nasi gospodarze nie jedzą w ogóle produktów mięsnych. Na ich stół od czasu do czasu trafiają jajka od ich własnych kur (które notabene odratowali z jakiejś bardzo nieprzyjemnej hodowli), dlatego jeśli tak się dzieje, to jest to wielki rarytas. Ich kuchnia jest głównie roślinna, ale naprawdę pyszna! Byliśmy zachwyceni kreatywnością Ayelen w wymyślaniu kolejnych potraw. Jej kuchnia była prosta, ale bardzo smaczna. Faszerowane cukinie, bakłażany, domowe przetwory, pesto z quinoi i bazylii, argentyńskie empanadas o różnych nadzieniach…. Codziennie jedliśmy coś innego.

Pyszne empanadas. W tle Ayelen i Aneley. Zdjęcie: makeitabetterplace
 Czy warto wziąć udział w WWOOF?

Według mnie – jak najbardziej! Dla nas było to jedno z najciekawszych, najbardziej unikalnych doświadczeń w życiu. Sporo się nauczyliśmy, poznaliśmy ciekawych ludzi i myślę, że poszerzyliśmy horyzonty. Przy okazji zwiedziliśmy też piękny region. Oczywiście, jest to nasza jedyna przygoda z tego rodzaju wolontariatem. Nie jestem więc w stanie powiedzieć, jak to wygląda na innych farmach. Nasze doświadczenie było bardzo pozytywne, a zawdzięczamy to gospodarzom, na których trafiliśmy, bo były to osoby niezwykle otwarte, życzliwe, inteligentne i świadome w bardzo wielu kwestiach, takich jak historia, polityka, czy ekologia.

Więcej na ten temat:

Strona WWOOF, gdzie można wyszukać oferty wolontariatu w różnych krajach: http://wwoof.net/

Artykuł na temat WWOOF na stronie BBC: http://www.bbc.com/news/world-europe-23683298

Strona na Facebooku, gdzie Carlos i Ayelen reklamują swoje rękodzieło: https://www.facebook.com/pachartesano/

„Historia pszczół” Mai Lunde: Szykujmy się na kataklizm.

Od jakiegoś czasu na mojej liście książek do przeczytania znajdowała się „Historia pszczół” norweskiej pisarki Mai Lunde. W ostatnich dniach wreszcie wpadło w moje ręce polskie wydanie tej powieści, w przekładzie autorstwa Anny Marciniakówny. Bardzo szybko uporałam się z tym dziełem, jako że jest to książka, którą czyta się gładko, szybko, z łatwością. Niech ten opis Was jednak nie zmyli. „Historia pszczół” traktuje o bardzo poważnym problemie, który dotyczy każdego z nas, bez żadnych wyjątków.

Akcja powieści toczy się w trzech różnych, odległych od siebie miejscach i epokach wokół trzech pozornie niezwiązanych ze sobą postaci. I tak podróżujemy w czasie do XIX-wiecznej Anglii, gdzie poznajemy Williama – niespełnionego naukowca i ojca licznej rodziny, przytłoczonego prozą życia i cierpiącego na depresję, który pewnego dnia przypomina sobie o swych dawnych ambicjach i odkrywa nowe pokłady energii i pasji. Równolegle, autorka przedstawia nam George’a, energicznego Amerykanina w średnim wieku, żyjącego w czasach nam współczesnych. George to dość porywczy i konserwatywny człowiek, który nie może pogodzić się z tym, że jego jedyny syn ma inne plany na życie niż kontynuowanie rodzinnego biznesu.  I wreszcie trzecia postać, czyli Tao – młoda żona i matka, żyjąca w Chinach w roku 2098.  Wiedzie ona dość monotonne, przepełnione ciężką pracą i rutyną życie. Pewnego dnia jednak dramatyczne wydarzenie wywraca jej świat do góry nogami…

Co w takim razie łączy tych, zdawałoby się zupełnie różnych, bohaterów? Po pierwsze, uniwersalność ich historii. Każda z trzech postaci zmaga się bowiem z trudami życia codziennego, cierpi z powodu zawiedzionych ambicji, snuje nierealistyczne plany wobec swoich dzieci, działa pod wpływem impulsu… Jednak głównych spoiwem tych trzech opowieści są pszczoły, ponieważ losy tych niepozornych stworzeń są ściśle powiązane z losami ludzi, niezależnie od czasu i miejsca.  William jest bowiem naukowcem badającym zwyczaje pszczół i pracującym nad nowym modelem ula. George jest z zawodu pszczelarzem, podobnie jak wiele pokoleń mężczyzn z jego rodziny. Tao natomiast pracuje przy ręcznym zapylaniu drzew owocowych. Dlaczego musi to robić? Ponieważ przyszło jej żyć w czasach po tak zwanej Zapaści, która dotknęła świat w połowie stulecia i w wyniku której na naszej planecie nie ma już ani jednej pszczoły…

„(…) uczyłam się naszej historii. Dowiadywałam się o masowym ginięciu owadów zapylających, o podnoszeniu się poziomu mórz, o globalnym ociepleniu, o katastrofach termojądrowych i o tym, że dawne supermocarstwa, USA i Europa, które utraciły wszystko w ciągu kilku lat, nie były w stanie się dostosować i teraz popadły w najgłębszą nędzę, a ludność została mocno zredukowana. Natomiast my tutaj, w Chinach, poradziliśmy sobie. Komitet, czyli najwyższy organ partii, skuteczne kierownictwo naszego kraju, przeprowadził nas przez Zapaść twardą ręką, podejmując szereg decyzji, których ludzie często nie rozumieli, ale nie mieli też okazji o nie pytać.”

Książka napisana jest bardzo nieskomplikowanym językiem, chciałoby się wręcz rzec dziecinnie prostym. Oczywiście, możemy to oceniać jedynie przez pryzmat polskiego tłumaczenia, ale biorąc pod uwagę, że Maja Lunde tworzy najczęściej literaturę dla dzieci i młodzieży, wydaje się naturalne, że taki styl jej odpowiada i czuje się w nim swobodnie.  Nie jest to raczej literackie arcydzieło, które oczaruje nas błyskotliwymi grami słownymi, skomplikowaną psychologią postaci czy zaskakującymi metaforami i porównaniami.  Czy mimo to warto sięgnąć po tę powieść? Jak najbardziej tak!

Po pierwsze, historie trzech głównych bohaterów absorbują czytelnika od samego początku. Z niecierpliwością odwracałam kolejne strony powieści, chcąc dowiedzieć się, jak potoczą się ich dalsze losy. Ich problemy i emocje są na tyle uniwersalne, że bardzo łatwo się z nimi identyfikować. Po drugie, książka zawiera wiele przystępnie i ciekawie napisanych informacji na temat życia i zwyczajów pszczół, pracy pszczelarzy, konstrukcji ula. Autorka umiejętnie wzbudza w czytelniku zachwyt i fascynację tymi świetnie zorganizowanymi miododajnymi stworzeniami. Po trzecie i najważniejsze – zwraca uwagę na ogromny problem, jakim jest masowe ginięcie pszczół, które przecież nie jest wymysłem pisarki. To już się zaczęło i dzieje się nadal. I powinno obchodzić wszystkich. Myślę, że autorka celowo wybrała postaci żyjące w tak odległych epokach i miejscach. Aby podkreślić, że los pszczół, jest tak naprawdę naszym losem i jeśli one wyginą, to konsekwencje poniesie każdy, bez wyjątku.  Świat, w którym przyszło żyć Tao nie musi być wcale wizją rodem z filmów science fiction.  Za jakiś czas może stać się rzeczywistością, a wtedy nie pomogą nam banki, instytucje, korporacje, Facebook czy Google. Zabraknie bowiem tego, co najbardziej podstawowe – żywności.

„Bez pszczół tysiące hektarów uprawnej ziemi leżały odłogiem. Kwitnące pola bez jagód, drzewa bez owoców. Nagle produkty rolne, które dawniej stanowiły codzienne pożywienie, stały się deficytowe: jabłka, pomarańcze, cebula, brokuły, marchew, borówki, orzechy i ziarno kawowe”.

„Produkcja mięsa zmniejszała się od lat trzydziestych XXI wieku, bo podstawowej paszy dla zwierząt domowych nie można było już produkować. Ludzie musieli radzić sobie także bez mleka i sera, również z tego samego powodu – zwierzęta nie miały dość pokarmu. O produkcji biopaliw, które miały zastąpić ropę naftową, trzeba było zapomnieć, bo ona także uzależniona była od zapylania roślin. Powrócono do energii ze źródeł nieodnawialnych, co z kolei pogłębiało globalne ocieplenie”.

„Historia pszczół” to powieść dla wszystkich, nastolatków i dorosłych, miłośników literatury i osób jedynie od czasu do czasu sięgających po książkę. Ze względu na język i sposób narracji, czyta się lekko, nie wymaga szczególnego skupienia czy kontemplacji. Ja przeczytałam ją podróżując do pracy transportem publicznym. Za tą przyjemną formą kryje się jednak poważna i niepokojąca treść, która przez dłuższy czas pozostanie w pamięci. Gwarantuję, że po tej lekturze z wdzięcznością spojrzycie na każdą napotkaną pszczołę i wszystko to, co znajduje się na Waszych stołach – dzięki pracy, którą te pożyteczne stworzenia wciąż jeszcze dla nas wykonują.

Domek dla pszczół w Parku Skaryszewskim w Warszawie
Więcej na ten temat:

  • W 15-minutowym, porywającym wykładzie Marla Spivak wyjaśnia, dlaczego 10 lat temu pszczoły zaczęły masowo ginąć i co może zrobić każdy z nas, żeby choć trochę im pomóc:

https://www.ted.com/talks/marla_spivak_why_bees_are_disappearing

  • Ekspert w dziedzinie pszczelarstwa Dennis van Engelsdorp (wykładowca z Uniwersytetu Maryland) w lekki i zabawny sposób wyjaśnia dlaczego ludzkość potrzebuje pszczół:

https://www.ted.com/talks/dennis_vanengelsdorp_a_plea_for_bees

 

 

 

 

Jak działają polskie Jadłodzielnie? Czyli co zrobić z nadmiarem jedzenia.

Nadal mamy lato – czas wesel, wakacyjnych wyjazdów oraz zbiorów owoców i warzyw. Czyli sytuacji, w których często zostajemy z nadwyżką żywności. Jak wiadomo, marnowanie jedzenia idzie naszemu gatunkowi naprawdę świetnie (dla przypomnienia, trochę liczb tutaj), więc duża część wyżej wymienionych produktów ląduje w koszu. Co jednak, jeśli chcemy uszanować pracę i zasoby naturalne włożone w ich wytworzenie? Wiadomo – wypadałoby się z kimś podzielić. Na szczęście, jest na to kilka sposobów. Ostatnio pisałam o OLIO – aplikacji wciąż w naszym kraju dość niszowej. Dziś natomiast chciałabym napisać o kolejnym rozwiązaniu, którym są Jadłodzielnie. Idea ta w Polsce trafiła najwyraźniej na podatny grunt, pojawia się ich bowiem coraz więcej.

Co to jest Jadłodzielnia?

To po prostu lodówka lub szafka postawiona w miejscu ogólnie dostępnym (uczelnia, zakład pracy, kawiarnia), gdzie ludzie mogą zostawiać żywność, której mają w nadmiarze. A także częstować się tym, co pozostawili inni.

Ostatnio miałam okazję rozmawiać z Panią Karoliną Hansen, inicjatorką polskiego ruchu foodsharingu i założycielką pierwszej Jadłodzielni w naszym kraju. Pani Karolina odpowiedziała na moje pytanie związane z tą inicjatywą. Oto, czego udało mi się dowiedzieć:

  • Pierwsza Jadłodzielnia powstała w Polsce ponad rok temu na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego i od tej pory pojawiło się ich już 19 (8 w Warszawie i 11 w innych miastach). Chcesz sprawdzić, czy Twoje miasto ma już Jadłodzielnię? Pełna lista znajduje się tutaj.
  • Do Jadłodzielni można właściwie przynieść każdy rodzaj jedzenia. Oczywiście musi nadawać się do spożycia – przynoś tylko to, co sam mógłbyś bez problemu zjeść. Wyjątek stanowią produkty zawierające surowe jajka,mięso i niepasteryzowane mleko. Nie wolno też przynosić alkoholu. Na opakowaniu powinna znajdować się informacja o terminie przydatności lub dacie wyprodukowania (w przypadku domowych przetworów i dań). Oczywiście należy kierować się zdrowym rozsądkiem – część Jadłodzielni to po prostu szafki, a nie lodówki i część produktów się do nich nie nada, zwłaszcza w upalne dni.

    Oto kolorowa i radosna Jadłodzielnia na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, ul. Karowa 18, godziny otwarcia: 8-21
Kto odpowiada za funkcjonowanie Jadłodzielni?
  • Każda Jadłodzielnia ma swojego opiekuna – jest to przeważnie osoba, która zainicjowała jej powstanie. Na przykład, Pani Karolina Hansen opiekuje się Jadłodzielnią na Wydziale Psychologii UW, który jest jej miejscem pracy. Zadaniem opiekuna jest codzienne zaglądanie do Jadłodzielni, kontrolowanie stanu produktów, porządkowanie i ewentualne usuwanie zepsutej żywności
  • Powstanie Jadłodzielni może zainicjować każdy! Byłam zdziwiona, jak niewielu formalności wymaga ten proces. Wystarczy znaleźć miejsce (najlepiej takie, w którym regularnie bywamy) i uzgodnić założenie Jadłodzielni z osobą lub instytucją, która nim administruje. W przypadku Pani Karoliny była to kwestia uzyskania zgody ze strony władz Wydziału. Następnie trzeba zorganizować szafkę lub lodówkę – pochodzą one głównie od prywatnych darczyńców, którzy akurat chcą wymienić domowy sprzęt na lepszy model.

    Jadłodzielnia na Bazarze Lotników w Warszawie, Pawilon 83 A, otwarte pon-pt 7-19, sob 8-14
Oto jedna z lodówek na Bazarze Lotników. Jest jeszcze druga, mniejsza oraz kilka szafek. Na ścianach znajdziemy instrukcje, jak korzystać z Jadłodzielni.
Kto z tego korzysta?
  • Produktami z Jadłodzielni mogą częstować się wszyscy! Nie tylko osoby ubogie czy bezdomne, ale również każdy, kto akurat jest głodny albo potrzebuje produktu, który ktoś zostawił w Jadłodzielni. Chodzi przede wszystkim o to, żeby jedzenie się nie marnowało. Zastanawiałam się, jak to wygląda w praktyce. Czy ludzie nie krępują się częstować rzeczami pozostawionymi przez innych lub nie mają obaw związanych z kwestiami sanitarnymi? Pani Karolina potwierdziła jednak, że Jadłodzielnie cieszą się dużą popularnością. Zostawiona w nich żywność bardzo szybko znika i jedynie sporadycznie zdarza się, że coś trzeba wyrzucić. Z Jadłodzielni na Wydziale Psychologii korzystają zarówno studenci i wykładowcy uczelni, jak i osoby z zewnątrz.

    A tak wygląda Jadłodzielnia przy kawiarni Stół Powszechny (budynek Teatru Powszechnego) przy ul. Zamoyskiego w Warszawie.
Jak się zaangażować?

Osoby, którym przeszkadza marnowanie żywności i chciałyby coś zmienić, mogą zaangażować się na kilka sposobów:

  • ratowanie żywności – każdy z nas może zostać wolontariuszem, który odbiera żywność z restauracji lub sklepów i przewozi je do Jadłodzielni. Żeby zgłosić się, należy wysłać maila na adres: warszawa@foodsharing.pl lub śledzić stronę na Facebooku – tam na bieżąco pojawiają się informacje o tym, gdzie znajduje się jedzenie do uratowania.
  • otworzenie nowej Jadłodzielni – na przykład na uczelni lub w miejscu pracy
  • promowanie idei dzielenia się wśród znajomych i rodziny
  • dostarczanie własnych nadwyżek żywności do najbliższej Jadłodzielni (jeśli zostawiasz coś w Jadłodzielni, zrób zdjęcie i powiadom o tym na Facebooku albo użyj OLIO – w ten sposób dotrzesz z informacją do większej ilości osób)
Nie tylko w Polsce…

Idea dzielenia się jedzeniem w ten sposób przywędrowała do nas z Niemiec, obecna jest też w innych krajach europejskich np. w Luksemburgu, Austrii i Holandii. Dzięki platformie foodsharing.de ludzie i firmy mogą informować o posiadanych nadwyżkach jedzenia, które następnie są rozprowadzane przez wolontariuszy. Chcesz zlokalizować taką inicjatywę w innym kraju? Zapraszam tutaj.

Więcej na ten temat:

Strona Jadłodzielni w Zielonej Górze: https://www.facebook.com/jadlodzielnia/

A tutaj o Jadłodzielni w Bydgoszczy: http://www.bydgoszcz.pl/aktualnosci/tresc/podziel-sie-jedzeniem-pierwsza-jadlodzielni/

I kolejna… tym razem w Grudziądzu: http://www.pomorska.pl/wiadomosci/grudziadz/g/ruszyla-jadlodzielnia-pierwsza-w-grudziadzu-zdjecia,11873268,22990254/

 

 

 

 

 

 

Conservation Atlas, czyli opowieści z końca świata

Podróż szlakiem sanktuariów dzikiej przyrody

Na początku tego roku miałam okazję podróżować przez jakiś czas po Ameryce Południowej. Pod koniec stycznia trafiliśmy z mężem do Punta Arenas – miasta na południowym krańcu Chile. Miejscowość ta sprawiła na nas dość przygnębiające wrażenie. Delikatnie mówiąc, raczej nie tętniła życiem. Jednak cieszymy się, że spędziliśmy tam kilka dni, ponieważ w tym czasie przeżyliśmy spotkanie, które dziś zaliczamy do najciekawszych i najbardziej inspirujących w całej naszej podróży!

Andreea i Justin Lotakowie to młode małżeństwo i autorzy bloga Conservation Atlas. Na początku tego roku spakowali najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyli w podróż, która docelowo będzie trwała aż dwa lata. Spędzili już 7 miesięcy w Ameryce Południowej, teraz są w Stanach Zjednoczonych, a do końca 2018 roku planują odwiedzić jeszcze Nową Zelandię, Malezję, Indonezję, Mongolię, Kazachstan i Rumunię.

Ciekawe, pomyślicie pewnie, tylko czym różni się ta para od innych blogerów i podróżników, którzy rzucają pracę i miesiącami snują się po świecie? To prawda, coraz więcej osób podróżuje w odległe miejsca i często robi to miesiącami, a nawet latami. Jednak w przypadku Andreei i Justina, głównym obiektem zainteresowania nie są popularne turystyczne destynacje, ale dzika przyroda. Odwiedzają oni mało znane parki narodowe lub takie, które dopiero powstają. I dokumentują inicjatywy, jakie podejmuje na rzecz natury lokalna społeczność oraz rządy odwiedzanych krajów. Promują ochronę unikalnych gatunków roślin i zwierząt, zakładanie nowych rezerwatów przyrody, odpowiedzialną turystykę. Miejsca, do których podróżują w wielu przypadkach są trudno dostępne, nie mają żadnej infrastruktury czy bazy noclegowej. Dlatego Andreea i Justin często są zdani na własny sprzęt i życzliwość miejscowych.

Andreea na szlaku w Parku Tantauco -pięknym prywatnym rezerwacie na południowym krańcu wyspy Chiloé (północna część chilijskiej Patagonii). Autor zdjęcia: Justin Lotak

Bardzo polecam Conservation Atlas, bo znajdziecie tam mnóstwo ciekawych opowieści, nieoklepane tematy i nieznane miejsca. A przede wszystkim przepiękne zdjęcia, od których trudno oderwać wzrok.  Mnie udało się przeprowadzić z tą niezwykłą parą krótki wywiad, którym dzielę się poniżej. Opowiadają w nim o swojej misji i dalszych planach oraz o praktycznych aspektach wyprawy. Miłej lektury!

Make It a Better Place: Na czym polega Wasz projekt?

Conservation Atlas:  Jesteśmy organizacją non-profit, promującą ochronę naturalnych ekosystemów, różnorodności biologicznej oraz społeczności żyjących wokół przyrodniczo interesujących terenów. Jesteśmy zarejestrowani w Stanach Zjednoczonych, działalność zaczęliśmy w grudniu 2016 roku. W pierwszej fazie naszego projektu zamierzamy podróżować przez dwa lata (2017 i 2018) do miejsc związanych z ochroną przyrody w 14 różnych krajach. Naszym celem jest opisywanie mniej znanych parków narodowych i rezerwatów, chronionych obszarów morskich oraz prywatnych inicjatyw na rzecz przyrody. Interesują nas też projekty związane z turystyką przygodową i obserwacja dzikiej fauny i flory. Chcielibyśmy zrozumieć, w jaki sposób podróżowanie może przyczynić się do rozwoju gospodarczego społeczności skoncentrowanych wokół obszarów chronionych. Te dwa lata to dla nas czas na naukę i dokumentowanie naszych obserwacji.

Zdjęcia i historie z naszej wyprawy można obecnie śledzić na blogu i w mediach społecznościowych. Po zakończeniu dwuletniej podróży mamy nadzieję opublikować książkę o naszych doświadczeniach, miejscach, które odwiedziliśmy i tamtejszych inicjatywach. Chcemy w niej pokazać, jak podróże mogą przyczynić się do postępu projektów związanych z ochroną przyrody. Mamy też zamiar stworzyć aplikacje-przewodniki dla poszczególnych krajów/regionów. Dzięki nim, podróżujący będą mogli wyszukać obszary chronionego krajobrazu i dowiedzieć się, jak je zwiedzać. Chcielibyśmy, żeby Conservation Atlas stał się cennym źródłem wiedzy, inspirującym podróżników do inwestowania pieniędzy i czasu w przyrodę i zrównoważoną turystykę, opierającą się na lokalnych społecznościach.

Domyślam się, że obecnie w Waszym życiu nie istnieje coś takiego jak rutyna albo “typowy dzień”. Ale czy moglibyście opisać niektóre z zadań, których wymaga Wasza praca?

 To prawda, nasze dni różnią się od siebie, w zależności od tego, gdzie akurat jesteśmy. Dni poświęcone wędrówkom w terenie zwykle zaczynają się od zimnych poranków. Pobudka i wydostanie się z namiotu, gdy na zewnątrz panuje ziąb raczej nie należy do przyjemności. Ale od czasu do czasu robimy przerwy od trekkingu, żeby móc połączyć się z internetem i popracować. Wtedy większość czasu spędzamy przy naszych laptopach, co jest dość dużym szokiem po dłuższym czasie całkowitego odcięcia od świata. Dobre połączenie internetowe jest dla nas kluczowe, bo staramy się publikować wpisy na blogu i zdjęcia w mediach społecznościowych. Do tego dochodzi edycja zdjęć, tłumaczenia wywiadów przeprowadzonych przy odwiedzaniu różnych miejsc, pisanie artykułów na bloga, poprawianie strony, wysyłanie maili. Teraz, podczas naszego krótkiego pobytu w Teksasie, opracowujemy dalszą trasę na Zachodzie kraju, nadrabiamy zaległości w opisywaniu miejsc w Ameryce Południowej i próbujemy zaplanować kolejne 3 miesiące.

Czym zajmowaliście się zawodowo przed rozpoczęciem podróży?

Justin studiował inżynierię mechaniczną i przez 10 lat pracował w sektorze energii odnawialnych, zarządzając budową elektrowni wiatrowych i słonecznych. Andreea studiowała stosunki międzynarodowe i nauki polityczne i przez ponad 4 lata pracowała w branży turystycznej. Ma też doświadczenie w komunikacji, zarządzaniu biznesem i księgowości. Żadne z nas nie ma doświadczenia ściśle związanego z ochroną przyrody. Dlatego traktujemy tę dwuletnią podróż jako proces kształcenia się. Oboje jesteśmy doświadczonymi podróżnikami. Poznaliśmy się w chilijskiej Patagonii w 2013 roku i od tego czasu wciąż się przemieszczamy.

Rezerwat Jeinimeni w chilijskiej Patagonii. W niedalekiej przyszłości stanie się on częścią Parku Narodowego Patagonia, wraz z rezerwatem Tamango i terenami należącymi do fundacji Tompkins Conservation w dolinie Chacabuco. Jest to owoc działań Tompkins Conservation, która ofiarowała rządowi Chile ogromne tereny dla celów tworzenia i poszerzania parków narodowych. Autor zdjęcia: Justin Lotak
Macie kogoś do pomocy przy Waszym projekcie?

Do tej pory byliśmy tylko we dwoje. Ostatnio pozyskaliśmy naszego pierwszego wolontariusza – Jeffa. Jest samozwańczym “fotelowym odkrywcą”, który pomaga nam w tworzeniu map odwiedzanych obszarów 🙂 Mamy mnóstwo pracy, ale też bardzo dużo się uczymy.

Co zainspirowało Was do rozpoczęcia podróży i stworzenia bloga?

Podoba nam się pomysł wykorzystania ekonomicznego potencjału, jaki niesie zrównoważona turystyka do celów ochrony przyrody i wspierania lokalnych społeczności. Na całym świecie organizacje chroniące przyrodę i rządy krajów, tworząc gospodarkę opartą na turystyce, pomagają ludziom odmienić ich dotychczasowe życie. Dawni kłusownicy pracują jako strażnicy leśni i przewodnicy. Osoby niegdyś trudniące się nielegalnym połowem ryb lub wyrębem lasów, dziś pełnią rolę przewodników na wycieczkach z obserwowaniem rekinów lub na leśnych szlakach. Można znaleźć więcej takich przykładów. Oczywiście, to złożony problem, ale w wielu przypadkach jakość życia poprawia się w miejscach, gdzie przyroda jest chroniona, a organizacje wspierają ludzi w zmianie ich stylu życia na bardziej przyjazny środowisku. Odpowiedzialna turystyka jako narzędzie służące ochronie przyrody daje wielu osobom możliwość zaangażowania się. Wszyscy lubimy podróżować, więc jeśli skierujemy tę pasję na doświadczenia związane z naturą wspomożemy finansowo obszary chronione. Dzięki temu będzie można lepiej je rozwijać i opiekować się nimi. Z drugiej strony, zdajemy sobie sprawę z negatywnego wpływu turystyki na środowisko. Dlatego chcemy uświadamiać ludziom znaczenie obszarów, na których żyją i sprawiać, żeby poczuli się z nimi związani. W przyszłości chcielibyśmy tworzyć podręczniki z instrukcjami, jak odpowiedzialnie podróżować i poprzez świadomą postawę zmniejszać negatywne konsekwencje turystyki.

Widok na lodowce w Parku Narodowym Bernardo O’Higgins w południowej części chilijskiej Patagonii. Zdjęcie zostało zrobione w czasie robienia trasy przez Ultra Fiord – miejsca jednego z najtrudniejszych górskich maratonów świata, położonym na najdzikszych terenach regionu. Autor zdjęcia: Justin Lotak

 

Co jest najtrudniejsze w życiu, które obecnie prowadzicie? Czego Wam najbardziej brakuje?

Najtrudniejsze jest chyba pogodzenie podróżowania z prowadzeniem organizacji i obecnością w Internecie oraz tworzeniem wizerunku. Dużo się uczymy, spotykamy różnych ludzi i zdobywamy materiały. Jednak ponieważ zdobywamy je w odległych zakątkach świata, nie zawsze możemy być aktywni w Internecie, na bieżąco prowadzić bloga czy publikować w mediach społecznościowych. Od czasu do czasu martwią nas sprawy finansowe. No i tęsknimy za rodziną, znajomymi i czasem też mieszkaniem w jednym miejscu.

W jaki sposób ochrona przyrody wpływa na lokalne społeczności?

Ochrona przyrody ma bardzo korzystny wpływ na lokalną gospodarkę. Obszary chronione odwiedzają turyści – przyciągają ich piękne krajobrazy, możliwość obserwacji wielorybów, niedźwiedzi lub ptaków czy wędrówki po pierwotnych lasach. Odwiedzający oczywiście zostawiają pieniądze w lokalnych restauracjach, hotelach, u przewodników i w wypożyczalniach sprzętu. Dobrym przykładem jest Park Narodowy Wielkiego Kanionu – w 2016 roku odwiedziło go prawie 6 milionów ludzi, którzy wydali tam w sumie około 650 milionów dolarów. Dzięki temu można stworzyć tysiące miejsc stabilnej pracy, którą można wykonywać latami. Przecież Wielki Kanion istnieje i będzie istniał. To odróżnia turystykę od przemysłu wydobywczego, związanego na przykład z węglem czy ropą – miejsca pracy, po okresie boomu w danym regionie, po jakimś czasie zwykle są likwidowane.

Jak zareagowała Wasza rodzina i znajomi, gdy dowiedzieli się o tej wyprawie?

Szczerze mówiąc, nie byli szczególnie zaskoczeni. Jasne, że dwuletnia podróż to dość szalony pomysł, ale już wcześnie sporo podróżowaliśmy. Poznaliśmy się również w trakcie podróży – w Punta Arenas, w Chile. Jeśli chodzi o sam pomysł i założenie organizacji, to spotkały się one z bardzo ciepłym przyjęciem. Rodzina i przyjaciele bardzo nas w tym wspierali. Niektórzy chcieli nawet rzucić pracę i pojechać z nami.

A jak przedstawiają się kwestie finansowe? Musi być trudno podróżować przez tak długi czas, nie mając stałego źródła dochodu?

Niektórzy ludzie podczas podróży potrafią wydać kilkaset dolarów za noc w ekskluzywnym hotelu, stołują się w słynnych restauracjach i przywożą mnóstwo pamiątek. My zwykle śpimy w namiocie albo korzystamy z Airbnb, a jedzenie przygotowujemy sami z produktów kupionych w supermarketach. W podróży jesteśmy oszczędni, co naprawdę nie jest takie trudne. Jednak w ciągu dwóch lat i tak uzbiera się spora suma. Dlatego, przez 3 ostatnie lata, kiedy jeszcze pracowaliśmy, żyliśmy skromnie i oszczędzaliśmy. I nie kupowaliśmy niepotrzebnych rzeczy. Jeśli na przykład kupujesz używaną Toyotę za 4000 dolarów zamiast nowego SUVa za 35000, możesz odłożyć więcej pieniędzy na podróżowanie.

 Jakie było najbardziej interesujące miejsce/projekt, jakie mieliście okazję zobaczyć? (Domyślam się, że nie będzie łatwo wybrać!)

To faktycznie trudne pytanie!  Zależy, co kto kogo interesuje. Z perspektywy różnorodności biologicznej, najciekawsze są prace prowadzone przez Tompkins Conservation* na mokradłach Iberá w Argentynie. Organizacja stara się przywrócić 6 gatunków, które w tym regionie wyginęły i zrekonstruować cały ekosystem do jego pierwotnego, dzikiego stanu. Z naszego punktu widzenia to ogromny krok w stronę lepszej przyszłości, w której ludzkość ma szansę nauczyć się żyć w harmonii ze środowiskiem naturalnym. Natomiast jeśli chodzi o krajobrazy, to chilijska Patagonia jest po prostu spektakularna – gdziekolwiek nie spojrzeć. Tydzień spędzony w Narodowym Parku Yendegaia, na samym południu Chile, był dla nas magicznym czasem. Nie udało nam się przejść całego parku, tak jak planowaliśmy. Spędziliśmy ten tydzień w jednym miejscu, odkrywając kawałek po kawałku, w trakcie naszych dziennych wypraw i chłonąc krajobrazy w każdym możliwym świetle i kolorze. Tak często przemieszczamy się z miejsca na miejsce, że miło było choć raz odpocząć i po prostu cieszyć się chwilą.

Justin robiący makrofotografie pięknych porostów w Parku Narodowym Yendegaia w Ziemi Ognistej (Chile). Autor zdjęcia: Andreea Lotak
Czy słyszeliście o innych ciekawych projektach związanych z ochroną przyrody w Europie?

Tak, jeden z projektów, które chcielibyśmy udokumentować, kiedy dotrzemy do Europy, nosi nazwę Carpathia i jest prowadzony w Rumunii. Trwają tam prace mające na celu stworzenie dzikiego terenu, na którym chronione byłyby duże zwierzęta mięsożerne, czyli w tym przypadku niedźwiedzie, wilki i rysie. Nie widzieliśmy jeszcze tego na własne oczy, ale sporo czytaliśmy i nie możemy się doczekać, kiedy tam dotrzemy.

Miejsca, które odwiedzacie wielu czytelnikom mogą wydać się bardzo egzotyczne i odległe. Ale większość z nich podróżuje w inne miejsca, może nieco bardziej turystyczne i znane większej grupie ludzi. Co moglibyście poradzić osobom, które chciałyby podróżować w odpowiedzialny sposób, nie szkodząc przyrodzie ani miejscowym społecznościom?

Dobrym pomysłem może być odwiedzenie jakiegoś parku narodowego, w kraju, do którego się wybieracie. W podróżach często koncentrujemy się na dużych miastach, miejscach związanych z historią czy na gastronomii. Tymczasem około 100 krajów na świecie ma parki narodowe i jest bardzo prawdopodobne, że któryś z nich znajduje się blisko miejsca, do którego się wybierasz. Zauważyliśmy, że wiele przewodników nie zawiera informacji o parkach narodowych. Chcemy, żeby Conservation Atlas stał się źródłem wiedzy na ten temat, ale tymczasem warto poszukać trochę w internecie i dowiedzieć się czegoś na temat pobliskich parków. I kiedy zobaczycie te wszystkie zdjęcia, krajobrazy, poczytacie o ekosystemach i gatunkach, możliwe, że postanowicie więcej czasu spędzić w parku, o którym do niedawna nawet nie słyszeliście.

Andreea pochodzi z Rumunii, a Justin ze Stanów Zjednoczonych. Czy moglibyście polecić miejsca warte odwiedzenia w Waszych rodzinnych krajach?

Justin: W Stanach świadomość na temat pomników narodowych i ich odwiedzanie są bardzo istotne dla ich ochrony. Prezydent Trump zarządził rewizję statusu 27 z nich, w związku z czym ich terytorium może zostać zmniejszone lub utracić ochronę. Pomniki narodowe mogą poszczycić się niezwykłymi krajobrazami i różnorodnością i są tak samo wyjątkowe, jak parki narodowe, ale nie są aż tak znane.  Zgodnie z tradycją, na podstawie ustawy Antiquities Act to prezydent nadaje miejscom status pomników narodowych, a w sprawie parków narodowych wypowiada się Kongres. Słynny Wielki Kanion, obecnie park narodowy, niegdyś był pomnikiem. Wiele pomników znajduje się w Kalifornii, np. Sand to Snow albo pustynia Mojave. Najbardziej kontrowersyjne (i często najpiękniejsze) znajdują się w Utah: Grand Staircase-Escalante i Bears Ears.

Andreea: Rumunia jest pieknym krajem, ma wiele wspaniałej przyrody i miejsc dobrych do turystyki przygodowej. Karpaty są domem dużej populacji niedźwiedzi, wilków i rysi, oferują ciekawe, odosobnione szlaki i dobrą infrastrukturę domków i schronisk. Poza tym, Delta Dunaju jest co najmniej warta odwiedzenia.  To miejsce idealne na wycieczki kajakiem lub łodzią po kanałach i lagunach, gwarantujące bliskie spotkania ze stadami ptaków, w tym słynnych pelikanów. Delta Dunaju to jedno z najbogatszych przyrodniczo miejsc w Europie. Samo miejsce jest bardzo spokojne, a miejscowa kultura i zabudowa – po prostu piękne. Dla mnie  to wyjątkowe miejsce. Jeśli zdecydujecie się tu przyjechać, nie spieszcie się. Polecam wycieczkę łodzią do Suliny, która jest dobrą bazą wypadową do odkrywania Delty, w miejscu, gdzie rzeka wpada do Morza Czarnego.

Więcej na ten temat:

Conservation Atlas na Facebooku: https://www.facebook.com/conservationatlas/

* Douglas Tompkins to twórca marek North Face i Esprit oraz ekolog. Jego życie i dzieło stanowią wielką inspirację dla Andreei i Justina, więcej o tej postaci możecie przeczytać pod tym linkiem: https://www.forbes.pl/przywodztwo/tworca-north-face-douglas-tompkins-kim-byl-zielony-milioner/wh8ceg5

Dla osób, które interesują się wolontariatem w Ameryce Południowej – listę organizacji i opis zajęć znajdziecie w napisanej przez Justina książce, dostępnej w formie e-booka pod tym linkiem: https://www.amazon.com/Volunteering-Latin-America-volunteering-Central-ebook/dp/B00LR1AYCU/ref=sr_1_1?ie=UTF8&qid=1502352223&sr=8-1&keywords=Volunteering+in+Latin+America

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ananas – pierwszy warszawski sklep z wegańskim obuwiem

Każdy, kto zrezygnował z jedzenia produktów pochodzenia zwierzęcego (lub je ogranicza) na pewno przynajmniej raz w życiu usłyszał następujące zdanie: “Co z tego, że nie jesz mięsa/nabiału, skoro nosisz buty zrobione ze skóry? To przecież hipokryzja, itp.” Jednak osoby sięgające po ten argument prawdopodobnie nie wiedzą, że istnieje obuwie wegańskie, które cieszy się coraz większym zainteresowaniem. I to nie tylko wśród wegan. Do niedawna tego rodzaju akcesoriów nie było łatwo zdobyć, ale w marcu tego roku na mapie Warszawy pojawił się Ananas – pierwszy (i jak na razie jedyny) sklep sprzedający tylko i wyłącznie buty wegańskie. Czyli takie, które nie zawierają żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego – ani w materiałach, z których są uszyte, ani w kleju.

Sklep znajduje się przy ulicy Dąbrowskiego 40, niedaleko stacji Metro Racławicka. Prowadzi go w ramach jednoosobowej działalności Kaja, której towarzyszy i pomaga jej chłopak, Michał. Kontrolę nad sklepem sprawuje suczka Stefa, przedstawicielka licznego stadka czworonożnych przyjaciół, którymi opiekuje się ta sympatyczna para. Kaja ma doświadczenie w handlu, ale także w wizażu, wzornictwie i zdobieniu biżuterii – jest więc artystyczną duszą. Michał studiuje socjologię i zajmuje się fotografią – to on jest odpowiedzialny za zdjęcia na stronie internetowej sklepu.

Nazwa sklepu jest nieprzypadkowa – ale o tym za chwilę. Twórcy Ananasa zgodzili się ze mną spotkać i opowiedzieć mi co nieco o genezie i funkcjonowaniu sklepu. Oto czego udało mi się dowiedzieć!

Ananas (zdjęcie: Michał)
Torba z logo Ananasa (zdjęcie: Michał)

Kilka faktów o sklepie Ananas (i nie tylko):

– Zarówno Kaja, jak i Michał są oczywiście weganami. W rodzinie Kai panuje długoletnia tradycja wegańsko-wegetariańska. Produktów zwierzęcych nie jedzą ani jej mama, ani dziadkowie. Ci ostatni ze względu na wyznawaną religię – są bowiem wyznawcami Brahma Kumaris. Z rodzinnej tradycji wynika więc świadomość istniejącego na rynku zainteresowania wegańskim obuwiem. Dzięki temu pojawił się pomysł na inwestycję w sklep specjalizujący się wyłącznie w takich akcesoriach.

– Buty, które można zakupić w Ananasie wykonane są z różnych tworzyw, takich jak: korek, mikrofibra, bawełna z recyklingu, materiał pozyskany z plastikowych butelek oraz, co najciekawsze, z pinatexu, czyli włókien ananasa. W letniej kolekcji zakupimy sandały, espadryle, buty na koturnach i inne. Buty sprowadzane są głównie z Hiszpanii i Portugalii. Marki dostępne w Ananasie to Nae, Slowers i Vesica Piscis. Obecnie Kaja jest na etapie poszukiwania kontaktów i nawiązywania współpracy z innymi markami. W planach jest kolekcja jesienno-zimowa i buty na eleganckie wyjścia.

Buty marki NAE, wykonane z mikrofibry – mam, polecam, bardzo wygodne! (zdjęcie: Michał)
NAE – buty z pinatexu (zdjęcie: Michał)
NAE – klapki z korka (zdjęcie: Michał)
Espadryle – z bambusa i bawełny z recyklingu (zdjęcie: Michał)
Buty marki Vesica Piscis (zdjęcie: Michał)
NAE – buty zakryte (zdjęcie: Michał)

– Oprócz butów w sklepie można dostać ręcznie zdobione dżinsowe kurtki kupowane w second handach, a następnie wyszywane przez mamę Kai. Poza tym w asortymencie znajdują się torby, paski i akcesoria dla psów (smycze, obroże) – oczywiście w 100% wegańskie!

Jedna z ręcznie zdobionych kurtek (autor zdjęcia: Michał)
Wegański pasek marki NAE (zdjęcie: Michał)
Pasek marki Vesica Piscis (zdjęcie: Michał)

– Kaja i Michał są rzecz jasna wielkimi przyjaciółmi zwierząt i środowiska naturalnego w ogóle. Przygarnęli pod swoje skrzydła gromadkę zwierzaków ze schroniska (są właścicielami 3 psów i 3 kotów). Angażują się też w akcje na rzecz Puszczy Białowieskiej.

Stefa (zdjęcie: Michał)

Dlaczego warto kupować w Ananasie:

– Przede wszystkim z empatii dla zwierząt! Twórcy sklepiku udowadniają, że buty wcale nie muszą być zrobione z produktów odzwierzęcych, a przy tym mogą naprawdę dobrze wyglądać i być bardzo wygodne.

– Po drugie – z empatii dla ludzi. Buty marek NAE, Vesica Piscis i Slowers to produkty Fair Trade. Wytwarzane są w Hiszpanii i Portugalii. Ich twórcy dbają o to, żeby ludzie produkujący obuwie (oraz zarabiający np. przy zbiorach ananasa na innych kontynentach) otrzymywali godziwą zapłatę i pracowali w odpowiednich, bezpiecznych warunkach.

– Poza tym, z szacunku dla środowiska. Wegańskie buty często wytwarzane są z materiałów z recyklingu. Dzięki temu, zużyte przedmioty otrzymują drugie życie, a my możemy choć troszkę powstrzymać zaśmiecanie naszej planety.

– Ceny są naprawdę przystępne! Takie same albo niższe niż buty w znanych sieciówkach obuwniczych.

– Kupując w Ananasie, zamiast dofinansowywać i tak już bogate odzieżowe sieciówki, wspierasz pracę miłej, zaangażowanej młodej osoby, która w prowadzenie sklepu wkłada mnóstwo wysiłku, czasu, zasobów i pasji.

– Zakupy w Ananasie to przyjemna alternatywa dla zakupów w głośnych i tłocznych galeriach handlowych, których osobiście nie znoszę. Sklepik leży przy zacisznej i zielonej ulicy Dąbrowskiego w Warszawie. Okolica zachęca do spacerów, a w samym sklepie można uciąć pogawędkę z Kają i Michałem (oraz Stefą!). O wiele bardziej relaksujące i osobiste doświadczenie niż gonitwa po centrum handlowym. Przy okazji, można sporo dowiedzieć się o weganizmie i innych działaniach na rzecz zwierząt i środowiska.

Tak wygląda sklep na Dąbrowskiego! (zdjęcie: Michał)

– Oprócz zakupów w sklepie stacjonarnym, dostępna jest też opcja zakupu z wysyłką.

Więcej na temat:

Strona sklepu na Facebooku: https://pl-pl.facebook.com/ananas.warsaw/

Prezentacja z cyklu TEDx z udziałem dr Carmen Hijosy – twórczyni Pinatexu https://www.youtube.com/watch?v=cUkv4VWIum0

Artykuł na BBC o korzyściach płynących z ograniczenia produktów zwierzęcych: http://www.bbc.com/future/story/20160926-what-would-happen-if-the-world-suddenly-went-vegetarian

Poza tym, Kaja i Michał polecają związane z weganizmem wykłady Melanie Joy i Gary’ego Yourofskiego, również dostępne na YouTube.