WWOOF, czyli wolontariat na organicznej farmie

Na początku tego roku miałam (prawdopodobnie) niepowtarzalną okazję podróżować przez 3 miesiące po Ameryce Południowej (więcej można przeczytać tutaj). Oczywiście, cała podróż była niezapomnianym przeżyciem, ale myślę, że na szczególną uwagę zasługuje 2-tygodniowy wolontariat na organicznej farmie w Argentynie, w regionie Mendoza, w ramach organizacji WWOOF. Chcecie dowiedzieć się, jak to działa? Zapraszam do lektury!

Co to jest WWOOF?

WWOOF – World Wide Opportunities on Organic Farms to sieć organizacji krajowych, która umożliwia kontakt właścicieli farm organicznych i osób zainteresowanych wolontariatem na takiej farmie.  Lokalne organizacje WWOOF istnieją w większości krajów świata. Każde państwo ma oddzielną stronę internetową, na której można znaleźć oferty wolontariatu. Za dostęp do bazy danych należy uiścić jednorazową opłatę – w przypadku Argentyny było to 30 EUR, ale ceny w poszczególnych krajach mogą się lekko różnić. Po dokonaniu wpłaty otrzymuje się drogą mailową listę zarejestrowanych farm w danym kraju. Lista zawiera dokładny opis farmy, lokalizację, informacje o właścicielach i pracach, jakie wykonują na farmie. A także dane kontaktowe do gospodarzy. Czasem można też obejrzeć zdjęcia z danego miejsca.

WWOOF nie pośredniczy już w dalszym kontakcie, należy wysłać maila lub zadzwonić bezpośrednio do właścicieli farmy i umówić się z nimi na pobyt. Niektórzy właściciele określają minimalną długość pobytu, inni są dość elastyczni. Tak też było w naszym przypadku – chcieliśmy przebywać na farmie nie dłużej niż 2 tygodnie i nie było z tym żadnego problemu. Właściciele farmy zapewniają wolontariuszom wyżywienie i zakwaterowanie na czas pobytu w zamian za pomoc w pracy w gospodarstwie. Nam zależało bardzo, żeby znaleźć farmę w Mendozie, która słynie z produkcji wina. Mieliśmy nadzieję pozwiedzać przy tej okazji miejscowe winnice i spróbować trochę lokalnego winka.

Winnica w Mendozie. Zdjęcie: makeitabetterplace
Dlaczego zdecydowaliśmy się na WWOOF?

Były dwa główne powody. Po pierwsze – podróżując przez kilka miesięcy, trzeba uważać, żeby nie przekroczyć pewnego budżetu. Chcieliśmy odwiedzić Mendozę, a WWOOF wydał nam się świetną opcją, żeby oszczędzić na zakwaterowaniu i noclegu. Po drugie – chcieliśmy spędzić trochę czasu w niekonwencjonalny sposób. Oprócz typowo turystycznych miejsc, mieliśmy ochotę odwiedzić jakieś mało znane, prowincjonalne miasteczko, gdzie ludzie żyją własnym rytmem, niezakłócanym przez najazdy turystów. I od podszewki poznać życie argentyńskiej rodziny.

Nasz wolontariat w Mendozie

Z tym mało znanym miejscem nam się udało. Trafiliśmy do miejscowości General Alvear, która nie słynie z żadnych atrakcji turystycznych (poza tym, że leży w sercu słynnego regionu winiarskiego). Liczba mieszkańców to 30 tysięcy, a najbliższe większe miasto to San Rafael, oddalone o ok.100 km.

Na miejscu spodziewaliśmy się zastać starych, doświadczonych farmerów. Nic bardziej mylnego. Powitał nas 31-letni Carlos, jego 25-letnia żona Ayelen oraz ich 9-miesięczna córeczka Aneley (swoją drogą chyba najbardziej urocze, bezproblemowe dziecko, jakie zdarzyło nam się spotkać). Jeszcze do niedawna Carlos pracował w jednej z fabryk w prowincji Buenos Aires, marzył mu się jednak zupełnie inny styl życia. Dlatego kupił kawałek ziemi w General Alvear, gdzie mieszkali już jego teściowie oraz brat Ayelen z żoną i dzieckiem.  Na tym kawałku ziemi postawił z pomocą przyjaciół małą chatkę i założył farmę. Choć w tym przypadku farma to za dużo słowo. Jest to po prostu niewielki ogród, w którym Carlos i Ayelen hodują owoce, warzywa i zioła, służące wyłącznie do ich własnego użytku, nie na sprzedaż. Mają też 6 kur, które hodują wyłącznie dla jajek, nie dla mięsa, są bowiem wegetarianami.  Dzięki ogrodowi, jego właściciele są właściwie samowystarczalni. 80% produktów, które lądują na ich stole pochodzi z ich własnej uprawy. Czasem wymieniają się też z sąsiadami hodującymi inne rośliny. W sklepie zaopatrują się jedynie w chleb, mąkę, kasze, makaron i tym podobne artykuły.  I wino, które w tym regionie jest bardzo tanie.  A skąd pieniądze na zakupy, skoro farma nie przynosi zysków? Oprócz uprawy ogrodu, nasi gospodarze trudnią się też rękodziełem – produkują biżuterię i naczynia, głównie do picia yerby mate. Swoje produkty sprzedają później na lokalnych targach, głównie w sezonie letnim.

Pierścionki produkowane ręcznie przez Ayelen i Carlosa. Zdjęcie: makeitabetterplace
Na czym polegała praca?

Naszym głównym zadaniem było przygotowanie ogródka zimowego. Carlos wyznaczył nam kawałek ziemi porośnięty trawą, który mieliśmy przekopać i usunąć trawę i chwasty, tak żeby w przyszłości można tam było sadzić warzywa. Niby nic wielkiego, ale trzeba wziąć pod uwagę fakt, że nasz pobyt na farmie wypadł w lutym – czyli w środku upalnego lata. W tym czasie temperatury w Mendozie sięgają prawie 40 stopni Celsjusza. Praca w ogrodzie była więc możliwa jedynie wcześnie rano lub wieczorem. Tak naprawdę tylko od nas zależało, kiedy i przez ile czasu będziemy pracować. Carlos w ogóle nas nie kontrolował ani nie wydawał żadnych poleceń. To bardziej nam zależało, żeby nasz krótki pobyt przyniósł gospodarzom jakieś korzyści. Dlatego staraliśmy się wstawać dość wcześnie i zaczynaliśmy pracę, kiedy nasi gospodarze jeszcze smacznie spali.

Jeśli chodzi o pozostałe zajęcia, to od czasu do czasu mieliśmy coś ugotować lub pomagaliśmy Carlosowi i Ayelen w produkcji ich rękodzieła.

Oprócz nas na farmie było kilkoro innych wolontariuszy: Niemka, Amerykanka i para Francuzów z psem. Każdy miał własny przydział zadań. Podczas gdy my kopaliśmy w ogródku, pozostali sadzili roślinki, gotowali, pracowali przy budowie suchej toalety lub karmili kury.

A tak wyglądał teren, na którym pracowaliśmy. Zdjęcie: makeitabetterplace
Czy WWOOF to tylko praca?

Absolutnie nie! W ciągu tych dwóch tygodni spędzonych na farmie mieliśmy sporo czasu wolnego. Zwiedziliśmy między innymi małą lokalną winnicę „Cavas del Artesano”, po której oprowadzili nas przemili pracownicy. Zorganizowali dla nas darmową degustację kilku rodzajów wina, a później odwieźli nas z powrotem do centrum miasta. Co bardzo doceniliśmy, bo nie mieliśmy najmniejszej ochoty na 5-kilometrowy spacer w najgorszym upale.

Bodega „Cavas del Artesano”
Zdjęcie: makeitabetterplace
Degustacja wina w „Cavas del artesano”
Zdjęcie: makeitabetterplace

Przede wszystkim jednak WWOOF to spotkania z ludźmi. Spędziliśmy bardzo wiele czasu z naszymi gospodarzami, ich rodzicami, rodzeństwem, dziećmi. Bardzo często z niezapowiedzianą wizytą wpadali też przyjaciele Carlosa i Ayelen. W takich chwilach praca schodziła na dalszy plan. Trzeba było obowiązkowo zasiąść przy stole i napić się yerby mate. Przygotowywaliśmy wspólnie posiłki, piliśmy pyszne i tanie wino sprzedawane w Mendozie w 5-litrowym bukłakach. Carlos w ogrodzie ma gliniany piec, w którym wieczorami przygotowywaliśmy kolacje, prowadząc przy tym długie rozmowy. Nasi gospodarze to bardzo inteligentni, ciekawi świata ludzie. Wypytywali nas o wszelkie aspekty życia w Polsce, o której wiedzieli niewiele, ale bardzo chcieli usłyszeć jak najwięcej. My z kolei dowiedzieliśmy się wiele o problemach, z którymi boryka się Argentyna. Wieczory spędzane w ogrodzie były bardzo przyjemne, a gwiaździste niebo nad Mendozą to niezapomniany widok.

Wieczór zapadający na farmie.
Zdjęcie: makeitabetterplace
Zupełnie inny świat

W czasie pobytu na farmie zetknęliśmy się ze stylem życia, który kompletnie różni się od naszego. My, Europejczycy, żyjemy według harmonogramu: rano praca, po południu zakupy, gotowanie, dodatkowe zajęcia, spotkanie z rodziną lub znajomymi o wyznaczonej porze. Ludzie, których poznaliśmy w Mendozie nie mają tak ścisłego grafiku. Wstają, pracują, kładą się spać, kiedy chcą. Zawsze znajdzie się czas na spontaniczne spotkanie z przyjaciółmi, przyjęcie niezapowiedzianych gości, kilkugodzinny posiłek z rodziną. Żyją z tego, co sami wyprodukują. Oczywiście, wiążą się z tym pewne konsekwencje – mianowicie, dysponują bardzo małymi ilościami gotówki. Znane nam przyjemności, takie jak wyjścia do restauracji, kina czy wyjazd na wakacje to dla nich abstrakcja. Nawet wyjazd do najbliższego miasta na targi rękodzieła to poważne obciążenie budżetu – muszą martwić się, czy sprzedadzą wystarczająco, aby wyjazd się zwrócił. Czy takie życie jest lepsze od naszego? Tego nie wiem. Na pewno jest inne i bardzo ciekawe. Ja jestem osobą dość zorganizowaną, cenię sobie stabilizację i poczucie bezpieczeństwa. Natomiast ludziom z General Alvear zazdroszczę na pewno życia w zgodzie z naturą i tego, że nigdy nie brak im czasu na spotkania z rodziną i przyjaciółmi.

Carlos przy produkcji rękodzieła.
Zdjęcie: makeitabetterplace
Czy WWOOF spodoba się każdemu?

Chciałabym napisać, że tak. Ale odpowiedź jednak brzmi zdecydowanie nie. To na pewno nie jest opcja dla ludzi, którzy lubią wygodę i luksusy. W czasie pobytu na farmie spaliśmy w namiocie. Przy panujących tam upałach namiot bardzo szybko się nagrzewa, więc musieliśmy (chcąc tego czy nie) wstawać wcześnie rano, a powrót do namiotu możliwy był dopiero późnym wieczorem. Nie mieliśmy więc tak naprawdę miejsca na odpoczynek w ciągu dnia. Kolejna kwestia to higiena. Dzieląc maleńką, prowizoryczną łazienkę z 7 innymi osobami, nie można pozwolić sobie długie kąpiele ani staranną pielęgnację. Gdy dojdzie do tego praca w ogrodzie…. Możecie tylko wyobrazić sobie wygląd naszych paznokci po tych dwóch tygodniach! Na farmie nie ma też Internetu, telewizji, radia. Żeby połączyć się z Wifi trzeba iść na stację benzynową, około 20 minut piechotą. Niech zapomną więc o WWOOF osoby uzależnione od Facebooka lub sprawdzania skrzynki mailowej (chyba że chciałyby odbyć detoks). Ponadto, praca bywa ciężka, więc raczej trzeba być zdrowym i mieć dobrą kondycję fizyczną.

Komu więc spodoba się WWOOF? Na pewno wszystkim osobom, które lubią poznawać nowych ludzi, są otwarte na nowe perspektywy, interesują się światem. Wszystkim, którzy kochają bliskość natury, cenią sobie kontakty międzyludzkie i lubią od czasu do czasu odciąć się od cywilizacji. I tym, którzy lubią podróżować, uczyć się języków, robić coś pożytecznego. Jeśli nie obawiacie się skromnych warunków i nie macie nic przeciwko pracy fizycznej – gwarantuję, że WWOOF będzie niezapomnianą przygodą.

WWOOF i ekologia

Pobyt na farmie był jednym z najbardziej ekologicznych doświadczeń w naszym życiu! Dlaczego? Wymienię kilka powodów:

– po pierwsze: szacunek dla jedzenia. Jak już wspomniałam, nasi gospodarze żywią się głównie tym, co sami wyhodują lub dostaną od innych okolicznych hodowców. Z niepokojem wyglądają przez okno, gdy na horyzoncie pojawiają się burzowe chmury, mogące zagrozić ich uprawom. Mają też ograniczone środki finansowe na zakupy spożywcze. Dlatego żywność traktują z wielkim respektem i każdy produkt wykorzystują w 100%. Nie pogardzą też „brzydkimi” owocami, znalezionymi na ziemi, na które my, rozpieszczeni Europejczycy, nawet byśmy nie spojrzeli.

– po drugie – ograniczanie odpadów. Carlos i Ayelen to prawdziwi mistrzowie życia „zero waste”. Dla nich nie ma śmieci, są tylko zasoby. Na przykład, ich dom, a także domek dla wolontariuszy oraz sucha toaleta są skonstruowane między innymi z pustych butelek. W ich kuchni stoją krzesła znalezione na śmietniku. Kiedy miałam coś do wyrzucenia, na przykład opakowanie po kremie, wiedziałam, że wystarczy dać je Carlosowi, a on już coś wymyśli. Oczywiście, mają też bardzo przemyślany system segregacji odpadów!

– po trzecie – wegetarianizm. Nasi gospodarze nie jedzą w ogóle produktów mięsnych. Na ich stół od czasu do czasu trafiają jajka od ich własnych kur (które notabene odratowali z jakiejś bardzo nieprzyjemnej hodowli), dlatego jeśli tak się dzieje, to jest to wielki rarytas. Ich kuchnia jest głównie roślinna, ale naprawdę pyszna! Byliśmy zachwyceni kreatywnością Ayelen w wymyślaniu kolejnych potraw. Jej kuchnia była prosta, ale bardzo smaczna. Faszerowane cukinie, bakłażany, domowe przetwory, pesto z quinoi i bazylii, argentyńskie empanadas o różnych nadzieniach…. Codziennie jedliśmy coś innego.

Pyszne empanadas. W tle Ayelen i Aneley. Zdjęcie: makeitabetterplace
 Czy warto wziąć udział w WWOOF?

Według mnie – jak najbardziej! Dla nas było to jedno z najciekawszych, najbardziej unikalnych doświadczeń w życiu. Sporo się nauczyliśmy, poznaliśmy ciekawych ludzi i myślę, że poszerzyliśmy horyzonty. Przy okazji zwiedziliśmy też piękny region. Oczywiście, jest to nasza jedyna przygoda z tego rodzaju wolontariatem. Nie jestem więc w stanie powiedzieć, jak to wygląda na innych farmach. Nasze doświadczenie było bardzo pozytywne, a zawdzięczamy to gospodarzom, na których trafiliśmy, bo były to osoby niezwykle otwarte, życzliwe, inteligentne i świadome w bardzo wielu kwestiach, takich jak historia, polityka, czy ekologia.

Więcej na ten temat:

Strona WWOOF, gdzie można wyszukać oferty wolontariatu w różnych krajach: http://wwoof.net/

Artykuł na temat WWOOF na stronie BBC: http://www.bbc.com/news/world-europe-23683298

Strona na Facebooku, gdzie Carlos i Ayelen reklamują swoje rękodzieło: https://www.facebook.com/pachartesano/

comments

  1. Ależ to musiała być fantastyczna przygoda! Szkoda, że ja się raczej do pracy fizycznej nie nadaję 🙂 Sama jestem wolontariuszką w Kooperatywie Dobrze, raz w miesiącu staję na kasie. Też wyzwanie 🙂

    1. Oj zdecydowanie, taka przygoda zostaje na długo w pamięci! 🙂 Wolontariat w Kooperatywie to też na pewno świetna sprawa, swoją drogą muszę się tam kiedyś wybrać i zobaczyć na własne oczy jak to wygląda. Widziałam takie miejsce w Irlandii, ale tu w Polsce jeszcze nie, więc jestem ciekawa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook