Wywiad z ratownikiem żywności.

Dzisiejszy wpis związany jest zarówno z ekologią, jak i z aktywnymi działaniami na rzecz społeczności. Zapraszam Was do lektury wywiadu z Mateuszem Baniakiem, studentem Wydziału Lingwistyki Uniwersytetu Warszawskiego, a w wolnym czasie – ratownikiem żywności, związanym z ruchem foodsharingu, o którym pisałam już tutaj.

Dlaczego znów chcę pisać o dzieleniu się jedzeniem? Foodsharing w Polsce robi się coraz bardziej popularny, w wielu miastach pojawiają się kolejne jadłodzielnie, w mediach co chwilę można przeczytać lub usłyszeć nowe informacje związany z tą inicjatywą. Wielu z Was pewnie znane są nazwiska Karoliny Hansen i Agnieszki Bielskiej – inicjatorek foodsharingu w Polsce. Mało natomiast mówi się o ratownikach żywności – czyli osobach, dzięki których pracy ta inicjatywa żyje. Zależało mi więc, żeby porozmawiać z jednym z aktywnych ratowników żywności, żeby dowiedzieć się, jak dokładnie wygląda ich praca, co ich motywuje i jak dużego zaangażowania wymaga tego rodzaju działalność. Dzisiejszy wpis to zatem przedstawienie tego ruchu społecznego z perspektywy konkretnej, zaangażowanej osoby.

Mateusz na warszawskich targach zero waste. Obok niego Marta Jackowska Uwadizu – również aktywna ratowniczka żywności. Zdjęcie otrzymałam od Mateusza.

Bardzo się cieszę, że udało mi się spotkać i porozmawiać z Mateuszem, który dużą część wolnego czasu, poza studiami, poświęca na działalność związaną z ratowaniem żywności.  Zależy mi, aby na moim blogu pojawiało się jak najwięcej materiału o takich osobach – zaangażowanych, pełnych energii, mających poczucie własnej sprawczości i odpowiedzialności za rozwiązywanie problemów społecznych. Promowanie takich osób wydaje mi się o wiele bardziej sensowne i inspirujące niż fascynacja kolejnymi celebrytami, których działania (lub raczej ich brak) nie przynoszą światu żadnej korzyści. Jeśli podzielacie moje zdanie i chcielibyście dowiedzieć się, co dokładnie robi ratownik żywności – zapraszam do dalszej lektury:

Make It A Better Place: Od kiedy dokładnie działasz w foodsharingu? Co sprawiło, że zdecydowałeś się zaangażować w tego rodzaju działalność?

Mateusz Baniak: W foodsharingu działam mniej więcej od roku. Zaangażowałem się w tę działalność wkrótce po powrocie z wymiany studenckiej w Finlandii. Wraz z moją przyjaciółką, z którą razem byliśmy na wymianie, zdecydowaliśmy, że chcemy zaangażować się w jakiś rodzaj wolontariatu. Wynikało to częściowo z tego, że byliśmy nieco już zmęczeni czysto akademicką stroną studiowania – chcieliśmy zacząć działać, robić coś konkretnego. Padło na foodsharing. Miałem już jakieś mgliste pojęcie o tej idei, bo miewałem zajęcia na Wydziale Psychologii UW, gdzie znajduje się pierwsza polska jadłodzielnia. Zaczęliśmy więc chodzić na zebrania organizacyjne dla ratowników żywności i porwała nas pełna pozytywnej energii i poczucia sprawczości atmosfera tych spotkań. Na początku tylko słuchaliśmy, uczyliśmy się, pochłanialiśmy kolejne informacje. Z czasem poczuliśmy się na tyle pewnie, że mogliśmy włączyć się w działania.

Ilu jest obecnie aktywnych ratowników żywności w Warszawie? Na czym dokładnie polega ich praca?

W tej chwili w naszej grupie działa 42 ratowników. Naszym głównym zadaniem jest regularne odbieranie nadwyżek żywności z miejsc, które zgodziły się na współpracę z nami. Są to głównie piekarnie, kawiarnie, niewielkie punkty gastronomiczne – raczej nie duże sieciówki, z względu na skomplikowane przepisy prawne. Uratowaną żywność zawozimy do jadłodzielni, rozdajemy znajomym albo zagospodarowujemy sami. Jeśli z jakiegoś miejsca odbieramy 15 kilogramów pieczywa, wtedy oczywiście trzeba to rozdać albo zostawić w jadłodzielni. Ale jeśli danego dnia ktoś uratuje tylko 2 kanapki, a  pod ręką nie ma akurat jadłodzielni, gdzie mógłby je zostawić, to najbardziej opłaca się, żeby sam je zjadł. Szkoda czasu i benzyny, żeby wieźć je gdzieś daleko – a przecież powinniśmy myśleć w kategoriach ekologicznych i ekonomicznych. Nieważne jest, do kogo trafi uratowana żywność – najistotniejsze jest to, że nie wyląduje w koszu.

Co jeszcze robicie, poza samym ratowaniem żywności?

To zależy od osoby. Ja na przykład pełnię dodatkową funkcję koordynatora zgłoszeń – zajmuję się rekrutacją i wstępnym przygotowaniem nowych ratowników. Od czasu do czasu dyżuruję też przy przygotowywaniu grafiku odbiorów oraz porządkowaniu wspólnej skrzynki i Facebooka.

Poza tym, najbardziej aktywne osoby udzielają się w mediach, prowadzą warsztaty, wykłady, udzielają wywiadów. Ja miałem wystąpienie w czasie otwarcia nowej jadłodzielni w Centrum Społecznym Paca i miałem okazję wystąpić w minidebacie radiowej, wraz z dziewczynami z polskich banków żywności.

Ponadto, aktywnie wciąż poszukujemy miejsc, które chciałyby podjąć współpracę z nami. Odwiedzamy punkty gastronomiczne, pytamy o nadwyżki żywności, zachęcamy do regularnego dzielenia się nimi.

Czy ten rodzaj działalności wymaga od Ciebie przełamania jakiejś bariery psychologicznej? Jakby nie patrzeć, chodzicie po knajpach i sklepach prosząc o „resztki”? Czy to nie bywa dla Was krępujące?

Faktycznie, bywa to przytłaczające. Oczywiście, spotykamy się z pozytywnymi reakcjami i entuzjazmem, ale także z nieufnością i niezrozumieniem, co do naszych intencji. Foodsharing w Polsce nadal jest zjawiskiem bardzo marginalnym i często nawiązanie współpracy z nowym miejscem wymaga bardzo szczegółowego wytłumaczenia całej idei.  Część osób obawia się zaangażować we współpracę, bojąc się – niesłusznie – konsekwencji prawnych czy wizerunkowych. Z drugiej strony, wiele osób nie do końca rozumie, po co działamy. Bywamy myleni z organizacjami czy fundacjami charytatywnymi pomagającymi ubogim. Słowo „jadłodzielnia” większości osób kojarzy się z jadłodajnią dla osób bezdomnych. Ludzie często nie rozumieją, że uratowana żywność niekoniecznie musi być przeznaczona dla osób ubogich. Owszem, foodsharing może być dyskretną formą wsparcia dla osób niezamożnych, ale nie jest to dla nas cel nadrzędny. Przed wszystkim dążymy do tego, żeby żywność nie lądowała w koszu. Mniej istotne jest dla nas to, kto z niej korzysta.

To podejście, o którym wspomniałeś wynika pewnie częściowo z tego, że jesteśmy społeczeństwem, które stosunkowo niedawno zaczęło się wzbogacać. Konsumpcja, kupowanie jest w pewnym sensie wyznacznikiem statusu społecznego. Kto mógłby być zainteresowany darmowym jedzeniem, którego firmom nie udało się sprzedać? Tylko osoby ubogie, bo ci, których „stać” kupią sobie swoje własne jedzenie.

No właśnie, a to przecież błędne myślenie – w końcu jedzenie, które ratujemy jest jak najbardziej w porządku – po prostu wyprodukowano go za dużo. Dlaczego więc z niego nie skorzystać? Społeczeństwa „północne” nie mają takich oporów. Z jednej strony, większość Finów może pozwolić sobie na zakup kanapki w modnej kawiarni, z drugiej – zauważyłem, że nie mają problemu z tym, żeby, na przykład, po uczestnictwie w konferencji zabrać do domu pozostałe z kateringu ciasteczka. Nie boją się, że ktoś pomyśli, że ich „nie stać”.

Ile czasu tygodniowo trzeba poświęcić, żeby zaangażować się w ratowanie żywności?

W foodsharingu fajne jest to, że nie mamy sztywno obowiązujących zasad – każdy pomaga na miarę swoich możliwości. Są osoby, które robią odbiory raz w tygodniu, inne nawet kilka razy dziennie. Na początku każdego tygodnia ustalamy grafik, każdy wpisuje się w tabelkę, staramy się, żeby nie było żadnych luk. Przeciętnie odbiór zajmuje od 30 minut do godziny – w zależności od ilości żywności do odebrania i tego, czy zawozimy ją do jadłodzielni, czy sami zagospodarowujemy.

Kim są warszawscy ratownicy żywności? Jakie grupy wiekowe czy zawodowe reprezentują?

Wielu z nas to studenci, ale są też osoby aktywne zawodowo. Ze względu na profil naszej działalności, jest wśród nas kilka osób z branży gastronomicznej. Działają z nami także osoby bezrobotne – i to jest dopiero super. Dla takich osób jest to sposób na oderwanie się od tego niezwykle złożonego i wielopłaszczyznowego problemu jakim jest bezrobocie. Często osoby pozbawione stałego zatrudnienia czują się niepotrzebne, niewystarczająco dobre. Angażując się w foodsharing mają okazję wyjść do ludzi, przestawić myśli na inne tory, poczuć, że robią coś, co jest potrzebne i ważne dla całego społeczeństwa.

Jako ratownicy żywności działacie przede wszystkim dla dobra wspólnego, dla społeczeństwa i dla planety. A czy ta działalność jest także korzystna dla Ciebie samego?

Jak najbardziej, z bardzo wielu względów. Po pierwsze, uzyskuję wymierne korzyści, takie jak darmowe pieczywo, ciastka czy inne produkty.

Po drugie, dzięki foodsharingowi poznałem wielu wspaniałych ludzi, z którymi raczej nie miałbym okazji się spotkać w innych okolicznościach. Bardzo się cieszę, że poznałem tyle osób, dla których istotne są te same wartości. W naszym gronie ratowników żywności odbywamy regularne spotkania integracyjne – choćby w zeszłym tygodniu, zostaliśmy wszyscy zaproszeni na spotkanie do domu jednej z nowych ratowniczek. Było bardzo sympatycznie, świetnie się nam rozmawiało.

Po trzecie, działanie w foodsharingu pomaga kształtować rozmaite umiejętności – dobrą organizację, logistykę, nawiązywanie kontaktów z „partnerami biznesowymi”, współpracę z innymi osobami, działalność medialną, wystąpienia publiczne. Jeszcze jakiś czas temu bardzo kiepsko wychodziły mi wszelkie prezentacje. Teraz zdarza mi się występować publicznie lub udzielać w mediach i nie jest to już dla mnie tak stresujące, jak kiedyś.  Nigdy nie sądziłem, że zdobędę takie umiejętności, nie spodziewałem się, że będę mógł spróbować swoich sił w tak wielu różnych sytuacjach, choćby w wywiadzie radiowym.

Mam wrażenie, że w Polsce wciąż nie docenia się wolontariatu jako formy zdobywania wiedzy i umiejętności.

Zdecydowanie, podobnie zresztą podejrzliwie patrzy się na tzw. gap year – czyli roczną przerwę w nauce przed rozpoczęciem studiów. W Polsce wszystko, co nie daje nam potwierdzenia zdobycia wiedzy w postaci „papierka” albo przynajmniej korzyści finansowych jest często traktowane jako strata czasu. Tymczasem w krajach zachodnich docenia się ludzi, którzy podejmują inicjatywę, wyjeżdżają gdzieś, zdobywają konkretne umiejętności metodami innymi niż tradycyjne – na przykład przez roczny pobyt na farmie. Mam nadzieję, że i u nas będzie się stopniowo odchodzić od kultu „papierka” na rzecz uznania dla konkretnych umiejętności, zdobywanych na różne sposoby.

Działalność w foodsharingu nie jest wolontariatem w ścisłym znaczeniu tego słowa ponieważ nie jesteśmy organizacją charytatywną czy fundacją, tylko ruchem społecznym. Natomiast w praktyce jesteśmy wolontariuszami, ponieważ w dobrowolny, bezpłatny sposób poświęcamy część naszego czasu dla dobra wspólnego. I z całą pewnością mogę potwierdzić, że ta działalność pomaga kształtować rozmaite umiejętności czy postawy, które można z łatwością zastosować w innych dziedzinach życia – także na płaszczyznie biznesowej.

Czy odkąd w Polsce pojawił się foodsharing i liczne jadłodzielnie, zaobserwowałeś jakąś poprawę w sposobie, w jaki społeczeństwo podchodzi do kwestii marnowania żywności?

Zdecydowanie tak! Oto jeden dobry przykład: część punktów gastronomicznych, z którymi kiedyś współpracowaliśmy, zerwało z nami współpracę. Dlaczego to miałoby być dobre? Bo oni po prostu nabrali większej świadomości i nauczyli się lepiej zarządzać żywnością. Kiedyś na przykład regularnie współpracowaliśmy z pewnym przedszkolem – odbieraliśmy od nich nadwyżki zupy. Po pewnym czasie osoby zarządzające kuchnią uświadomiły sobie, że skoro zawsze zostaje tyle zupy, to warto gotować jej mniej. Nauczyły się lepiej i efektywniej gospodarować swoimi zasobami.

Wiadomo, że żadna organizacja ani ruch społeczne nie są w swoich działaniach doskonałe. Czy w sposobie, w jaki funkcjonuje polski foodsharing jest jeszcze coś, co można by poprawić?

Z mojego punktu widzenia fajnie byłoby, gdyby moja funkcja jako koordynatora zgłoszeń nowych ratowników oraz odpowiedzialnego za tygodniowy grafik przestała być niezbędna, jest to bowiem funkcja niezwykle czasochłonna i pełniąc ją, mam mniej czasu na same odbiory żywności. Obecnie jesteśmy w trakcie testowania różnych aplikacji mobilnych, które mogłyby częściowo nas odciążyć i ułatwić nam komunikację.  Jedna z nich zdaje się spełniać nasze oczekiwania, więc całkiem możliwe, że ten projekt ma szanse powodzenia.

Poza tym, o czym już mówiłem, byłoby super, gdyby wzrosła w społeczeństwie świadomość i wiedza na temat foodsharingu. Bardzo bym chciał, żeby większa część społeczeństwa rozumiała, w jakim celu działamy i nie miała oporów przed włączeniem się w działania – czy to przez dzielenie się nadwyżkami, czy to przez ratowanie żywności lub korzystanie z jadłodzielni.

No i oczywiście, sytuacją idealną byłby stan, w którym ratowanie żywności byłoby w ogóle zbędne – bo problem rozwiązywałby się wcześniej, na innych poziomach. Ale do tego etapu na pewno jeszcze sporo nam brakuje!

 

 

 

 

 

 

 

 

comments

  1. Bardzo ciekawa inicjatywa! Ważne, żeby upowszechniać taką postawę – szacunku, uwaznosci. Coś nie tak ze światem, gdy jedni wyrzucają jedzenie, bo mają nadmiar np. jedzenia, a gdzie indziej jest głód, brakuje wszystkiego, ludzie umierają….

    1. Myślę, że jednak spora część trafia 🙂 W końcu duża część uratowanej żywności jest zawożona do jadłodzielni, które znajdują się w miejscach publicznych, dostępnych dla wszystkich. Sądzę, że osoby bezdomne często tam zaglądają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook