„Overbooked”. Recenzja książki Elizabeth Becker.

“Overbooked. The exploding business of travel and tourism” to dzieło obsypanej nagrodami amerykańskiej dziennikarki i dawnej korespondentki New York Times’a. Według mnie – pozycja obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych kwestiami zrównoważonej turystyki i odpowiedzialnego podróżowania. Jeśli zdecydujesz się poświęcić nieco czasu na jej przeczytanie, gwarantuję, że następne wakacje zaplanujesz w sposób bardziej niż do tej pory przemyślany. Zamiast ochoczo zaliczać kolejne punkty z listy „must see”, może poszukasz mniej oczywistych alternatyw?

Są takie miejsca, o których mówi się, że „trzeba je zobaczyć”. Obowiązkowo. Wieża Eiffel’a w Paryżu, Wenecja, świątynia Angkor Wat w Kambodży, Machu Picchu… Przykłady można mnożyć. Żyjemy w czasach, w których coraz więcej osób ma możliwość odwiedzenia tych niegdyś romantycznych i niedostępnych miejsc. To, co dawniej było zajęciem dla wybranych, stało się rozrywką dla tłumów. To dobrze, myślimy sobie, bo podróże kształcą, więc miło, że coraz więcej osób może się w ten sposób intelektualnie ubogacić. To korzystne także dla miejscowych, bo dzięki turystyce mają pracę i zarabiają pieniądze. Prawda jest jednak o wiele bardziej złożona. Turystyka, która jest obecnie jedną z najważniejszych gałęzi światowej gospodarki, a w pewnych krajach wręcz podstawą egzystencji, staje się jednocześnie przyczyną dewastacji środowiska, wyzysku miejscowych pracowników, kulturalnego zubożenia, wzrostu cen…

O książce

Autorka „Overbooked” na jej napisanie poświęciła aż 5 lat. Książka to owoc długoletnich podróży, analizowania materiałów dostępnych w archiwach Światowej Organizacji Turystyki i bibliotek w miejscach takich jak siedziba National Geographic. Również niezliczonych wywiadów i rozmów z pracownikami branży turystycznej, właścicielami biznesów okołopodróżniczych i mieszkańcami obleganych przez turystów miejsc. Dzięki takiemu sumiennemu i wieloaspektowemu podejściu powstało istne kompendium wiedzy o wpływie, jaki turystyka wywiera na środowisko i lokalne społeczności w różnych zakątkach naszego globu. W większości przypadków sprawa przedstawia się dość przygnębiająco.

Każdy rozdział książki to podróż do innego kraju, regionu lub miasta. Nie dam rady omówić tu wszystkich, ale powiem, które najbardziej mnie zainteresowały czy zaszokowały.

Wymarłe miasto

Po pierwsze, Wenecja. Miasto, które w wyobrażeniach wielu osób jawi się jako kwintesencja romantyzmu i wszelkiego czaru już dawno przestała być tym utopijnym miejscem. Zamiast tego w jej miejscu pojawił się skansen, którego zwiedzanie cieszy naiwnych turystów, ale dla „rdzennych” mieszkańców miasta nie ma już w nim miejsca. Zostali wygnani z domów przez rosnące czynsze i ceny życia w ogóle. Tam, gdzie dawniej były ich domy czy rodzinne firemki, mamy obecnie luksusowe butiki znanych światowych marek. Niektóre fabryki wyrabiające kiedyś słynne szkło Murano podupadły i zostały wykupione i przerobione na ekskluzywne hotele, należące do międzynarodowych sieci. Miejscowe sklepiki są pełne luksusowych dóbr oraz pamiątek rodem z Chin. A zwykli mieszkańcy nie mają gdzie kupić podstawowych produktów żywnościowych w przystępnych dla nich cenach.

Dwa oblicza Dubaju

Dalej mamy Dubaj. To wzniesione pośrodku pustyni supermiasto, dla wielu jest synonimem bogactwa i splendoru. Zdaje się mówić całemu światu: „Możemy wszystko, niczego od was nie potrzebujemy.” Dubaj kusi turystów plażami, luksusowymi sklepami, polami golfowymi, wyścigami konnymi, a nawet stokami narciarskimi. Miejscowym władzom zależy na tym, by Dubaj jawił się jako miejsce otwarte i kosmopolityczne. Wykazują też wielką troskę o środowisko, organizując konferencje poświęcone odpowiedzialnej turystyce. Inwestują także w alternatywne formy pozyskiwania energii – słoneczną, wiatrową i nuklearną. To wszystko tylko pozory. Potęgę Dubaju tworzą – w zasadzie – niewolnicy. Pracownicy budowlani to tutaj ubodzy mieszkańcy Indii, Pakistanu, Sri Lanki czy Bangladeszu. Wyzyskiwani przez sprytnych pracodawców , pracujący i mieszkający w fatalnych i zagrażających życiu i zdrowiu warunkach. Zanieczyszczenia generowane przez tego urbanistycznego giganta powodują co roku śmierć ogromnej liczby ryb w rzece Dubai Creek (100 ton w 2009 roku). Konstrukcja sztucznej wyspy, na której następnie wybudowano hotel Atlantis przyczyniła się do zniszczenia jedynej lokalnej rafy koralowej, jak również miejsc, w których kiedyś gnieździły się żółwie. Interesujące (i smutne) jest także to, jak turystyczny i globalny charakter miasta wpływa na zubożenie lingwistyczne tamtejszej ludności. Młodzi mieszkańcy Dubaju żyjąc w tak światowym miejscu posługują się głównie angielskim – jest to jednak angielski bardzo uproszczony, dostosowany do potrzeb komunikacji w podstawowych, życiowych sytuacjach. Jednocześnie zaniedbują ojczysty język arabski i w ten sposób nie władają w pełni ani jednym, ani drugim. Życie w turystycznym, kosmopolitycznym miejscu pozbawiło ich istotnej części tożsamości – własnego języka.

Niezdrowa fascynacja

Wreszcie, Kambodża. Na jej przykładzie autorka omawia zjawisko „mrocznej turystyki”. Chodzi w nim o to, że masy turystów ciągnie obecnie w miejsca, gdzie w przeszłości dochodziło do zbrodni ludobójstwa. Obozy koncentracyjne w Polsce i Niemczech, Kigali w Rwandzie, Sarajewo w Bośni. Jednym z takich miejsc są także Pola Śmierci w Kambodży, które również stały się miejscem pielgrzymek rzeszy turystów. Niby chodzi o to, żeby dawnych zbrodni nie zapominać, uświadamiać przybyszów, uczyć się na błędach, itp. Coś jest jednak nie tak. Dlaczego do turystów mogą przemawiać tylko tak drastyczne obrazy? Czy w masowych wizytach nie ma jakiegoś braku szacunku dla zmarłych? Uderzył mnie w szczególności ten fragment książki dotyczący pól śmierci na południe od Phnom Penh:

„Rząd kazał tam wznieść pomnik utworzony z 8985 czaszek zebranych na miejscu zbrodni.  Kości te nigdy nie zostały poddane religijnym obrządkom ani kremacji wymaganych w religii buddyjskiej. Zamiast tego stały się częścią stałej ekspozycji, niektóre z nich zorganizowano według wieku i płci, ale bez podania imion i nazwisk. Brakuje tu atmosfery świętego miejsca – odnosi się wręcz wrażenie całkowitej profanacji.”*

Ochrona dzikiej przyrody

Aby odejść od ponurych tematów, dodam, że w książce nie brak i pozytywnych przykładów. Jednym z nich jest to, jak tworzenie otwartych dla turystów parków narodowych w Afryce pozwala chronić czy odbudowywać populacje niegdyś zagrożonych wyginięciem dzikich zwierząt. Finansowanie takich miejsc i edukacja lokalnych społeczeństw sprawiła, że zabijane niegdyś na masową skalę zwierzęta zostały wreszcie uznane za lokalny skarb, który należy chronić. Również dlatego, że stanowią gratkę dla turystów, którzy za ich obserwowanie gotowi są płacić konkretne pieniądze. A to z kolei pociąga za sobą tworzenie miejsc pracy, zwiększenie szans na edukację dzieci i rozwój miejscowej gospodarki w ogóle.

Dla kogo lektura?

Książka Elizabeth Becker nie jest na pewno lekką, szybką lekturą, którą przeczytacie w dwa dni w autobusie do pracy. Wymaga skupienia, koncentracji i raczej dobrej znajomości angielskiego – niestety, o ile mi wiadomo, polskie tłumaczenie nie istnieje. Mamy tu do czynienia z dziennikarstwem wysokich lotów, dlatego język na pewno nie jest bardzo prosty. Mimo to, jeśli macie możliwość, sięgnijcie po tę książkę. To wartościowa, rzetelna pozycja, która otworzy Wam oczy na aspekty turystyki, na które wcześniej nie zwracaliście uwagi. I być może sprawi, że całkowicie zmieni Wasze nastawienie do podróżowania i podróżnicze priorytety na kolejne lata. Ja po lekturze wiem, że na pewno nie pojadę do Dubaju. Raczej nie odwiedzę też Wenecji. Chciałabym natomiast poszukać bliskich, lokalnych alternatyw, które zapewnią relaks, odpoczynek, a jednocześnie wsparcie dla małych biznesów. Mam nadzieję, że pomogą mi w tym inne książki z mojej noworocznej listy, o których pewnie napiszę za jakiś czas.

*tłumaczenie własne

Więcej na ten temat:

 

101 sposobów na niemarnowanie żywności. Recenzja książki Anny Pitt.

„Leftover pie. 101 ways to reduce your food waste.” to wydawnicza świeżynka. Książka ukazała się na początku września tego roku i jest to pozycja poświęcona w całości problemowi marnowania jedzenia. Jej autorka – Anna Pitt – to dziennikarka i działaczka ekologiczna, wspierająca między innymi działania OLIO.

Dlaczego marnujemy?

Wbrew temu, co może sugerować tytuł nie jest to książka kucharska – choć faktycznie zawiera 101 przepisów kulinarnych. W rzeczywistości jest to prawdziwe kompendium wiedzy na temat marnowania żywności i skarbnica pomysłów na to, jak temu zjawisku przeciwdziałać. Autorka zaczyna od liczb i statystyk pokazujących, ile nadającej się do spożycia żywności marnuje się każdego roku – ze szczególnym uwzględnieniem jej ojczyzny, czyli Wielkiej Brytanii. Przygląda się problemowi z perspektywy historycznej: nasi dziadkowie i pradziadkowie, spośród których wielu przyszło żyć w trudniejszych od naszych czasach traktowali jedzenie z wielkim szacunkiem i starali się optymalnie wykorzystać każdą część rośliny czy zwierzęcia, które trafiały do ich kuchni. Natomiast my postrzegamy żywność jako coś oczywistego – przecież w każdej chwili możemy pojechać do supermarketu i kupić, co tylko nam się zamarzy. To, że może jej kiedyś zabraknąć, nie mieści nam się w głowach. Jak doszło do takich zmian w sposobie myślenia? Anna Pitt wnikliwie analizuje ten problem, omawiając między innymi zmiany w modelu rolnictwa, wpływ rozwoju technologii na produkcję żywności, a także standardy estetyczne i – niejednokrotnie absurdalne -przepisy z nimi związane.

Autorka cytuje m.in. swoją babcię:

„Wiesz, co o tym myślę? W dużej mierze winę ponosi tu nasze pokolenie. Przeżyliśmy wojnę i mieliśmy tak serdecznie dość braku wszystkiego, wiecznego oszczędzania i wydzielania racji żywnościowych. Dlatego, gdy sytuacja się zmieniła, a jedzenia było znów pod dostatkiem, my zaczęliśmy je marnotrawić”*

I europejskie regulacje prawne:

„Rozporządzenie Komisji EWG numer 1677/88 z 15 czerwca 1988 mówi, że ogórki Klasy Ekstra i Klasy I muszą być dobrze wykształcone i praktycznie proste (o maksymalnej wysokości łuku 10 mm na każde 10 cm długości ogórka).”

„Ogórki lekko zakrzywione mogą mieć maksymalną wysokość łuku 20 mm na każde 10 cm długości ogórka.”

Jak ratować żywność?

Autorka nie poprzestaje jednak na dziwnych czy przygnębiających danych i po tej analizie prezentuje cały wachlarz sposobów na walkę z marnotrawstwem.  Sugeruje, jak z wyprzedzeniem planować posiłki, radzi, jak i gdzie kupować żywność, zwraca uwagę na znaczenie żywności lokalnej i sezonowej. Dzieli się ciekawymi sposobami na przechowywanie jedzenia, w taki sposób, aby jak najdłużej zachowało świeżość. Zachęca do uprawy roślin jadalnych we własnym ogródku i na balkonie – wiadomo, że to, co sami wyhodowaliśmy będziemy darzyć większym szacunkiem. W książce znajdziemy listę ziół, które można hodować w doniczkach, wraz ze wskazówkami dotyczącymi pielęgnacji, właściwości leczniczych, a nawet informację, czy dana roślina będzie przyciągać pszczoły (kolejny ważny aspekt ekologiczny).

A co jeśli naprawdę nie jesteśmy w stanie zjeść tego, co kupiliśmy lub wyhodowaliśmy? Na to też są sposoby i w książce znajdziemy ich całe mnóstwo. Począwszy od akcji społecznych i technologii, które ułatwiają dzielenie się nadwyżką jedzenia z innymi ludźmi, poprzez domowe kompostowanie, aż po pozyskiwanie biopaliwa z rozkładającej się żywności. Autorka poświęca też część książki jedzeniu przyszłości – prezentuje alternatywne źródła pozyskiwania żywności, które być może będą musiały wziąć pod uwagę przyszłe pokolenia, chcąc zaspokoić potrzeby wciąż rosnącej populacji. Ostatnia część książki to tytułowe 101 przepisów na wykorzystanie resztek żywności czy na przykład części roślin, które zwykle lądują w koszu, choć są zupełnie jadalne i smaczne. Przepisy są pogrupowane, znajdziemy tu między innymi część poświęconą mięsom, warzywom, ziołom, słodyczom… Łatwo jest więc sięgnąć bezpośrednio do kategorii, która nas interesuje. Poznamy tu zarówno receptury stosowane przez samą autorkę, jak i kuchenne sekrety innych brytyjskich aktywistów ekologicznych, szefów kuchni czy blogerów kulinarnych.

Co nowego?

Tematyką przeciwdziałania marnowaniu żywności interesuję się już od kilku lat, zastanawiałam się więc, czy książka dostarczy mi wielu nowych informacji , czy raczej jest to pozycja dla początkujących. Rzeczywiście, autorka pisze o foodsharingu czy aplikacjach takich jak OLIO lub Too Good To Go, o których słyszałam już wcześniej. Mimo to muszę stwierdzić, że z lektury wyniosłam całe mnóstwo przydatnej wiedzy.

Oto kilka przykładów!
  1. Wskazówki dotyczące przechowywania żywności. Zainspirowana lekturą, postanowiłam wydzielić w lodówce półkę oznaczoną karteczką „Zjedz mnie najpierw”. Przeznaczę ją dla produktów, które należy zjeść w pierwszej kolejności, bo po otwarciu opakowania mogą się szybko zepsuć. Dowiedziałam się też, że mandarynki, mimo niewątpliwych walorów wizualnych, lepiej trzymać w lodówce, niż np. w dekoracyjnej misce w kuchni, źle bowiem znoszą centralne ogrzewanie. Podobnych, konkretnych informacji znajdziecie w książce o wiele więcej.
  2. Kilka ciekawych przepisów. Moją faworytką jest zupa-krem z naci rzodkiewki z kminkiem, posypana po wierzchu tartą rzodkiewką. Na zdjęciu wygląda genialnie –zajęła więc wysoką lokatę na liście przepisów do wypróbowania. Zainteresowały mnie też łodygi brokułu serwowane z hummusem jako imprezowa przystawka lub galaretka ze skórek i ogryzków jabłek, która podobno świetnie komponuje się z serami.

3. Nareszcie poznałam szczegółowe zasady funkcjonowania domowego kompostownika (takiego z dżdżownicami) oraz dowiedziałam się, jak działa wariant japoński, zwany bokashi.

4.Wreszcie – książka to prawdziwa kopalnia wiedzy na temat rozmaitych akcji społecznych, biznesów, ludzi i blogów w jakiś sposób związanych z walką z marnotrawieniem. Dowiedziałam się między innymi o Festiwalu Ratowania Dyń, który co roku odbywa się w Londynie w okresie Halloween. Odkryłam firmę Lucky Peel, która produkuje wyrafinowane słodycze i nalewki z resztek pomarańczy – czyli tego, co pozostaje, bo wyciśnięciu z nich soku. Odkryłam całe mnóstwo restauracji i kafejek bazujących tylko i wyłącznie na resztkach jedzenia. Oczywiście większość tych wspaniałych inicjatyw usytuowana jest w londyńskiej rzeczywistości. Pozostaje nam więc tylko o nich czytać, podziwiać i inspirować się. Wszystkie te znaleziska zamierzam w najbliższych miesiącach eksplorować i Wam także polecam. Zwróćcie uwagę na to, że często są to nie tylko inicjatywy ekologiczne, ale również niezłe pomysły na biznes.

Słabości?

Jak dla mnie jedyną słabością tej książki jest to, że według mnie zbyt mały nacisk kładzie na znaczenie ograniczenia produktów odzwierzęcych dla dobra planety. Poza tym, duża część przepisów nie wpasowała się mój gust – sporo z nich reprezentuje dość ciężką brytyjską kuchnię, która nie należy do moich ulubionych. Jednak, jak już pisałam wcześniej, udało mi się znaleźć kilka kulinarnych perełek, które wzbudziły moją ciekawość i na pewno chciałabym z nich wkrótce skorzystać. Myślę, że podobnie jak ja, właściwie każdy powinien tu znaleźć przynajmniej kilka przepisów zgodnych ze swoimi preferencjami kulinarnymi.

Dla kogo lektura?

Moim zdaniem dla większości osób! Książka jest napisana prostym, przystępnym językiem, pełna anegdot i osobistych doświadczeń dziennikarki. Będzie to więc przyjemna lektura, dzięki której osoby, dotąd niezainteresowane kwestią marnowania jedzenia, spojrzą na żywność z zupełnie innej perspektywy. Ta pozycja na pewno otworzy im oczy na pewne sprawy, pozwoli krytycznie spojrzeć na własne nawyki i dostarczy wielu praktycznych wskazówek osobom chcącym coś zmienić. Także czytelnicy nie od dziś obeznani ze sprawą znajdą coś dla siebie. Autorka potraktowała temat na tyle wieloaspektowo, że każdy będzie w stanie poznać jakąś dziedzinę czy rozwiązanie, o których wcześniej nie słyszał. Ponadto, książka jest też bardzo ładnie wydana – zawiera sporo ilustracji i zdjęć, które czynią ją atrakcyjną również wizualnie. Może to pomysł na prezent dla kogoś w Twoim otoczeniu?

Więcej na temat

 

*książka nie ma na razie polskiej wersji językowej. Cytaty przytoczone w tym artykule to moje tłumaczenie, zupełnie nieoficjalne i niezobowiązujące 🙂

„Historia pszczół” Mai Lunde: Szykujmy się na kataklizm.

Od jakiegoś czasu na mojej liście książek do przeczytania znajdowała się „Historia pszczół” norweskiej pisarki Mai Lunde. W ostatnich dniach wreszcie wpadło w moje ręce polskie wydanie tej powieści, w przekładzie autorstwa Anny Marciniakówny. Bardzo szybko uporałam się z tym dziełem, jako że jest to książka, którą czyta się gładko, szybko, z łatwością. Niech ten opis Was jednak nie zmyli. „Historia pszczół” traktuje o bardzo poważnym problemie, który dotyczy każdego z nas, bez żadnych wyjątków.

Akcja powieści toczy się w trzech różnych, odległych od siebie miejscach i epokach wokół trzech pozornie niezwiązanych ze sobą postaci. I tak podróżujemy w czasie do XIX-wiecznej Anglii, gdzie poznajemy Williama – niespełnionego naukowca i ojca licznej rodziny, przytłoczonego prozą życia i cierpiącego na depresję, który pewnego dnia przypomina sobie o swych dawnych ambicjach i odkrywa nowe pokłady energii i pasji. Równolegle, autorka przedstawia nam George’a, energicznego Amerykanina w średnim wieku, żyjącego w czasach nam współczesnych. George to dość porywczy i konserwatywny człowiek, który nie może pogodzić się z tym, że jego jedyny syn ma inne plany na życie niż kontynuowanie rodzinnego biznesu.  I wreszcie trzecia postać, czyli Tao – młoda żona i matka, żyjąca w Chinach w roku 2098.  Wiedzie ona dość monotonne, przepełnione ciężką pracą i rutyną życie. Pewnego dnia jednak dramatyczne wydarzenie wywraca jej świat do góry nogami…

Co w takim razie łączy tych, zdawałoby się zupełnie różnych, bohaterów? Po pierwsze, uniwersalność ich historii. Każda z trzech postaci zmaga się bowiem z trudami życia codziennego, cierpi z powodu zawiedzionych ambicji, snuje nierealistyczne plany wobec swoich dzieci, działa pod wpływem impulsu… Jednak głównych spoiwem tych trzech opowieści są pszczoły, ponieważ losy tych niepozornych stworzeń są ściśle powiązane z losami ludzi, niezależnie od czasu i miejsca.  William jest bowiem naukowcem badającym zwyczaje pszczół i pracującym nad nowym modelem ula. George jest z zawodu pszczelarzem, podobnie jak wiele pokoleń mężczyzn z jego rodziny. Tao natomiast pracuje przy ręcznym zapylaniu drzew owocowych. Dlaczego musi to robić? Ponieważ przyszło jej żyć w czasach po tak zwanej Zapaści, która dotknęła świat w połowie stulecia i w wyniku której na naszej planecie nie ma już ani jednej pszczoły…

„(…) uczyłam się naszej historii. Dowiadywałam się o masowym ginięciu owadów zapylających, o podnoszeniu się poziomu mórz, o globalnym ociepleniu, o katastrofach termojądrowych i o tym, że dawne supermocarstwa, USA i Europa, które utraciły wszystko w ciągu kilku lat, nie były w stanie się dostosować i teraz popadły w najgłębszą nędzę, a ludność została mocno zredukowana. Natomiast my tutaj, w Chinach, poradziliśmy sobie. Komitet, czyli najwyższy organ partii, skuteczne kierownictwo naszego kraju, przeprowadził nas przez Zapaść twardą ręką, podejmując szereg decyzji, których ludzie często nie rozumieli, ale nie mieli też okazji o nie pytać.”

Książka napisana jest bardzo nieskomplikowanym językiem, chciałoby się wręcz rzec dziecinnie prostym. Oczywiście, możemy to oceniać jedynie przez pryzmat polskiego tłumaczenia, ale biorąc pod uwagę, że Maja Lunde tworzy najczęściej literaturę dla dzieci i młodzieży, wydaje się naturalne, że taki styl jej odpowiada i czuje się w nim swobodnie.  Nie jest to raczej literackie arcydzieło, które oczaruje nas błyskotliwymi grami słownymi, skomplikowaną psychologią postaci czy zaskakującymi metaforami i porównaniami.  Czy mimo to warto sięgnąć po tę powieść? Jak najbardziej tak!

Po pierwsze, historie trzech głównych bohaterów absorbują czytelnika od samego początku. Z niecierpliwością odwracałam kolejne strony powieści, chcąc dowiedzieć się, jak potoczą się ich dalsze losy. Ich problemy i emocje są na tyle uniwersalne, że bardzo łatwo się z nimi identyfikować. Po drugie, książka zawiera wiele przystępnie i ciekawie napisanych informacji na temat życia i zwyczajów pszczół, pracy pszczelarzy, konstrukcji ula. Autorka umiejętnie wzbudza w czytelniku zachwyt i fascynację tymi świetnie zorganizowanymi miododajnymi stworzeniami. Po trzecie i najważniejsze – zwraca uwagę na ogromny problem, jakim jest masowe ginięcie pszczół, które przecież nie jest wymysłem pisarki. To już się zaczęło i dzieje się nadal. I powinno obchodzić wszystkich. Myślę, że autorka celowo wybrała postaci żyjące w tak odległych epokach i miejscach. Aby podkreślić, że los pszczół, jest tak naprawdę naszym losem i jeśli one wyginą, to konsekwencje poniesie każdy, bez wyjątku.  Świat, w którym przyszło żyć Tao nie musi być wcale wizją rodem z filmów science fiction.  Za jakiś czas może stać się rzeczywistością, a wtedy nie pomogą nam banki, instytucje, korporacje, Facebook czy Google. Zabraknie bowiem tego, co najbardziej podstawowe – żywności.

„Bez pszczół tysiące hektarów uprawnej ziemi leżały odłogiem. Kwitnące pola bez jagód, drzewa bez owoców. Nagle produkty rolne, które dawniej stanowiły codzienne pożywienie, stały się deficytowe: jabłka, pomarańcze, cebula, brokuły, marchew, borówki, orzechy i ziarno kawowe”.

„Produkcja mięsa zmniejszała się od lat trzydziestych XXI wieku, bo podstawowej paszy dla zwierząt domowych nie można było już produkować. Ludzie musieli radzić sobie także bez mleka i sera, również z tego samego powodu – zwierzęta nie miały dość pokarmu. O produkcji biopaliw, które miały zastąpić ropę naftową, trzeba było zapomnieć, bo ona także uzależniona była od zapylania roślin. Powrócono do energii ze źródeł nieodnawialnych, co z kolei pogłębiało globalne ocieplenie”.

„Historia pszczół” to powieść dla wszystkich, nastolatków i dorosłych, miłośników literatury i osób jedynie od czasu do czasu sięgających po książkę. Ze względu na język i sposób narracji, czyta się lekko, nie wymaga szczególnego skupienia czy kontemplacji. Ja przeczytałam ją podróżując do pracy transportem publicznym. Za tą przyjemną formą kryje się jednak poważna i niepokojąca treść, która przez dłuższy czas pozostanie w pamięci. Gwarantuję, że po tej lekturze z wdzięcznością spojrzycie na każdą napotkaną pszczołę i wszystko to, co znajduje się na Waszych stołach – dzięki pracy, którą te pożyteczne stworzenia wciąż jeszcze dla nas wykonują.

Domek dla pszczół w Parku Skaryszewskim w Warszawie
Więcej na ten temat:

  • W 15-minutowym, porywającym wykładzie Marla Spivak wyjaśnia, dlaczego 10 lat temu pszczoły zaczęły masowo ginąć i co może zrobić każdy z nas, żeby choć trochę im pomóc:

https://www.ted.com/talks/marla_spivak_why_bees_are_disappearing

  • Ekspert w dziedzinie pszczelarstwa Dennis van Engelsdorp (wykładowca z Uniwersytetu Maryland) w lekki i zabawny sposób wyjaśnia dlaczego ludzkość potrzebuje pszczół:

https://www.ted.com/talks/dennis_vanengelsdorp_a_plea_for_bees