Jak to się robi w Dublinie?

Na początku grudnia miałam okazję ponownie odwiedzić Dublin – miasto, które uważam za swój drugi dom, ponieważ w (całkiem niedawnej) przeszłości spędziłam tam dwa lata swojego żywota. Z pobytem w stolicy Irlandii mam właściwie wyłącznie dobre wspomnienia – na pewno częściowo wynika to z sentymentu, ale też po prostu dlatego, że – przynajmniej na pewnym etapie – jest to świetne miejsce do życia. Niewielkie miasto, gdzie w większość kluczowych miejsc dotrze się piechotą, przyjazne i otwarte społeczeństwo, ciekawa kultura. Wystarczy też wsiąść do podmiejskiej kolejki lub na rower, żeby w krótkim czasie znaleźć się nad morzem i zrelaksować się wędrując po klifach Howth czy podziwiając górzyste krajobrazy Wicklow.

Mimo mojej ogromnej miłości do Irlandii jako kraju oraz sympatii do jej przemiłych mieszkańców, nigdy nie postrzegałam Dublina jako szczególnie ekologicznego miasta. Dublińczycy (zarówno rodowici Irlandczycy, jak i napływowi mieszkańcy ze wszystkich zakątków Europy i świata) ochoczo kupują posiłki w stylowych plastikowych opakowaniach, korzystają też z jednorazowych kubków na piwo i kawę. Z dużą przyjemnością zaopatrują się w wątpliwej jakości odzież w popularnych na Wyspach tanich sieciówkach, które raczej nie słyną z dbałości o sprawiedliwe i etyczne warunki produkcji. Kulminacja tych upodobań następuje w okolicach świąt Bożego Narodzenia czy Dnia św. Patryka, a także w letnie, ciepłe dni, kiedy akurat nie pada deszcz. Ulice tętnią wtedy życiem, konsumpcja kwitnie, a rzeką Liffey do morza spływają konkretne ilości plastikowych śmieci.

Ale nie bądźmy tacy negatywni – tak jak w każdym mieście, w Dublinie również można znaleźć ciekawe miejsca i inicjatywy promujące bezodpadowe życie, ekologiczny transport czy zrównoważoną modę. Gdybyście kiedyś planowali odwiedzić to sympatyczne miasto, może przyda Wam się mój subiektywny eko-przewodnik. Zapraszam do lektury!

Dublin i zero waste

Po roku nieobecności na Szmaragdowej Wyspie rzuciło mi się w oczy, że i tutaj zagościła moda na bezodpadowy styl życia. W marcu tego roku w mieście zagościła słynna Bea Johnson, która wygłosiła wykład na temat bezodpadowego życia w dublińskim Trinity College. W irlandzkiej stolicy pojawia się coraz więcej miejsc, gdzie na zakupy można przyjść z własnymi opakowaniami. Jednym z takich miejsc jest Hopsack w dzielnicy Rathmines. Jest to sklep ze zdrową, ekologiczną żywnością i naturalnymi kosmetykami, posiadający również swój kącik zero waste, do którego można przyjść po zakupy z własnym opakowaniem.  Absolutnym hitem w sklepie jest maszyna przetwarzająca orzechy na masło orzechowe, którym następnie napełnia przyniesiony przez klienta słoik. Można tu także przynieść do ponownego napełnienia opakowania po ekologicznych płynach do prania i innych środkach czystości.

Bezodpadowy kącik w sklepie Hopsack.
Tutaj można ponownie napełnić opakowanie po płynach do prania.
Na naszych oczach ta magiczna maszyna przerabia orzechy na świeżutkie masło orzechowe, które ląduje prosto do przyniesionym przez nas słoiku – sam proces nie wygląda zbyt zachęcająco, ale już za chwilę słój wypełni się pysznym, świeżutkim masełkiem.

 

W Hopsacku można się też zaopatrzyć w kubki wielokrotnego użytku.

Ekologiczną, zdrową żywność, często z certyfikatem Fair Trade można też zakupić w kooperatywie Dublin Food Coop zlokalizowanej w okolicach centrum, blisko słynnej katedry św. Patryka – czyli jednego z najbardziej popularnych punktów na turystycznej mapie stolicy.

Na uwagę zasługuje także mała firma o nazwie Bring Your Own, sprzedająca mąki, kasze, ryż i różnego rodzaju nasiona do opakowań przyniesionych przez klienta. Oprócz sklepu stacjonarnego w dzielnicy Drumcondra, firma ma też wędrujące stoiska pojawiające się okazjonalnie na różnego rodzaju festiwalach, świątecznych jarmarkach oraz w parkach miejskich. Daty i miejsca, w których pojawiają się takie stoiska są obwieszczane na stronie firmy na Facebooku.

Kolejnym interesującym biznesem w duchu bezodpadowym jest Minimal Waste Grocery – jest to głównie sklep online, proponujący zakupy z dostawą do domu.  Można zakupić u nich, między innymi, owoce, orzechy, przyprawy, a także produkty do sprzątania. Pierwsze zakupy przyjeżdżają do klienta w papierowych torbach, ale przy dostawie można przekazać pracownikowi firmy swoje własne pojemniki do wypełnienia przy kolejnym zamówieniu.

Jeśli chodzi o kosmetyki, to w Dublinie funkcjonują aż dwa sklepy mojej ukochanej firmy Lush. Każda wizyta w takim miejscu to dla mnie źródło dziecinnej radości – ze względu na unoszące się tam słodkie zapachy i wszechobecne, piękne kolory. W Lush zakupimy nietestowane na zwierzętach szampony w kostce, mydła, perfumy czy produkty do makijażu, a dużą część tych specyfików można spakować do funkcjonalnych pudełek wielokrotnego użytku.

Walka z marnowaniem żywności

W Dublinie działa projekt Food Waste Heroes – jest to grupa wolontariuszy, luźno powiązana z OLIO. Jeden z moich przyjaciół – Malte – jest aktywnym członkiem tej grupy. Wolontariusze porozumiewają się przy użyciu grupy na Whatsappie i w ten sposób umawiają się na ratownicze dyżury. Ich działanie polega na regularnym wieczornym odbieraniu niesprzedanego pieczywa z sieci supermarketów Dunnes. Pieczywo to jest następnie rozdawane na ulicach Dublina. Chleb i bułki trafiają do zainteresowanych przechodniów, a także do osób bezdomnych, których na ulicach miasta jest niestety coraz więcej.

Zrównoważona moda

Jak już wspomniałam, najpopularniejszymi miejscami na zakupy odzieżowe w Dublinie są wszechobecne sieciówki. Jednak na mapie miasta można znaleźć też perełki – małe sklepy, w których można zaopatrzyć się w oryginalną, świetnej jakości odzież wyprodukowaną w sposób respektujący środowisko i prawa pracowników. Moim ulubieńcem jest sklepik Scout na Temple Barze – tętniacej życiem pubowej i kulturalnej dzielnicy Dublina.  W Scoucie można zakupić irlandzki design, piękne szale, czapki, rękawiczki i koce. Sklep oferuje też spodnie, koszulki, torby i swetry z certyfikatem Flocert. Kiedy mieszkałam w Dublinie zakupiłam tu trapezowy sweter w granatowe i białe paski oraz zimową czapkę – obie rzeczy według mnie piękne i doskonałej jakości. Oczywiście, za każdą z nich musiałam zapłacić sporo więcej niż w zwykłej sieciówce, ale wiem, że są to elementy garderoby na tyle uniwersalne i porządnie wykonane, że z pewnością będą służyć mi przez długie lata.

Sweterki z certyfikatem Flocert w Scoucie.

 

W zeszłym roku zakupiłam sobie podobną czapeczkę.
W Scoucie można też kupić piękne szale i koce.
Zrównoważony transport

Chociaż uwielbiam jazdę na rowerze, mieszkając w Dublinie nigdy nie czułam się pewnie korzystając z tego środka transportu. W mieście jest bardzo niewiele ścieżek rowerowych, rowerzyści są więc zmuszeni poruszać się po jednej drodze z samochodami i autobusami. Niektórzy nie mają z tym problemu, inni (tak jak ja) czują się w takiej sytuacji co najmniej niekomfortowo. Problemy te dostrzegają członkowie organizacji Dublin Cycling Campaign, którego aktywną członkinią jest moja koleżanka Giulia. Jest to grupa wolontariuszy aktywnie działająca na rzecz poprawienia miejskiej infrastruktury, tak aby rowerzyści mogli czuć się swobodnie i bezpiecznie. Wśród członków organizacji są eksperci od transportu i planowania miejskiego, a także po prostu ludzie, którzy chcą żyć w mieście przyjaznym rowerzystom. Grupa promuje rower jako zrównoważony środek transportu, organizuje warsztaty i wydarzenia, wnioskuje w Radzie Miasta o tworzenie odpowiedniej dla rowerzystów infrastruktury (rowery miejskie czy ścieżki rowerowe). Są też obecni jako jedna z formacji biorących udział w corocznej paradzie św. Patryka.

Wegańska i wegetariańska kuchnia

Irlandczycy są wielkimi pasjonatami kuchni mięsnej (i raczej niezbyt zdrowej), niemniej w Dublinie znajdziecie sporo interesujących miejsc z kuchnią wegańską i wegetariańską. Moim niekwestionowanym numerem jeden na liście jest Sova Vegan Butcher – przytulna, klimatyczna knajpka prowadzona – notabene – przez Polaków. Serwowane przez nich dania w niczym nie przypominają bezkształtnej warzywnej papki oferowanej przez wiele innych jadłodajni w kategorii „wegańskie/wegetariańskie”. Wręcz przeciwnie – każde danie w Sovie to małe dzieło sztuki. Skosztujecie tam między innymi placków ziemniaczano-kalafiorowych w sosie szafranowo-grzybowym z dodatkiem tartego, wędzonego tofu lub roladę z „indyka” (w tym przypadku rolę „indyka” gra seitan) nadziewaną żurawiną i szałwią, podawaną w rozmarynowym sosie, z brukselkami i pasternakowym puree. Zdjęcia niektórych dań możecie obejrzeć tutaj.

Więcej na ten temat:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak to się robi w Budapeszcie?

W zeszłym tygodniu miałam okazję spędzić kilka dni w Budapeszcie. Była to dla mnie czwarta już wizyta w węgierskiej stolicy i za każdym razem robi ona na mnie to samo piorunujące wrażenie. Jak dla mnie jest to miasto, które ilością ciekawych miejsc do zwiedzenia może się równać z najsłynniejszymi stolicami zachodnioeuropejskimi, typu Rzym czy Paryż. O tym jednak, co zwiedzać w Budapeszcie poczytacie  w każdym przewodniku turystycznym czy na setkach stron internetowych poświęconych temu miastu. Ponieważ jednak jest to blog ekologiczny, chciałabym przedstawić Wam mój własny, mały, subiektywny przewodnik po miejscach, które w jakiś sposób angażują się w działania przyjazne środowisku. Może też je kiedyś odwiedzicie?

Jednocześnie będzie to pierwszy wpis z cyklu „Jak to się robi w…”, w którym co jakiś czas będę publikować wpisy dotyczące ekologicznych inicjatyw w odwiedzanych przeze mnie miastach europejskich (i mam nadzieję, że nie tylko). Zapraszam na małą fotorelację!

Printa

Adres: Budapest, Rumbach Sebestyén u. 10, 1075 Węgry

Printa to sklep z odzieżą i designem pochodzącymi w większości z upcycklingu, produkowaną na miejscu, na zapleczu sklepu przez lokalnych artystów. Znajdziecie tu oryginalne, piękne ubrania i akcesoria, a także artykuły dekoracyjne i wyposażenie domów. Ubrania i dodatki, które znajdziecie w sklepie powstają z materiałów pozyskanych w second handach, a także, między innymi ze starego sprzętu używanego przez wojsko czy marynarzy. Nie brzmi zachęcająco? Sami zobaczcie, co można w ten sposób stworzyć!

Torebki, które tu widzicie zostały zrobione z kupionych w lumpeksach starych skórzanych kurtek i płaszczy.

 

Te oversize’owe płaszcze zostały wykonane z kocy używanych przez wojsko.
A tak wyglądają plecaki uszyte z materiału, który w poprzednim życiu służył jako… żagiel.
Koszulka z bawełny pochodzącej z recycklingu oraz z… plastikowych butelek.
Na terenie sklepu znajduje się też mała wystawa poświęcona tematyce zero waste i dział z przyjaznymi środowisku akcesoriami domowymi.

 

Można tu zakupić między innymi takie oto pojemniki na żywność wykonane ze starych butelek po winie. A że akurat Węgry to winiarska potęga, to na brak materiałów artyści z Printy na pewno nie mogą narzekać.
A oto, gdzie powstaje dostępny w sklepie towar. Zaplecze sklepu jest jednocześnie miejscem produkcji.
Prezent

Adres: Dobrentei utca 16., Budapeszt 1013, Węgry

W jednej z uliczek w okolicy słynnego Wzgórza Zamkowego, znajduje się niewielki sklep z odzieżą i lokalnym designem. Dostaniecie tutaj ubrania wykonane z organicznej bawełny z certyfikatem GOTS, wykonane przez lokalne, węgierskie zakłady produkcyjne. Widzieliśmy tu wspaniałe plecaki, bluzy, koszulki, czapki, szaliki i wiele innych świetnej jakości akcesoriów. Prezent to także miejsce dla tych, którzy mają dość kiczowatych pamiątek made in China i chcieliby kupić coś bardziej trwałego, przydatnego i gustownego. Dostaniecie tu między innymi oryginalne pocztówki i stylowe grafiki do powieszenia na ścianie, wykonane na papierze pochodzącym z recyklingu.

Zwiedzając okolice przepięknego Wzgórza Zamkowego, bez trudu znajdziecie ten mały, przytulny sklepik. Poznacie go po takim o to szyldzie!
Bluza wyprodukowana na Węgrzech z certyfikowanej bawełny GOTS.
Ekologiczny design w Prezencie
…i jeszcze kilka akcesoriów.
Restauracje Napfenyes

Adresy:

1) Ferenciek tere 2 , Budapeszt, Węgry 1053

2) 1077, Rózsa u. 39

Madziarska kuchnia jest chyba jedną z najciekawszych i najsmaczniejszych w Europie. Słynie z treściwych zup i sosów, często doprawianych papryką, no i oczywiście ze świetnego wina. Niestety, większość węgierskich narodowych potraw bazuje na mięsie. Co więc mają zrobić wegetarianie odwiedzający węgierską stolicę? Dla nas odpowiedzią na to pytanie okazała się restauracja Napfeneyes. Podczas naszego pięciodniowego pobytu odwiedziliśmy ją cztery razy i nie czuliśmy potrzeby szukać czegokolwiek poza tym. W Napfenyes można spróbować specjałów kuchni węgierskiej w wersji wegańskiej. Jedliśmy między innymi wegańskie gołąbki podawane z dodatkiem kiszonej kapusty, pieczeń z seitanu serwowaną na smażonych ziemniakach z ogórkiem kiszonym i wegańską wersję węgierskiego gulaszu – z czerwonej fasoli i innych warzyw. Nie zabrakło też dań charakterystycznych dla kuchni innych krajów: można zjeść tam pizzę, falafel czy słynną francuską zupę cebulową. Wszystkie dania są bardzo sycące i naprawdę pyszne. W restauracji znajdziecie też wybór słodkości – tradycyjne węgierskie czy austriackie torty, ciasta i wiele innych – wszystko w wersji wegańskiej.

Uliczne obserwacje…
Na Wzgórzu Zamkowym i w jego okolicach znajdziecie takie oto źródełka z wodą pitną – możecie napełnić nią Wasze wielorazowe butelki czy bidony. Ich lokalizacja podana jest na mapach turystycznych wywieszonych w kilku kluczowych miejscach na Wzgórzu.
To chyba też upcykling? Stare zdezelowane pianino otrzymało drugie życie w postaci grządki kwiatowej.

 

Więcej na ten temat:

 

 

 

 

 

101 sposobów na niemarnowanie żywności. Recenzja książki Anny Pitt.

„Leftover pie. 101 ways to reduce your food waste.” to wydawnicza świeżynka. Książka ukazała się na początku września tego roku i jest to pozycja poświęcona w całości problemowi marnowania jedzenia. Jej autorka – Anna Pitt – to dziennikarka i działaczka ekologiczna, wspierająca między innymi działania OLIO.

Dlaczego marnujemy?

Wbrew temu, co może sugerować tytuł nie jest to książka kucharska – choć faktycznie zawiera 101 przepisów kulinarnych. W rzeczywistości jest to prawdziwe kompendium wiedzy na temat marnowania żywności i skarbnica pomysłów na to, jak temu zjawisku przeciwdziałać. Autorka zaczyna od liczb i statystyk pokazujących, ile nadającej się do spożycia żywności marnuje się każdego roku – ze szczególnym uwzględnieniem jej ojczyzny, czyli Wielkiej Brytanii. Przygląda się problemowi z perspektywy historycznej: nasi dziadkowie i pradziadkowie, spośród których wielu przyszło żyć w trudniejszych od naszych czasach traktowali jedzenie z wielkim szacunkiem i starali się optymalnie wykorzystać każdą część rośliny czy zwierzęcia, które trafiały do ich kuchni. Natomiast my postrzegamy żywność jako coś oczywistego – przecież w każdej chwili możemy pojechać do supermarketu i kupić, co tylko nam się zamarzy. To, że może jej kiedyś zabraknąć, nie mieści nam się w głowach. Jak doszło do takich zmian w sposobie myślenia? Anna Pitt wnikliwie analizuje ten problem, omawiając między innymi zmiany w modelu rolnictwa, wpływ rozwoju technologii na produkcję żywności, a także standardy estetyczne i – niejednokrotnie absurdalne -przepisy z nimi związane.

Autorka cytuje m.in. swoją babcię:

„Wiesz, co o tym myślę? W dużej mierze winę ponosi tu nasze pokolenie. Przeżyliśmy wojnę i mieliśmy tak serdecznie dość braku wszystkiego, wiecznego oszczędzania i wydzielania racji żywnościowych. Dlatego, gdy sytuacja się zmieniła, a jedzenia było znów pod dostatkiem, my zaczęliśmy je marnotrawić”*

I europejskie regulacje prawne:

„Rozporządzenie Komisji EWG numer 1677/88 z 15 czerwca 1988 mówi, że ogórki Klasy Ekstra i Klasy I muszą być dobrze wykształcone i praktycznie proste (o maksymalnej wysokości łuku 10 mm na każde 10 cm długości ogórka).”

„Ogórki lekko zakrzywione mogą mieć maksymalną wysokość łuku 20 mm na każde 10 cm długości ogórka.”

Jak ratować żywność?

Autorka nie poprzestaje jednak na dziwnych czy przygnębiających danych i po tej analizie prezentuje cały wachlarz sposobów na walkę z marnotrawstwem.  Sugeruje, jak z wyprzedzeniem planować posiłki, radzi, jak i gdzie kupować żywność, zwraca uwagę na znaczenie żywności lokalnej i sezonowej. Dzieli się ciekawymi sposobami na przechowywanie jedzenia, w taki sposób, aby jak najdłużej zachowało świeżość. Zachęca do uprawy roślin jadalnych we własnym ogródku i na balkonie – wiadomo, że to, co sami wyhodowaliśmy będziemy darzyć większym szacunkiem. W książce znajdziemy listę ziół, które można hodować w doniczkach, wraz ze wskazówkami dotyczącymi pielęgnacji, właściwości leczniczych, a nawet informację, czy dana roślina będzie przyciągać pszczoły (kolejny ważny aspekt ekologiczny).

A co jeśli naprawdę nie jesteśmy w stanie zjeść tego, co kupiliśmy lub wyhodowaliśmy? Na to też są sposoby i w książce znajdziemy ich całe mnóstwo. Począwszy od akcji społecznych i technologii, które ułatwiają dzielenie się nadwyżką jedzenia z innymi ludźmi, poprzez domowe kompostowanie, aż po pozyskiwanie biopaliwa z rozkładającej się żywności. Autorka poświęca też część książki jedzeniu przyszłości – prezentuje alternatywne źródła pozyskiwania żywności, które być może będą musiały wziąć pod uwagę przyszłe pokolenia, chcąc zaspokoić potrzeby wciąż rosnącej populacji. Ostatnia część książki to tytułowe 101 przepisów na wykorzystanie resztek żywności czy na przykład części roślin, które zwykle lądują w koszu, choć są zupełnie jadalne i smaczne. Przepisy są pogrupowane, znajdziemy tu między innymi część poświęconą mięsom, warzywom, ziołom, słodyczom… Łatwo jest więc sięgnąć bezpośrednio do kategorii, która nas interesuje. Poznamy tu zarówno receptury stosowane przez samą autorkę, jak i kuchenne sekrety innych brytyjskich aktywistów ekologicznych, szefów kuchni czy blogerów kulinarnych.

Co nowego?

Tematyką przeciwdziałania marnowaniu żywności interesuję się już od kilku lat, zastanawiałam się więc, czy książka dostarczy mi wielu nowych informacji , czy raczej jest to pozycja dla początkujących. Rzeczywiście, autorka pisze o foodsharingu czy aplikacjach takich jak OLIO lub Too Good To Go, o których słyszałam już wcześniej. Mimo to muszę stwierdzić, że z lektury wyniosłam całe mnóstwo przydatnej wiedzy.

Oto kilka przykładów!
  1. Wskazówki dotyczące przechowywania żywności. Zainspirowana lekturą, postanowiłam wydzielić w lodówce półkę oznaczoną karteczką „Zjedz mnie najpierw”. Przeznaczę ją dla produktów, które należy zjeść w pierwszej kolejności, bo po otwarciu opakowania mogą się szybko zepsuć. Dowiedziałam się też, że mandarynki, mimo niewątpliwych walorów wizualnych, lepiej trzymać w lodówce, niż np. w dekoracyjnej misce w kuchni, źle bowiem znoszą centralne ogrzewanie. Podobnych, konkretnych informacji znajdziecie w książce o wiele więcej.
  2. Kilka ciekawych przepisów. Moją faworytką jest zupa-krem z naci rzodkiewki z kminkiem, posypana po wierzchu tartą rzodkiewką. Na zdjęciu wygląda genialnie –zajęła więc wysoką lokatę na liście przepisów do wypróbowania. Zainteresowały mnie też łodygi brokułu serwowane z hummusem jako imprezowa przystawka lub galaretka ze skórek i ogryzków jabłek, która podobno świetnie komponuje się z serami.

3. Nareszcie poznałam szczegółowe zasady funkcjonowania domowego kompostownika (takiego z dżdżownicami) oraz dowiedziałam się, jak działa wariant japoński, zwany bokashi.

4.Wreszcie – książka to prawdziwa kopalnia wiedzy na temat rozmaitych akcji społecznych, biznesów, ludzi i blogów w jakiś sposób związanych z walką z marnotrawieniem. Dowiedziałam się między innymi o Festiwalu Ratowania Dyń, który co roku odbywa się w Londynie w okresie Halloween. Odkryłam firmę Lucky Peel, która produkuje wyrafinowane słodycze i nalewki z resztek pomarańczy – czyli tego, co pozostaje, bo wyciśnięciu z nich soku. Odkryłam całe mnóstwo restauracji i kafejek bazujących tylko i wyłącznie na resztkach jedzenia. Oczywiście większość tych wspaniałych inicjatyw usytuowana jest w londyńskiej rzeczywistości. Pozostaje nam więc tylko o nich czytać, podziwiać i inspirować się. Wszystkie te znaleziska zamierzam w najbliższych miesiącach eksplorować i Wam także polecam. Zwróćcie uwagę na to, że często są to nie tylko inicjatywy ekologiczne, ale również niezłe pomysły na biznes.

Słabości?

Jak dla mnie jedyną słabością tej książki jest to, że według mnie zbyt mały nacisk kładzie na znaczenie ograniczenia produktów odzwierzęcych dla dobra planety. Poza tym, duża część przepisów nie wpasowała się mój gust – sporo z nich reprezentuje dość ciężką brytyjską kuchnię, która nie należy do moich ulubionych. Jednak, jak już pisałam wcześniej, udało mi się znaleźć kilka kulinarnych perełek, które wzbudziły moją ciekawość i na pewno chciałabym z nich wkrótce skorzystać. Myślę, że podobnie jak ja, właściwie każdy powinien tu znaleźć przynajmniej kilka przepisów zgodnych ze swoimi preferencjami kulinarnymi.

Dla kogo lektura?

Moim zdaniem dla większości osób! Książka jest napisana prostym, przystępnym językiem, pełna anegdot i osobistych doświadczeń dziennikarki. Będzie to więc przyjemna lektura, dzięki której osoby, dotąd niezainteresowane kwestią marnowania jedzenia, spojrzą na żywność z zupełnie innej perspektywy. Ta pozycja na pewno otworzy im oczy na pewne sprawy, pozwoli krytycznie spojrzeć na własne nawyki i dostarczy wielu praktycznych wskazówek osobom chcącym coś zmienić. Także czytelnicy nie od dziś obeznani ze sprawą znajdą coś dla siebie. Autorka potraktowała temat na tyle wieloaspektowo, że każdy będzie w stanie poznać jakąś dziedzinę czy rozwiązanie, o których wcześniej nie słyszał. Ponadto, książka jest też bardzo ładnie wydana – zawiera sporo ilustracji i zdjęć, które czynią ją atrakcyjną również wizualnie. Może to pomysł na prezent dla kogoś w Twoim otoczeniu?

Więcej na temat

 

*książka nie ma na razie polskiej wersji językowej. Cytaty przytoczone w tym artykule to moje tłumaczenie, zupełnie nieoficjalne i niezobowiązujące 🙂

4 aplikacje na telefon, które pomogą Ci w etycznych zakupach – i nie tylko!

Czy Twój smartfon może pomóc Ci podejmować dobre decyzje w kwestii odpowiedzialnych i ekologicznych zakupów? Jak najbardziej! Wystarczy, że zainstalujesz odpowiednie aplikacje. Chciałabym dziś napisać o czterech ciekawych wynalazkach, które na pewno przydadzą się wszystkim świadomym konsumentom. Oczywiście, każdy z nich ma zarówno zalety, jak i wady, ale myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie, a zainstalowanie przynajmniej jednej z aplikacji to krok w dobrą stronę, czyli w kierunku bardziej przemyślanych zakupów.

Good on You

W ostatnich latach dużo mówi się o fatalnych warunkach pracy osób w fabrykach odzieży w państwach azjatyckich. Szczególnie głośno na ten temat zrobiło się po tragicznej w skutkach katastrofie budowlanej w kompleksie Rana Plaza w Bangladeszu, gdzie wytwarzano odzież popularnych w zachodnich krajach marek. Jest coraz więcej osób, którym przeszkadza fakt, że noszone przez nich ubrania wyprodukowano kosztem cierpienia innych ludzi. Takie osoby chciałyby kupować bardziej odpowiedzialnie, nie zawsze jednak wiedzą, gdzie szukać informacji. W tej sytuacji, z pomocą przychodzi stworzona w Australii aplikacja „Good On You”. Jak to działa? Wystarczy wpisać nazwę marki odzieżowej, aby sprawdzić, gdzie plasuje się w pięciopunktowym rankingu.

Najwyższa możliwa ocena to „Great” (czyli świetna – pięć punktów), najniższa -„We avoid” (czyli „unikamy” – jeden punkt). Przy ewaluacji brane są pod uwagę trzy aspekty:

  • ludzie – czyli w jakich warunkach pracują osoby zatrudnione przy produkcji odzieży.
  • środowisko – czyli to, jak dana firma używa zasobów naturalnych, jej wpływ na wodę i powietrze, emisje węglowe oraz użycie chemikaliów.
  • zwierzęta – czyli kwestia tego, czy i w jaki sposób dana marka wykorzystuje produkty pochodzenia zwierzęcego: futra, wełnę, skórę (również od egzotycznych, zagrożonych zwierząt).

Oprócz ogólnej oceny, można też poznać szczegółowy opis działalności danej firmy i dowiedzieć się, które aspekty ewentualnie budzą wątpliwości.

Byłam ciekawa, na jakiej podstawie tworzone są dostępne w aplikacji rankingi, wysłałam więc maila z zapytaniem do organizacji, która ją tworzy. Oto odpowiedź, którą otrzymałam:

„Nasze rankingi bazują na trzech głównych źródłach informacji:

  • Certyfikatach i akredytacjach, takich jak Fairtrade, Global Organic Textile Standard, Ethical Clothing Australia, Fairwear i innych.
  • Badaniach prowadzonych przez organizacje pozarządowe: Rank A Brand, Greenpeace, Shop Ethical i Baptist World Aid.
  • Opublikowanych i ogólnodostępnych, rzetelnych informacjach widocznych na stronach internetowych firmy i w innych miejscach w sieci. Chodzi szczególnie o deklaracje, z których firma może być rozliczana przez konsumentów, inwestorów czy ustawodawców. Bierzemy pod uwagę między innymi zobowiązanie do nieużywania futra lub monitorowanie wpływu na zmiany klimatyczne. Więcej można przeczytać tutaj.

Dzięki aplikacji poznacie oceny większości znanych sieciówek – niestety trudno tu znaleźć dane na temat mniejszych, lokalnych firm. Jeśli Waszej ulubionej marki nie ma w rankingu, możecie zasugerować jej dodanie – jednak zbadanie jej działalności może zająć trochę czasu.

„Good On You” ma także stronę internetową, gdzie znajdziecie ciekawe artykuły związane z etyczną modą. Ja zapisałam się na newslettera i regularnie otrzymuję informacje o nowinkach.

TOO GOOD TO GO

To kolejna po OLIO aplikacja, której zadaniem jest walka z marnowaniem żywności. Dzięki niej, kawiarnie i restauracje mogą informować użytkowników o nadwyżkach jedzenia, których nie udało się sprzedać w ciągu dnia. Klienci natomiast mogą je zakupić po znacznie obniżonej cenie. Wystarczy zamówić przy użyciu aplikacji interesujące nas danie i odebrać w restauracji/kawiarni w wyznaczonym okienku czasowym. Jest to układ korzystny dla wszystkich: klienci oszczędzają pieniądze, a lokale zyskują dodatkowy zarobek, sprzedając posiłki, które w przeciwnym razie musiałyby wylądować w koszu. Wady? Aplikacja jest na razie dostępna jedynie w Wielkiej Brytanii. Stwierdziłam jednak, że warto o niej wspomnieć, bo, jak wiadomo, nasz naród jest na Wyspach licznie reprezentowany. Poza tym, strona Too Good To Go ma już niemiecką, francuską i norweską wersję językową, co może oznaczać, że wkrótce zacznie się pojawiać także w innych europejskich krajach.

Aplikacja Too Good To Go
Źródło zdjęcia: http://toogoodtogo.co.uk/press/
Odbieranie posiłku zdobytego dzięki Too Good To Go. Zdjęcie pochodzi ze strony: http://toogoodtogo.co.uk/press/

Bunny FreE i Leaping BUNNY (CRUELTY FREE)

To aplikacje, dzięki którym sprawdzisz, czy kosmetyki lub produkty do sprzątania były testowane na zwierzętach. Bunny Free to aplikacja stworzona przez PETA, natomiast Leaping Bunny to narzędzie oferowane przez organizację Cruelty Free International oraz jej partnerów w Kanadzie i USA. Zainstalowałam obie aplikacje i oto co o nich myślę:

W mojej opinii Bunny Free jest bardziej przyjazna użytkownikowi, atrakcyjne wizualnie, a informacje prezentuje w bardziej klarowny sposób. Można wyszukać w niej firmy według kategorii: nie testują na zwierzętach (oznaczone logo z króliczkiem) i testują (oznaczone czarnym trójkątem z wykrzyknikiem). Można też zastosować bardziej szczegółowy filtr: istnieje na przykład kategoria: „Working for regulatory change” – oznacza ona firmy, które testowanie na zwierzętach ograniczają do niezbędnego minimum, czyli sytuacji, w których jest to wymagane prawnie przez rząd danego kraju. Aplikacja pozwala także skanować kody kreskowe w sklepach. Skąd jednak pochodzą informacje dostępne w aplikacji? Opierają się one po prostu na deklaracjach firm, które oświadczają, że nie przeprowadzają testów na zwierzętach. Muszą też wypełnić i odesłać krótki kwestionariusz. Oczywiście, firmy składające fałszywe deklaracje ryzykują ogromne straty wizerunkowe w przypadku wycieku informacji o prowadzeniu testów na zwierzętach. Jednak sama deklaracja może wydawać się niewystarczająca jako źródło wiedzy o praktykach firmy.

 

Leaping Bunny jest trochę bardziej toporna w obsłudze (przynajmniej w tej wersji, której używam, czyli dla Androida). Można dzięki niej znaleźć listę firm, które nie testują na zwierzętach, natomiast nie dowiemy się, które marki takie testy prowadzą. Jednak z informacji dostępnych na stronie Cruelty Free International wynika, że marka aspirująca do otrzymania certyfikatu Leaping Bunny musi spełnić szereg bardzo ściśle określonych warunków, między innymi wdrożyć procedury monitorujące praktyki ich dostawców oraz zgodzić się na niezależny audyt weryfikujący zgodność deklaracji z rzeczywistością (więcej tutaj). Dlatego jeśli wybrana przez nas marka wyświetli się w aplikacji Leaping Bunny, możemy być pewni, że została naprawdę bardzo rzetelnie sprawdzona.

 

Więcej na ten temat:

 

Jak działają polskie Jadłodzielnie? Czyli co zrobić z nadmiarem jedzenia.

Nadal mamy lato – czas wesel, wakacyjnych wyjazdów oraz zbiorów owoców i warzyw. Czyli sytuacji, w których często zostajemy z nadwyżką żywności. Jak wiadomo, marnowanie jedzenia idzie naszemu gatunkowi naprawdę świetnie (dla przypomnienia, trochę liczb tutaj), więc duża część wyżej wymienionych produktów ląduje w koszu. Co jednak, jeśli chcemy uszanować pracę i zasoby naturalne włożone w ich wytworzenie? Wiadomo – wypadałoby się z kimś podzielić. Na szczęście, jest na to kilka sposobów. Ostatnio pisałam o OLIO – aplikacji wciąż w naszym kraju dość niszowej. Dziś natomiast chciałabym napisać o kolejnym rozwiązaniu, którym są Jadłodzielnie. Idea ta w Polsce trafiła najwyraźniej na podatny grunt, pojawia się ich bowiem coraz więcej.

Co to jest Jadłodzielnia?

To po prostu lodówka lub szafka postawiona w miejscu ogólnie dostępnym (uczelnia, zakład pracy, kawiarnia), gdzie ludzie mogą zostawiać żywność, której mają w nadmiarze. A także częstować się tym, co pozostawili inni.

Ostatnio miałam okazję rozmawiać z Panią Karoliną Hansen, inicjatorką polskiego ruchu foodsharingu i założycielką pierwszej Jadłodzielni w naszym kraju. Pani Karolina odpowiedziała na moje pytanie związane z tą inicjatywą. Oto, czego udało mi się dowiedzieć:

  • Pierwsza Jadłodzielnia powstała w Polsce ponad rok temu na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego i od tej pory pojawiło się ich już 19 (8 w Warszawie i 11 w innych miastach). Chcesz sprawdzić, czy Twoje miasto ma już Jadłodzielnię? Pełna lista znajduje się tutaj.
  • Do Jadłodzielni można właściwie przynieść każdy rodzaj jedzenia. Oczywiście musi nadawać się do spożycia – przynoś tylko to, co sam mógłbyś bez problemu zjeść. Wyjątek stanowią produkty zawierające surowe jajka,mięso i niepasteryzowane mleko. Nie wolno też przynosić alkoholu. Na opakowaniu powinna znajdować się informacja o terminie przydatności lub dacie wyprodukowania (w przypadku domowych przetworów i dań). Oczywiście należy kierować się zdrowym rozsądkiem – część Jadłodzielni to po prostu szafki, a nie lodówki i część produktów się do nich nie nada, zwłaszcza w upalne dni.

    Oto kolorowa i radosna Jadłodzielnia na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, ul. Karowa 18, godziny otwarcia: 8-21
Kto odpowiada za funkcjonowanie Jadłodzielni?
  • Każda Jadłodzielnia ma swojego opiekuna – jest to przeważnie osoba, która zainicjowała jej powstanie. Na przykład, Pani Karolina Hansen opiekuje się Jadłodzielnią na Wydziale Psychologii UW, który jest jej miejscem pracy. Zadaniem opiekuna jest codzienne zaglądanie do Jadłodzielni, kontrolowanie stanu produktów, porządkowanie i ewentualne usuwanie zepsutej żywności
  • Powstanie Jadłodzielni może zainicjować każdy! Byłam zdziwiona, jak niewielu formalności wymaga ten proces. Wystarczy znaleźć miejsce (najlepiej takie, w którym regularnie bywamy) i uzgodnić założenie Jadłodzielni z osobą lub instytucją, która nim administruje. W przypadku Pani Karoliny była to kwestia uzyskania zgody ze strony władz Wydziału. Następnie trzeba zorganizować szafkę lub lodówkę – pochodzą one głównie od prywatnych darczyńców, którzy akurat chcą wymienić domowy sprzęt na lepszy model.

    Jadłodzielnia na Bazarze Lotników w Warszawie, Pawilon 83 A, otwarte pon-pt 7-19, sob 8-14
Oto jedna z lodówek na Bazarze Lotników. Jest jeszcze druga, mniejsza oraz kilka szafek. Na ścianach znajdziemy instrukcje, jak korzystać z Jadłodzielni.
Kto z tego korzysta?
  • Produktami z Jadłodzielni mogą częstować się wszyscy! Nie tylko osoby ubogie czy bezdomne, ale również każdy, kto akurat jest głodny albo potrzebuje produktu, który ktoś zostawił w Jadłodzielni. Chodzi przede wszystkim o to, żeby jedzenie się nie marnowało. Zastanawiałam się, jak to wygląda w praktyce. Czy ludzie nie krępują się częstować rzeczami pozostawionymi przez innych lub nie mają obaw związanych z kwestiami sanitarnymi? Pani Karolina potwierdziła jednak, że Jadłodzielnie cieszą się dużą popularnością. Zostawiona w nich żywność bardzo szybko znika i jedynie sporadycznie zdarza się, że coś trzeba wyrzucić. Z Jadłodzielni na Wydziale Psychologii korzystają zarówno studenci i wykładowcy uczelni, jak i osoby z zewnątrz.

    A tak wygląda Jadłodzielnia przy kawiarni Stół Powszechny (budynek Teatru Powszechnego) przy ul. Zamoyskiego w Warszawie.
Jak się zaangażować?

Osoby, którym przeszkadza marnowanie żywności i chciałyby coś zmienić, mogą zaangażować się na kilka sposobów:

  • ratowanie żywności – każdy z nas może zostać wolontariuszem, który odbiera żywność z restauracji lub sklepów i przewozi je do Jadłodzielni. Żeby zgłosić się, należy wysłać maila na adres: warszawa@foodsharing.pl lub śledzić stronę na Facebooku – tam na bieżąco pojawiają się informacje o tym, gdzie znajduje się jedzenie do uratowania.
  • otworzenie nowej Jadłodzielni – na przykład na uczelni lub w miejscu pracy
  • promowanie idei dzielenia się wśród znajomych i rodziny
  • dostarczanie własnych nadwyżek żywności do najbliższej Jadłodzielni (jeśli zostawiasz coś w Jadłodzielni, zrób zdjęcie i powiadom o tym na Facebooku albo użyj OLIO – w ten sposób dotrzesz z informacją do większej ilości osób)
Nie tylko w Polsce…

Idea dzielenia się jedzeniem w ten sposób przywędrowała do nas z Niemiec, obecna jest też w innych krajach europejskich np. w Luksemburgu, Austrii i Holandii. Dzięki platformie foodsharing.de ludzie i firmy mogą informować o posiadanych nadwyżkach jedzenia, które następnie są rozprowadzane przez wolontariuszy. Chcesz zlokalizować taką inicjatywę w innym kraju? Zapraszam tutaj.

Więcej na ten temat:

Strona Jadłodzielni w Zielonej Górze: https://www.facebook.com/jadlodzielnia/

A tutaj o Jadłodzielni w Bydgoszczy: http://www.bydgoszcz.pl/aktualnosci/tresc/podziel-sie-jedzeniem-pierwsza-jadlodzielni/

I kolejna… tym razem w Grudziądzu: http://www.pomorska.pl/wiadomosci/grudziadz/g/ruszyla-jadlodzielnia-pierwsza-w-grudziadzu-zdjecia,11873268,22990254/

 

 

 

 

 

 

OLIO – rewolucyjna aplikacja!

Chcesz zrobić coś sensownego z nadprogramowym jedzeniem? Narzekasz na brak znajomości w najbliższym sąsiedztwie? Zainstaluj OLIO!

Jakiś czas temu, na stronie BBC natknęłam się na ciekawy artykuł na temat darmowej aplikacji OLIO. Służy ona do dzielenia się jedzeniem z ludźmi żyjącymi w tej samej okolicy, a przy okazji – poznawania się nawzajem i budowania sąsiedzkich więzi! Jej pomysłodawczyniami są Brytyjka Tessa Cook i Amerykanka Saasha Celestial-One. Aplikacja jest dostępna od 2016 roku i od tej pory przyciągnęła ok.110 tysięcy użytkowników oraz umożliwiła wymianę 150 tysięcy produktów żywnościowych. W przeliczeniu, 30 ton jedzenia i 70 tysięcy posiłków!

Z wynalazku mogą korzystać zarówno osoby prywatne, jak i lokale gastronomiczne i jest on dostępny właściwie na całym świecie. Jednak nie wszędzie jest jeszcze dobrze znany. Zdaje się, że najwięcej korzystają z niej mieszkańcy Wielkiej Brytanii oraz krajów skandynawskich. Kiedy przeglądam OLIO przebywając w Warszawie, najbliższe dostępne produkty widzę jakieś…800 km stąd. A szkoda, bo niektóre rzeczy wyglądają naprawdę apetycznie! Może gdy więcej osób dowie się o tym projekcie, uda nam się wspólnymi siłami rozkręcić go także i w Polsce (i innych krajach).

Pomysłodawczynie OLIO. Źródło: AnnabelStaffPhotography (via OLIO Press Pack)
Kiedy przydaje się OLIO?

– przeprowadzasz się i nie chcesz transportować kuchennych zapasów

– ktoś uszczęśliwił Cię produktem, którego normalnie nie kupiłbyś (bo na przykład nie jesz słodyczy lub mięsa, nie pijesz alkoholu)

– organizowałeś imprezę (np. wesele) i zostało sporo jedzenia

– wyjeżdżasz na wakacje

– masz ogród z owocami/warzywami i nie wiesz co z nimi zrobić

źródło: AnnabelStaffPhotography (OLIO press pack)
Jak to działa?

– pobierz aplikację

– wybierz odpowiednią sekcję (offering – jeśli chcesz coś oddać, wanted – jeśli poszukujesz jakiegoś produktu)

– zrób i wstaw zdjęcie (pamiętaj, żeby oddawać tylko żywność nadającą się do spożycia)

– nadaj ogłoszeniu tytuł, opisując krótko to, co masz do oddania

– określ swoją lokalizację (approximate pick-up location) i napisz kiedy chętni mogą odebrać produkt (pick-up times)

Gotowe!

Więcej na ten temat:

  1. Link do pobrania aplikacji OLIO: https://olioex.com/
  2. Artykuł na stronie BBC, z którego dowiedziałam się o OLIO (oraz innych technologiach pomagających walczyć z marnotrawieniem żywności): http://www.bbc.com/news/business-36542244
  3.  Kilka liczb związanych z marnowaniem żywności w Polsce i na świecie oraz rady i ciekawe infografiki do pobrania (np. do zawieszenia na lodówce): http://bankizywnosci.pl/pl/Strony/marnowanie-zywnosci.html