Jesienny Cieszyn i wystawa o tematyce zero waste

W ostatni weekend miałam okazję odwiedzić Cieszyn – miasto, które znam od dzieciństwa i do którego zawsze chętnie wracam. Tym razem, oprócz wizyty u cioci, miałam jeszcze jeden cel wyprawy – obejrzenie wystawy o tematyce gospodarowania odpadami, zorganizowanej na Zamku Cieszyńskim. Tytuł wystawy to „Dizajn w przestrzeni publicznej. Mamy problem?”, a jej motto stanowią słowa komisarza europejskiego Janeza Potočnika, który w 2014 roku powiedział „Nie ma już odpadów, ale są zasoby – dzisiejsze odpady to jutrzejsze kopalnie”.  W myśl tej idei, wystawa prezentuje fotografie, filmy i opisy różnego rodzaju inicjatyw i wynalazków służącym ograniczeniu liczby odpadów oraz kreatywnemu wykorzystaniu tych już wyprodukowanych. Na wystawie poznamy rozwiązania wdrożone zarówno w Polsce, jak i w innych krajach; inicjatywy małych lokalnych społeczności i zaawansowane projekty technologiczne i naukowe. Choć doniesienia ze świata nauki w kwestii wpływu ludzkiej działalności na środowisko każą widzieć przyszłość w najczarniejszych barwach, to jednak z tej wystawy wyszłam z szerokim uśmiechem, pełna podziwu dla ludzkiej inwencji.  Wystawa zajmuje niewielki obszar – tylko jedną małą salę. Mimo to, udało się tam zaprezentować tyle fascynujących pomysłów, że zwiedzałam ją z zapartym tchem, a przygotowując niniejszy wpis miałam poważny problem z decyzją, które z nich pokazać na blogu – nie mogę przecież opisać wszystkich! Po długim namyśle, wreszcie dokonałam selekcji pomysłów, które według mnie są warte szczególnej uwagi. Zapraszam na małą fotorelację – z wystawy i nie tylko.

Wchodzimy do Zamku…
Naklejki z napisami w alfabecie Braille’a powstały w ramach projektu „Segreguję – nie widzę przeszkód”. Jest to inicjatywa mająca pomóc osobom niewidomym i słabo widzącym w sortowaniu odpadów.
Projekt powstał dzięki współpracy grupy ENERIS z Fundacją na Rzecz Osób Niewidomych oraz Słabo Widzących VEGA, Polskim Związkiem Niewidomych i Towarzystwem Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Osoby potrzebujące takiego ułatwienia mogą bezpłatnie otrzymać naklejki.
Tusz produkowany ze … smogu. Używany jest do wypełniania długopisów, a także do projektów artystycznych studentów szkół sztuk pieknych.
Na pomysł pozyskiwania tuszu ze smogu wpadło w 2013 roku czterech naukowców z Cambridge. Wymyślili oni technologię o nazwie KAALINK – pozwala ona przechwycić zanieczyszczenia i przekształcić je w tusz – Air-Ink. Zebrane zanieczyszczenia są uprzednio oczyszczane z metali ciężkich i substancji rakotwórczych.
Świetna inicjatywa na naszym rodzimym podwórku! W Pile powstała tzw. Repair Cafe – czyli kafejka, w której wolontariusze – lokalne złote rączki – bezpłatnie naprawią przyniesione przedmioty. Można tam spotkać m.in. speców od komputerów, krawcową czy ostrzyciela noży.
Cegły z recyklingu. Autorami tego projektu zatytułowanego Stone Cycling są dwaj Holendrzy – Tom van Soest i Ward Massa. Stworzyli oni coś w rodzaju gigantycznego blendera, w którym można „zmielić” kłopotliwe odpady – stare umywalki, toalety, płytki łazienkowe. W ten sposób pozyskuje się materiał do produkcji cegieł.
Częściowo podziemny system składowania odpadów w Czerwionce-Leszczynach. Pozwala on na magazynowanie znacznie większej ilości odpadów (część podziemna kontenera ma 3 metry sześcienne). Gdy pojemnik jest wypełniony, elektroniczny system powiadamia o tym zarządcę, co umożliwia odbiór śmieci w optymalnym momencie.
Klimatyzator bez prądu…z plastikowych butelek. To innowacyjna, choć prosta, metoda chłodzenia domów wymyślona przez wynalazcę Ashisa Paula. Projekt ten wdrożono w Bangladeszu, gdzie temperatury bywają ekstremalnie wysokie, większość ludności mieszka w domach z blachy, zaś ulice często zalane są plastikowymi odpadami. To się nazywa strzał w dziesiątkę!
W zamkowym sklepiku, obok książek, pamiątek i lokalnego designu, na czas wystawy utworzono stoisko o tematyce ekologicznej.

Jeśli chcecie poznać więcej pomysłów, a do Cieszyna nie macie daleko, zachęcam do obejrzenia tej tematycznej ekspozycji.  Wystawa niestety trwa już tylko do 22 października – może jeszcze uda Wam się załapać. Jeśli nie zdążycie jej zobaczyć, to sam Cieszyn także jest wart uwagi. Przekonajcie się sami!

Magia Cieszyna

To malownicze miasteczko położone nad Olzą (lewobrzeżna część należy już do Czech) mimo niewielkich rozmiarów może poszczycić się bogatym życiem kulturalnym – odbywają się tu liczne koncerty, festiwale, konferencje, wystawy i sztuki teatralne. Znajdziecie tu sporo urokliwych restauracji i kawiarni, napijecie się piwa z Browaru Zamkowego i znajdziecie wiele miejsc na długie spacery, w czasie których możecie podziwiać panoramę miasta, klimatyczną Starówkę czy pasma pobliskiego Beskidu. Czas płynie tu wolniej niż w dużych miastach, zachęcając do leniwego kontemplowania rzeczywistości – być może to wpływ bliskości przyrody i zrelaksowanego sposobu bycia naszych południowych sąsiadów.

Widok na jesienny Cieszyn ze Wzgórza Zamkowego.
Romańska rotunda św. Mikołaja. Jeśli macie przy sobie banknot 20-złotowy, przyjrzyjcie się mu dokładnie. Poznajecie?
Kornel i Przyjaciele. Przytulna księgarnio-kawiarnia na cieszyńskiej Starówce. Nazwa to ukłon w stronę pisarza Kornela Filipowicza.
Cieszyńska Wenecja – domy i knajpki usytuowane wzdłuż kanału. Warto przyjść tu też wiosną, w okresie kwitnienia magnolii.
Nad Olzą…
Jesienny Cieszyn zachęca do długich spacerów.
Więcej na ten temat:

 

WWOOF, czyli wolontariat na organicznej farmie

Na początku tego roku miałam (prawdopodobnie) niepowtarzalną okazję podróżować przez 3 miesiące po Ameryce Południowej (więcej można przeczytać tutaj). Oczywiście, cała podróż była niezapomnianym przeżyciem, ale myślę, że na szczególną uwagę zasługuje 2-tygodniowy wolontariat na organicznej farmie w Argentynie, w regionie Mendoza, w ramach organizacji WWOOF. Chcecie dowiedzieć się, jak to działa? Zapraszam do lektury!

Co to jest WWOOF?

WWOOF – World Wide Opportunities on Organic Farms to sieć organizacji krajowych, która umożliwia kontakt właścicieli farm organicznych i osób zainteresowanych wolontariatem na takiej farmie.  Lokalne organizacje WWOOF istnieją w większości krajów świata. Każde państwo ma oddzielną stronę internetową, na której można znaleźć oferty wolontariatu. Za dostęp do bazy danych należy uiścić jednorazową opłatę – w przypadku Argentyny było to 30 EUR, ale ceny w poszczególnych krajach mogą się lekko różnić. Po dokonaniu wpłaty otrzymuje się drogą mailową listę zarejestrowanych farm w danym kraju. Lista zawiera dokładny opis farmy, lokalizację, informacje o właścicielach i pracach, jakie wykonują na farmie. A także dane kontaktowe do gospodarzy. Czasem można też obejrzeć zdjęcia z danego miejsca.

WWOOF nie pośredniczy już w dalszym kontakcie, należy wysłać maila lub zadzwonić bezpośrednio do właścicieli farmy i umówić się z nimi na pobyt. Niektórzy właściciele określają minimalną długość pobytu, inni są dość elastyczni. Tak też było w naszym przypadku – chcieliśmy przebywać na farmie nie dłużej niż 2 tygodnie i nie było z tym żadnego problemu. Właściciele farmy zapewniają wolontariuszom wyżywienie i zakwaterowanie na czas pobytu w zamian za pomoc w pracy w gospodarstwie. Nam zależało bardzo, żeby znaleźć farmę w Mendozie, która słynie z produkcji wina. Mieliśmy nadzieję pozwiedzać przy tej okazji miejscowe winnice i spróbować trochę lokalnego winka.

Winnica w Mendozie. Zdjęcie: makeitabetterplace
Dlaczego zdecydowaliśmy się na WWOOF?

Były dwa główne powody. Po pierwsze – podróżując przez kilka miesięcy, trzeba uważać, żeby nie przekroczyć pewnego budżetu. Chcieliśmy odwiedzić Mendozę, a WWOOF wydał nam się świetną opcją, żeby oszczędzić na zakwaterowaniu i noclegu. Po drugie – chcieliśmy spędzić trochę czasu w niekonwencjonalny sposób. Oprócz typowo turystycznych miejsc, mieliśmy ochotę odwiedzić jakieś mało znane, prowincjonalne miasteczko, gdzie ludzie żyją własnym rytmem, niezakłócanym przez najazdy turystów. I od podszewki poznać życie argentyńskiej rodziny.

Nasz wolontariat w Mendozie

Z tym mało znanym miejscem nam się udało. Trafiliśmy do miejscowości General Alvear, która nie słynie z żadnych atrakcji turystycznych (poza tym, że leży w sercu słynnego regionu winiarskiego). Liczba mieszkańców to 30 tysięcy, a najbliższe większe miasto to San Rafael, oddalone o ok.100 km.

Na miejscu spodziewaliśmy się zastać starych, doświadczonych farmerów. Nic bardziej mylnego. Powitał nas 31-letni Carlos, jego 25-letnia żona Ayelen oraz ich 9-miesięczna córeczka Aneley (swoją drogą chyba najbardziej urocze, bezproblemowe dziecko, jakie zdarzyło nam się spotkać). Jeszcze do niedawna Carlos pracował w jednej z fabryk w prowincji Buenos Aires, marzył mu się jednak zupełnie inny styl życia. Dlatego kupił kawałek ziemi w General Alvear, gdzie mieszkali już jego teściowie oraz brat Ayelen z żoną i dzieckiem.  Na tym kawałku ziemi postawił z pomocą przyjaciół małą chatkę i założył farmę. Choć w tym przypadku farma to za dużo słowo. Jest to po prostu niewielki ogród, w którym Carlos i Ayelen hodują owoce, warzywa i zioła, służące wyłącznie do ich własnego użytku, nie na sprzedaż. Mają też 6 kur, które hodują wyłącznie dla jajek, nie dla mięsa, są bowiem wegetarianami.  Dzięki ogrodowi, jego właściciele są właściwie samowystarczalni. 80% produktów, które lądują na ich stole pochodzi z ich własnej uprawy. Czasem wymieniają się też z sąsiadami hodującymi inne rośliny. W sklepie zaopatrują się jedynie w chleb, mąkę, kasze, makaron i tym podobne artykuły.  I wino, które w tym regionie jest bardzo tanie.  A skąd pieniądze na zakupy, skoro farma nie przynosi zysków? Oprócz uprawy ogrodu, nasi gospodarze trudnią się też rękodziełem – produkują biżuterię i naczynia, głównie do picia yerby mate. Swoje produkty sprzedają później na lokalnych targach, głównie w sezonie letnim.

Pierścionki produkowane ręcznie przez Ayelen i Carlosa. Zdjęcie: makeitabetterplace
Na czym polegała praca?

Naszym głównym zadaniem było przygotowanie ogródka zimowego. Carlos wyznaczył nam kawałek ziemi porośnięty trawą, który mieliśmy przekopać i usunąć trawę i chwasty, tak żeby w przyszłości można tam było sadzić warzywa. Niby nic wielkiego, ale trzeba wziąć pod uwagę fakt, że nasz pobyt na farmie wypadł w lutym – czyli w środku upalnego lata. W tym czasie temperatury w Mendozie sięgają prawie 40 stopni Celsjusza. Praca w ogrodzie była więc możliwa jedynie wcześnie rano lub wieczorem. Tak naprawdę tylko od nas zależało, kiedy i przez ile czasu będziemy pracować. Carlos w ogóle nas nie kontrolował ani nie wydawał żadnych poleceń. To bardziej nam zależało, żeby nasz krótki pobyt przyniósł gospodarzom jakieś korzyści. Dlatego staraliśmy się wstawać dość wcześnie i zaczynaliśmy pracę, kiedy nasi gospodarze jeszcze smacznie spali.

Jeśli chodzi o pozostałe zajęcia, to od czasu do czasu mieliśmy coś ugotować lub pomagaliśmy Carlosowi i Ayelen w produkcji ich rękodzieła.

Oprócz nas na farmie było kilkoro innych wolontariuszy: Niemka, Amerykanka i para Francuzów z psem. Każdy miał własny przydział zadań. Podczas gdy my kopaliśmy w ogródku, pozostali sadzili roślinki, gotowali, pracowali przy budowie suchej toalety lub karmili kury.

A tak wyglądał teren, na którym pracowaliśmy. Zdjęcie: makeitabetterplace
Czy WWOOF to tylko praca?

Absolutnie nie! W ciągu tych dwóch tygodni spędzonych na farmie mieliśmy sporo czasu wolnego. Zwiedziliśmy między innymi małą lokalną winnicę „Cavas del Artesano”, po której oprowadzili nas przemili pracownicy. Zorganizowali dla nas darmową degustację kilku rodzajów wina, a później odwieźli nas z powrotem do centrum miasta. Co bardzo doceniliśmy, bo nie mieliśmy najmniejszej ochoty na 5-kilometrowy spacer w najgorszym upale.

Bodega „Cavas del Artesano”
Zdjęcie: makeitabetterplace
Degustacja wina w „Cavas del artesano”
Zdjęcie: makeitabetterplace

Przede wszystkim jednak WWOOF to spotkania z ludźmi. Spędziliśmy bardzo wiele czasu z naszymi gospodarzami, ich rodzicami, rodzeństwem, dziećmi. Bardzo często z niezapowiedzianą wizytą wpadali też przyjaciele Carlosa i Ayelen. W takich chwilach praca schodziła na dalszy plan. Trzeba było obowiązkowo zasiąść przy stole i napić się yerby mate. Przygotowywaliśmy wspólnie posiłki, piliśmy pyszne i tanie wino sprzedawane w Mendozie w 5-litrowym bukłakach. Carlos w ogrodzie ma gliniany piec, w którym wieczorami przygotowywaliśmy kolacje, prowadząc przy tym długie rozmowy. Nasi gospodarze to bardzo inteligentni, ciekawi świata ludzie. Wypytywali nas o wszelkie aspekty życia w Polsce, o której wiedzieli niewiele, ale bardzo chcieli usłyszeć jak najwięcej. My z kolei dowiedzieliśmy się wiele o problemach, z którymi boryka się Argentyna. Wieczory spędzane w ogrodzie były bardzo przyjemne, a gwiaździste niebo nad Mendozą to niezapomniany widok.

Wieczór zapadający na farmie.
Zdjęcie: makeitabetterplace
Zupełnie inny świat

W czasie pobytu na farmie zetknęliśmy się ze stylem życia, który kompletnie różni się od naszego. My, Europejczycy, żyjemy według harmonogramu: rano praca, po południu zakupy, gotowanie, dodatkowe zajęcia, spotkanie z rodziną lub znajomymi o wyznaczonej porze. Ludzie, których poznaliśmy w Mendozie nie mają tak ścisłego grafiku. Wstają, pracują, kładą się spać, kiedy chcą. Zawsze znajdzie się czas na spontaniczne spotkanie z przyjaciółmi, przyjęcie niezapowiedzianych gości, kilkugodzinny posiłek z rodziną. Żyją z tego, co sami wyprodukują. Oczywiście, wiążą się z tym pewne konsekwencje – mianowicie, dysponują bardzo małymi ilościami gotówki. Znane nam przyjemności, takie jak wyjścia do restauracji, kina czy wyjazd na wakacje to dla nich abstrakcja. Nawet wyjazd do najbliższego miasta na targi rękodzieła to poważne obciążenie budżetu – muszą martwić się, czy sprzedadzą wystarczająco, aby wyjazd się zwrócił. Czy takie życie jest lepsze od naszego? Tego nie wiem. Na pewno jest inne i bardzo ciekawe. Ja jestem osobą dość zorganizowaną, cenię sobie stabilizację i poczucie bezpieczeństwa. Natomiast ludziom z General Alvear zazdroszczę na pewno życia w zgodzie z naturą i tego, że nigdy nie brak im czasu na spotkania z rodziną i przyjaciółmi.

Carlos przy produkcji rękodzieła.
Zdjęcie: makeitabetterplace
Czy WWOOF spodoba się każdemu?

Chciałabym napisać, że tak. Ale odpowiedź jednak brzmi zdecydowanie nie. To na pewno nie jest opcja dla ludzi, którzy lubią wygodę i luksusy. W czasie pobytu na farmie spaliśmy w namiocie. Przy panujących tam upałach namiot bardzo szybko się nagrzewa, więc musieliśmy (chcąc tego czy nie) wstawać wcześnie rano, a powrót do namiotu możliwy był dopiero późnym wieczorem. Nie mieliśmy więc tak naprawdę miejsca na odpoczynek w ciągu dnia. Kolejna kwestia to higiena. Dzieląc maleńką, prowizoryczną łazienkę z 7 innymi osobami, nie można pozwolić sobie długie kąpiele ani staranną pielęgnację. Gdy dojdzie do tego praca w ogrodzie…. Możecie tylko wyobrazić sobie wygląd naszych paznokci po tych dwóch tygodniach! Na farmie nie ma też Internetu, telewizji, radia. Żeby połączyć się z Wifi trzeba iść na stację benzynową, około 20 minut piechotą. Niech zapomną więc o WWOOF osoby uzależnione od Facebooka lub sprawdzania skrzynki mailowej (chyba że chciałyby odbyć detoks). Ponadto, praca bywa ciężka, więc raczej trzeba być zdrowym i mieć dobrą kondycję fizyczną.

Komu więc spodoba się WWOOF? Na pewno wszystkim osobom, które lubią poznawać nowych ludzi, są otwarte na nowe perspektywy, interesują się światem. Wszystkim, którzy kochają bliskość natury, cenią sobie kontakty międzyludzkie i lubią od czasu do czasu odciąć się od cywilizacji. I tym, którzy lubią podróżować, uczyć się języków, robić coś pożytecznego. Jeśli nie obawiacie się skromnych warunków i nie macie nic przeciwko pracy fizycznej – gwarantuję, że WWOOF będzie niezapomnianą przygodą.

WWOOF i ekologia

Pobyt na farmie był jednym z najbardziej ekologicznych doświadczeń w naszym życiu! Dlaczego? Wymienię kilka powodów:

– po pierwsze: szacunek dla jedzenia. Jak już wspomniałam, nasi gospodarze żywią się głównie tym, co sami wyhodują lub dostaną od innych okolicznych hodowców. Z niepokojem wyglądają przez okno, gdy na horyzoncie pojawiają się burzowe chmury, mogące zagrozić ich uprawom. Mają też ograniczone środki finansowe na zakupy spożywcze. Dlatego żywność traktują z wielkim respektem i każdy produkt wykorzystują w 100%. Nie pogardzą też „brzydkimi” owocami, znalezionymi na ziemi, na które my, rozpieszczeni Europejczycy, nawet byśmy nie spojrzeli.

– po drugie – ograniczanie odpadów. Carlos i Ayelen to prawdziwi mistrzowie życia „zero waste”. Dla nich nie ma śmieci, są tylko zasoby. Na przykład, ich dom, a także domek dla wolontariuszy oraz sucha toaleta są skonstruowane między innymi z pustych butelek. W ich kuchni stoją krzesła znalezione na śmietniku. Kiedy miałam coś do wyrzucenia, na przykład opakowanie po kremie, wiedziałam, że wystarczy dać je Carlosowi, a on już coś wymyśli. Oczywiście, mają też bardzo przemyślany system segregacji odpadów!

– po trzecie – wegetarianizm. Nasi gospodarze nie jedzą w ogóle produktów mięsnych. Na ich stół od czasu do czasu trafiają jajka od ich własnych kur (które notabene odratowali z jakiejś bardzo nieprzyjemnej hodowli), dlatego jeśli tak się dzieje, to jest to wielki rarytas. Ich kuchnia jest głównie roślinna, ale naprawdę pyszna! Byliśmy zachwyceni kreatywnością Ayelen w wymyślaniu kolejnych potraw. Jej kuchnia była prosta, ale bardzo smaczna. Faszerowane cukinie, bakłażany, domowe przetwory, pesto z quinoi i bazylii, argentyńskie empanadas o różnych nadzieniach…. Codziennie jedliśmy coś innego.

Pyszne empanadas. W tle Ayelen i Aneley. Zdjęcie: makeitabetterplace
 Czy warto wziąć udział w WWOOF?

Według mnie – jak najbardziej! Dla nas było to jedno z najciekawszych, najbardziej unikalnych doświadczeń w życiu. Sporo się nauczyliśmy, poznaliśmy ciekawych ludzi i myślę, że poszerzyliśmy horyzonty. Przy okazji zwiedziliśmy też piękny region. Oczywiście, jest to nasza jedyna przygoda z tego rodzaju wolontariatem. Nie jestem więc w stanie powiedzieć, jak to wygląda na innych farmach. Nasze doświadczenie było bardzo pozytywne, a zawdzięczamy to gospodarzom, na których trafiliśmy, bo były to osoby niezwykle otwarte, życzliwe, inteligentne i świadome w bardzo wielu kwestiach, takich jak historia, polityka, czy ekologia.

Więcej na ten temat:

Strona WWOOF, gdzie można wyszukać oferty wolontariatu w różnych krajach: http://wwoof.net/

Artykuł na temat WWOOF na stronie BBC: http://www.bbc.com/news/world-europe-23683298

Strona na Facebooku, gdzie Carlos i Ayelen reklamują swoje rękodzieło: https://www.facebook.com/pachartesano/

Conservation Atlas, czyli opowieści z końca świata

Podróż szlakiem sanktuariów dzikiej przyrody

Na początku tego roku miałam okazję podróżować przez jakiś czas po Ameryce Południowej. Pod koniec stycznia trafiliśmy z mężem do Punta Arenas – miasta na południowym krańcu Chile. Miejscowość ta sprawiła na nas dość przygnębiające wrażenie. Delikatnie mówiąc, raczej nie tętniła życiem. Jednak cieszymy się, że spędziliśmy tam kilka dni, ponieważ w tym czasie przeżyliśmy spotkanie, które dziś zaliczamy do najciekawszych i najbardziej inspirujących w całej naszej podróży!

Andreea i Justin Lotakowie to młode małżeństwo i autorzy bloga Conservation Atlas. Na początku tego roku spakowali najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyli w podróż, która docelowo będzie trwała aż dwa lata. Spędzili już 7 miesięcy w Ameryce Południowej, teraz są w Stanach Zjednoczonych, a do końca 2018 roku planują odwiedzić jeszcze Nową Zelandię, Malezję, Indonezję, Mongolię, Kazachstan i Rumunię.

Ciekawe, pomyślicie pewnie, tylko czym różni się ta para od innych blogerów i podróżników, którzy rzucają pracę i miesiącami snują się po świecie? To prawda, coraz więcej osób podróżuje w odległe miejsca i często robi to miesiącami, a nawet latami. Jednak w przypadku Andreei i Justina, głównym obiektem zainteresowania nie są popularne turystyczne destynacje, ale dzika przyroda. Odwiedzają oni mało znane parki narodowe lub takie, które dopiero powstają. I dokumentują inicjatywy, jakie podejmuje na rzecz natury lokalna społeczność oraz rządy odwiedzanych krajów. Promują ochronę unikalnych gatunków roślin i zwierząt, zakładanie nowych rezerwatów przyrody, odpowiedzialną turystykę. Miejsca, do których podróżują w wielu przypadkach są trudno dostępne, nie mają żadnej infrastruktury czy bazy noclegowej. Dlatego Andreea i Justin często są zdani na własny sprzęt i życzliwość miejscowych.

Andreea na szlaku w Parku Tantauco -pięknym prywatnym rezerwacie na południowym krańcu wyspy Chiloé (północna część chilijskiej Patagonii). Autor zdjęcia: Justin Lotak

Bardzo polecam Conservation Atlas, bo znajdziecie tam mnóstwo ciekawych opowieści, nieoklepane tematy i nieznane miejsca. A przede wszystkim przepiękne zdjęcia, od których trudno oderwać wzrok.  Mnie udało się przeprowadzić z tą niezwykłą parą krótki wywiad, którym dzielę się poniżej. Opowiadają w nim o swojej misji i dalszych planach oraz o praktycznych aspektach wyprawy. Miłej lektury!

Make It a Better Place: Na czym polega Wasz projekt?

Conservation Atlas:  Jesteśmy organizacją non-profit, promującą ochronę naturalnych ekosystemów, różnorodności biologicznej oraz społeczności żyjących wokół przyrodniczo interesujących terenów. Jesteśmy zarejestrowani w Stanach Zjednoczonych, działalność zaczęliśmy w grudniu 2016 roku. W pierwszej fazie naszego projektu zamierzamy podróżować przez dwa lata (2017 i 2018) do miejsc związanych z ochroną przyrody w 14 różnych krajach. Naszym celem jest opisywanie mniej znanych parków narodowych i rezerwatów, chronionych obszarów morskich oraz prywatnych inicjatyw na rzecz przyrody. Interesują nas też projekty związane z turystyką przygodową i obserwacja dzikiej fauny i flory. Chcielibyśmy zrozumieć, w jaki sposób podróżowanie może przyczynić się do rozwoju gospodarczego społeczności skoncentrowanych wokół obszarów chronionych. Te dwa lata to dla nas czas na naukę i dokumentowanie naszych obserwacji.

Zdjęcia i historie z naszej wyprawy można obecnie śledzić na blogu i w mediach społecznościowych. Po zakończeniu dwuletniej podróży mamy nadzieję opublikować książkę o naszych doświadczeniach, miejscach, które odwiedziliśmy i tamtejszych inicjatywach. Chcemy w niej pokazać, jak podróże mogą przyczynić się do postępu projektów związanych z ochroną przyrody. Mamy też zamiar stworzyć aplikacje-przewodniki dla poszczególnych krajów/regionów. Dzięki nim, podróżujący będą mogli wyszukać obszary chronionego krajobrazu i dowiedzieć się, jak je zwiedzać. Chcielibyśmy, żeby Conservation Atlas stał się cennym źródłem wiedzy, inspirującym podróżników do inwestowania pieniędzy i czasu w przyrodę i zrównoważoną turystykę, opierającą się na lokalnych społecznościach.

Domyślam się, że obecnie w Waszym życiu nie istnieje coś takiego jak rutyna albo “typowy dzień”. Ale czy moglibyście opisać niektóre z zadań, których wymaga Wasza praca?

 To prawda, nasze dni różnią się od siebie, w zależności od tego, gdzie akurat jesteśmy. Dni poświęcone wędrówkom w terenie zwykle zaczynają się od zimnych poranków. Pobudka i wydostanie się z namiotu, gdy na zewnątrz panuje ziąb raczej nie należy do przyjemności. Ale od czasu do czasu robimy przerwy od trekkingu, żeby móc połączyć się z internetem i popracować. Wtedy większość czasu spędzamy przy naszych laptopach, co jest dość dużym szokiem po dłuższym czasie całkowitego odcięcia od świata. Dobre połączenie internetowe jest dla nas kluczowe, bo staramy się publikować wpisy na blogu i zdjęcia w mediach społecznościowych. Do tego dochodzi edycja zdjęć, tłumaczenia wywiadów przeprowadzonych przy odwiedzaniu różnych miejsc, pisanie artykułów na bloga, poprawianie strony, wysyłanie maili. Teraz, podczas naszego krótkiego pobytu w Teksasie, opracowujemy dalszą trasę na Zachodzie kraju, nadrabiamy zaległości w opisywaniu miejsc w Ameryce Południowej i próbujemy zaplanować kolejne 3 miesiące.

Czym zajmowaliście się zawodowo przed rozpoczęciem podróży?

Justin studiował inżynierię mechaniczną i przez 10 lat pracował w sektorze energii odnawialnych, zarządzając budową elektrowni wiatrowych i słonecznych. Andreea studiowała stosunki międzynarodowe i nauki polityczne i przez ponad 4 lata pracowała w branży turystycznej. Ma też doświadczenie w komunikacji, zarządzaniu biznesem i księgowości. Żadne z nas nie ma doświadczenia ściśle związanego z ochroną przyrody. Dlatego traktujemy tę dwuletnią podróż jako proces kształcenia się. Oboje jesteśmy doświadczonymi podróżnikami. Poznaliśmy się w chilijskiej Patagonii w 2013 roku i od tego czasu wciąż się przemieszczamy.

Rezerwat Jeinimeni w chilijskiej Patagonii. W niedalekiej przyszłości stanie się on częścią Parku Narodowego Patagonia, wraz z rezerwatem Tamango i terenami należącymi do fundacji Tompkins Conservation w dolinie Chacabuco. Jest to owoc działań Tompkins Conservation, która ofiarowała rządowi Chile ogromne tereny dla celów tworzenia i poszerzania parków narodowych. Autor zdjęcia: Justin Lotak
Macie kogoś do pomocy przy Waszym projekcie?

Do tej pory byliśmy tylko we dwoje. Ostatnio pozyskaliśmy naszego pierwszego wolontariusza – Jeffa. Jest samozwańczym “fotelowym odkrywcą”, który pomaga nam w tworzeniu map odwiedzanych obszarów 🙂 Mamy mnóstwo pracy, ale też bardzo dużo się uczymy.

Co zainspirowało Was do rozpoczęcia podróży i stworzenia bloga?

Podoba nam się pomysł wykorzystania ekonomicznego potencjału, jaki niesie zrównoważona turystyka do celów ochrony przyrody i wspierania lokalnych społeczności. Na całym świecie organizacje chroniące przyrodę i rządy krajów, tworząc gospodarkę opartą na turystyce, pomagają ludziom odmienić ich dotychczasowe życie. Dawni kłusownicy pracują jako strażnicy leśni i przewodnicy. Osoby niegdyś trudniące się nielegalnym połowem ryb lub wyrębem lasów, dziś pełnią rolę przewodników na wycieczkach z obserwowaniem rekinów lub na leśnych szlakach. Można znaleźć więcej takich przykładów. Oczywiście, to złożony problem, ale w wielu przypadkach jakość życia poprawia się w miejscach, gdzie przyroda jest chroniona, a organizacje wspierają ludzi w zmianie ich stylu życia na bardziej przyjazny środowisku. Odpowiedzialna turystyka jako narzędzie służące ochronie przyrody daje wielu osobom możliwość zaangażowania się. Wszyscy lubimy podróżować, więc jeśli skierujemy tę pasję na doświadczenia związane z naturą wspomożemy finansowo obszary chronione. Dzięki temu będzie można lepiej je rozwijać i opiekować się nimi. Z drugiej strony, zdajemy sobie sprawę z negatywnego wpływu turystyki na środowisko. Dlatego chcemy uświadamiać ludziom znaczenie obszarów, na których żyją i sprawiać, żeby poczuli się z nimi związani. W przyszłości chcielibyśmy tworzyć podręczniki z instrukcjami, jak odpowiedzialnie podróżować i poprzez świadomą postawę zmniejszać negatywne konsekwencje turystyki.

Widok na lodowce w Parku Narodowym Bernardo O’Higgins w południowej części chilijskiej Patagonii. Zdjęcie zostało zrobione w czasie robienia trasy przez Ultra Fiord – miejsca jednego z najtrudniejszych górskich maratonów świata, położonym na najdzikszych terenach regionu. Autor zdjęcia: Justin Lotak

 

Co jest najtrudniejsze w życiu, które obecnie prowadzicie? Czego Wam najbardziej brakuje?

Najtrudniejsze jest chyba pogodzenie podróżowania z prowadzeniem organizacji i obecnością w Internecie oraz tworzeniem wizerunku. Dużo się uczymy, spotykamy różnych ludzi i zdobywamy materiały. Jednak ponieważ zdobywamy je w odległych zakątkach świata, nie zawsze możemy być aktywni w Internecie, na bieżąco prowadzić bloga czy publikować w mediach społecznościowych. Od czasu do czasu martwią nas sprawy finansowe. No i tęsknimy za rodziną, znajomymi i czasem też mieszkaniem w jednym miejscu.

W jaki sposób ochrona przyrody wpływa na lokalne społeczności?

Ochrona przyrody ma bardzo korzystny wpływ na lokalną gospodarkę. Obszary chronione odwiedzają turyści – przyciągają ich piękne krajobrazy, możliwość obserwacji wielorybów, niedźwiedzi lub ptaków czy wędrówki po pierwotnych lasach. Odwiedzający oczywiście zostawiają pieniądze w lokalnych restauracjach, hotelach, u przewodników i w wypożyczalniach sprzętu. Dobrym przykładem jest Park Narodowy Wielkiego Kanionu – w 2016 roku odwiedziło go prawie 6 milionów ludzi, którzy wydali tam w sumie około 650 milionów dolarów. Dzięki temu można stworzyć tysiące miejsc stabilnej pracy, którą można wykonywać latami. Przecież Wielki Kanion istnieje i będzie istniał. To odróżnia turystykę od przemysłu wydobywczego, związanego na przykład z węglem czy ropą – miejsca pracy, po okresie boomu w danym regionie, po jakimś czasie zwykle są likwidowane.

Jak zareagowała Wasza rodzina i znajomi, gdy dowiedzieli się o tej wyprawie?

Szczerze mówiąc, nie byli szczególnie zaskoczeni. Jasne, że dwuletnia podróż to dość szalony pomysł, ale już wcześnie sporo podróżowaliśmy. Poznaliśmy się również w trakcie podróży – w Punta Arenas, w Chile. Jeśli chodzi o sam pomysł i założenie organizacji, to spotkały się one z bardzo ciepłym przyjęciem. Rodzina i przyjaciele bardzo nas w tym wspierali. Niektórzy chcieli nawet rzucić pracę i pojechać z nami.

A jak przedstawiają się kwestie finansowe? Musi być trudno podróżować przez tak długi czas, nie mając stałego źródła dochodu?

Niektórzy ludzie podczas podróży potrafią wydać kilkaset dolarów za noc w ekskluzywnym hotelu, stołują się w słynnych restauracjach i przywożą mnóstwo pamiątek. My zwykle śpimy w namiocie albo korzystamy z Airbnb, a jedzenie przygotowujemy sami z produktów kupionych w supermarketach. W podróży jesteśmy oszczędni, co naprawdę nie jest takie trudne. Jednak w ciągu dwóch lat i tak uzbiera się spora suma. Dlatego, przez 3 ostatnie lata, kiedy jeszcze pracowaliśmy, żyliśmy skromnie i oszczędzaliśmy. I nie kupowaliśmy niepotrzebnych rzeczy. Jeśli na przykład kupujesz używaną Toyotę za 4000 dolarów zamiast nowego SUVa za 35000, możesz odłożyć więcej pieniędzy na podróżowanie.

 Jakie było najbardziej interesujące miejsce/projekt, jakie mieliście okazję zobaczyć? (Domyślam się, że nie będzie łatwo wybrać!)

To faktycznie trudne pytanie!  Zależy, co kto kogo interesuje. Z perspektywy różnorodności biologicznej, najciekawsze są prace prowadzone przez Tompkins Conservation* na mokradłach Iberá w Argentynie. Organizacja stara się przywrócić 6 gatunków, które w tym regionie wyginęły i zrekonstruować cały ekosystem do jego pierwotnego, dzikiego stanu. Z naszego punktu widzenia to ogromny krok w stronę lepszej przyszłości, w której ludzkość ma szansę nauczyć się żyć w harmonii ze środowiskiem naturalnym. Natomiast jeśli chodzi o krajobrazy, to chilijska Patagonia jest po prostu spektakularna – gdziekolwiek nie spojrzeć. Tydzień spędzony w Narodowym Parku Yendegaia, na samym południu Chile, był dla nas magicznym czasem. Nie udało nam się przejść całego parku, tak jak planowaliśmy. Spędziliśmy ten tydzień w jednym miejscu, odkrywając kawałek po kawałku, w trakcie naszych dziennych wypraw i chłonąc krajobrazy w każdym możliwym świetle i kolorze. Tak często przemieszczamy się z miejsca na miejsce, że miło było choć raz odpocząć i po prostu cieszyć się chwilą.

Justin robiący makrofotografie pięknych porostów w Parku Narodowym Yendegaia w Ziemi Ognistej (Chile). Autor zdjęcia: Andreea Lotak
Czy słyszeliście o innych ciekawych projektach związanych z ochroną przyrody w Europie?

Tak, jeden z projektów, które chcielibyśmy udokumentować, kiedy dotrzemy do Europy, nosi nazwę Carpathia i jest prowadzony w Rumunii. Trwają tam prace mające na celu stworzenie dzikiego terenu, na którym chronione byłyby duże zwierzęta mięsożerne, czyli w tym przypadku niedźwiedzie, wilki i rysie. Nie widzieliśmy jeszcze tego na własne oczy, ale sporo czytaliśmy i nie możemy się doczekać, kiedy tam dotrzemy.

Miejsca, które odwiedzacie wielu czytelnikom mogą wydać się bardzo egzotyczne i odległe. Ale większość z nich podróżuje w inne miejsca, może nieco bardziej turystyczne i znane większej grupie ludzi. Co moglibyście poradzić osobom, które chciałyby podróżować w odpowiedzialny sposób, nie szkodząc przyrodzie ani miejscowym społecznościom?

Dobrym pomysłem może być odwiedzenie jakiegoś parku narodowego, w kraju, do którego się wybieracie. W podróżach często koncentrujemy się na dużych miastach, miejscach związanych z historią czy na gastronomii. Tymczasem około 100 krajów na świecie ma parki narodowe i jest bardzo prawdopodobne, że któryś z nich znajduje się blisko miejsca, do którego się wybierasz. Zauważyliśmy, że wiele przewodników nie zawiera informacji o parkach narodowych. Chcemy, żeby Conservation Atlas stał się źródłem wiedzy na ten temat, ale tymczasem warto poszukać trochę w internecie i dowiedzieć się czegoś na temat pobliskich parków. I kiedy zobaczycie te wszystkie zdjęcia, krajobrazy, poczytacie o ekosystemach i gatunkach, możliwe, że postanowicie więcej czasu spędzić w parku, o którym do niedawna nawet nie słyszeliście.

Andreea pochodzi z Rumunii, a Justin ze Stanów Zjednoczonych. Czy moglibyście polecić miejsca warte odwiedzenia w Waszych rodzinnych krajach?

Justin: W Stanach świadomość na temat pomników narodowych i ich odwiedzanie są bardzo istotne dla ich ochrony. Prezydent Trump zarządził rewizję statusu 27 z nich, w związku z czym ich terytorium może zostać zmniejszone lub utracić ochronę. Pomniki narodowe mogą poszczycić się niezwykłymi krajobrazami i różnorodnością i są tak samo wyjątkowe, jak parki narodowe, ale nie są aż tak znane.  Zgodnie z tradycją, na podstawie ustawy Antiquities Act to prezydent nadaje miejscom status pomników narodowych, a w sprawie parków narodowych wypowiada się Kongres. Słynny Wielki Kanion, obecnie park narodowy, niegdyś był pomnikiem. Wiele pomników znajduje się w Kalifornii, np. Sand to Snow albo pustynia Mojave. Najbardziej kontrowersyjne (i często najpiękniejsze) znajdują się w Utah: Grand Staircase-Escalante i Bears Ears.

Andreea: Rumunia jest pieknym krajem, ma wiele wspaniałej przyrody i miejsc dobrych do turystyki przygodowej. Karpaty są domem dużej populacji niedźwiedzi, wilków i rysi, oferują ciekawe, odosobnione szlaki i dobrą infrastrukturę domków i schronisk. Poza tym, Delta Dunaju jest co najmniej warta odwiedzenia.  To miejsce idealne na wycieczki kajakiem lub łodzią po kanałach i lagunach, gwarantujące bliskie spotkania ze stadami ptaków, w tym słynnych pelikanów. Delta Dunaju to jedno z najbogatszych przyrodniczo miejsc w Europie. Samo miejsce jest bardzo spokojne, a miejscowa kultura i zabudowa – po prostu piękne. Dla mnie  to wyjątkowe miejsce. Jeśli zdecydujecie się tu przyjechać, nie spieszcie się. Polecam wycieczkę łodzią do Suliny, która jest dobrą bazą wypadową do odkrywania Delty, w miejscu, gdzie rzeka wpada do Morza Czarnego.

Więcej na ten temat:

Conservation Atlas na Facebooku: https://www.facebook.com/conservationatlas/

* Douglas Tompkins to twórca marek North Face i Esprit oraz ekolog. Jego życie i dzieło stanowią wielką inspirację dla Andreei i Justina, więcej o tej postaci możecie przeczytać pod tym linkiem: https://www.forbes.pl/przywodztwo/tworca-north-face-douglas-tompkins-kim-byl-zielony-milioner/wh8ceg5

Dla osób, które interesują się wolontariatem w Ameryce Południowej – listę organizacji i opis zajęć znajdziecie w napisanej przez Justina książce, dostępnej w formie e-booka pod tym linkiem: https://www.amazon.com/Volunteering-Latin-America-volunteering-Central-ebook/dp/B00LR1AYCU/ref=sr_1_1?ie=UTF8&qid=1502352223&sr=8-1&keywords=Volunteering+in+Latin+America

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ananas – pierwszy warszawski sklep z wegańskim obuwiem

Każdy, kto zrezygnował z jedzenia produktów pochodzenia zwierzęcego (lub je ogranicza) na pewno przynajmniej raz w życiu usłyszał następujące zdanie: “Co z tego, że nie jesz mięsa/nabiału, skoro nosisz buty zrobione ze skóry? To przecież hipokryzja, itp.” Jednak osoby sięgające po ten argument prawdopodobnie nie wiedzą, że istnieje obuwie wegańskie, które cieszy się coraz większym zainteresowaniem. I to nie tylko wśród wegan. Do niedawna tego rodzaju akcesoriów nie było łatwo zdobyć, ale w marcu tego roku na mapie Warszawy pojawił się Ananas – pierwszy (i jak na razie jedyny) sklep sprzedający tylko i wyłącznie buty wegańskie. Czyli takie, które nie zawierają żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego – ani w materiałach, z których są uszyte, ani w kleju.

Sklep znajduje się przy ulicy Dąbrowskiego 40, niedaleko stacji Metro Racławicka. Prowadzi go w ramach jednoosobowej działalności Kaja, której towarzyszy i pomaga jej chłopak, Michał. Kontrolę nad sklepem sprawuje suczka Stefa, przedstawicielka licznego stadka czworonożnych przyjaciół, którymi opiekuje się ta sympatyczna para. Kaja ma doświadczenie w handlu, ale także w wizażu, wzornictwie i zdobieniu biżuterii – jest więc artystyczną duszą. Michał studiuje socjologię i zajmuje się fotografią – to on jest odpowiedzialny za zdjęcia na stronie internetowej sklepu.

Nazwa sklepu jest nieprzypadkowa – ale o tym za chwilę. Twórcy Ananasa zgodzili się ze mną spotkać i opowiedzieć mi co nieco o genezie i funkcjonowaniu sklepu. Oto czego udało mi się dowiedzieć!

Ananas (zdjęcie: Michał)
Torba z logo Ananasa (zdjęcie: Michał)

Kilka faktów o sklepie Ananas (i nie tylko):

– Zarówno Kaja, jak i Michał są oczywiście weganami. W rodzinie Kai panuje długoletnia tradycja wegańsko-wegetariańska. Produktów zwierzęcych nie jedzą ani jej mama, ani dziadkowie. Ci ostatni ze względu na wyznawaną religię – są bowiem wyznawcami Brahma Kumaris. Z rodzinnej tradycji wynika więc świadomość istniejącego na rynku zainteresowania wegańskim obuwiem. Dzięki temu pojawił się pomysł na inwestycję w sklep specjalizujący się wyłącznie w takich akcesoriach.

– Buty, które można zakupić w Ananasie wykonane są z różnych tworzyw, takich jak: korek, mikrofibra, bawełna z recyklingu, materiał pozyskany z plastikowych butelek oraz, co najciekawsze, z pinatexu, czyli włókien ananasa. W letniej kolekcji zakupimy sandały, espadryle, buty na koturnach i inne. Buty sprowadzane są głównie z Hiszpanii i Portugalii. Marki dostępne w Ananasie to Nae, Slowers i Vesica Piscis. Obecnie Kaja jest na etapie poszukiwania kontaktów i nawiązywania współpracy z innymi markami. W planach jest kolekcja jesienno-zimowa i buty na eleganckie wyjścia.

Buty marki NAE, wykonane z mikrofibry – mam, polecam, bardzo wygodne! (zdjęcie: Michał)
NAE – buty z pinatexu (zdjęcie: Michał)
NAE – klapki z korka (zdjęcie: Michał)
Espadryle – z bambusa i bawełny z recyklingu (zdjęcie: Michał)
Buty marki Vesica Piscis (zdjęcie: Michał)
NAE – buty zakryte (zdjęcie: Michał)

– Oprócz butów w sklepie można dostać ręcznie zdobione dżinsowe kurtki kupowane w second handach, a następnie wyszywane przez mamę Kai. Poza tym w asortymencie znajdują się torby, paski i akcesoria dla psów (smycze, obroże) – oczywiście w 100% wegańskie!

Jedna z ręcznie zdobionych kurtek (autor zdjęcia: Michał)
Wegański pasek marki NAE (zdjęcie: Michał)
Pasek marki Vesica Piscis (zdjęcie: Michał)

– Kaja i Michał są rzecz jasna wielkimi przyjaciółmi zwierząt i środowiska naturalnego w ogóle. Przygarnęli pod swoje skrzydła gromadkę zwierzaków ze schroniska (są właścicielami 3 psów i 3 kotów). Angażują się też w akcje na rzecz Puszczy Białowieskiej.

Stefa (zdjęcie: Michał)

Dlaczego warto kupować w Ananasie:

– Przede wszystkim z empatii dla zwierząt! Twórcy sklepiku udowadniają, że buty wcale nie muszą być zrobione z produktów odzwierzęcych, a przy tym mogą naprawdę dobrze wyglądać i być bardzo wygodne.

– Po drugie – z empatii dla ludzi. Buty marek NAE, Vesica Piscis i Slowers to produkty Fair Trade. Wytwarzane są w Hiszpanii i Portugalii. Ich twórcy dbają o to, żeby ludzie produkujący obuwie (oraz zarabiający np. przy zbiorach ananasa na innych kontynentach) otrzymywali godziwą zapłatę i pracowali w odpowiednich, bezpiecznych warunkach.

– Poza tym, z szacunku dla środowiska. Wegańskie buty często wytwarzane są z materiałów z recyklingu. Dzięki temu, zużyte przedmioty otrzymują drugie życie, a my możemy choć troszkę powstrzymać zaśmiecanie naszej planety.

– Ceny są naprawdę przystępne! Takie same albo niższe niż buty w znanych sieciówkach obuwniczych.

– Kupując w Ananasie, zamiast dofinansowywać i tak już bogate odzieżowe sieciówki, wspierasz pracę miłej, zaangażowanej młodej osoby, która w prowadzenie sklepu wkłada mnóstwo wysiłku, czasu, zasobów i pasji.

– Zakupy w Ananasie to przyjemna alternatywa dla zakupów w głośnych i tłocznych galeriach handlowych, których osobiście nie znoszę. Sklepik leży przy zacisznej i zielonej ulicy Dąbrowskiego w Warszawie. Okolica zachęca do spacerów, a w samym sklepie można uciąć pogawędkę z Kają i Michałem (oraz Stefą!). O wiele bardziej relaksujące i osobiste doświadczenie niż gonitwa po centrum handlowym. Przy okazji, można sporo dowiedzieć się o weganizmie i innych działaniach na rzecz zwierząt i środowiska.

Tak wygląda sklep na Dąbrowskiego! (zdjęcie: Michał)

– Oprócz zakupów w sklepie stacjonarnym, dostępna jest też opcja zakupu z wysyłką.

Więcej na temat:

Strona sklepu na Facebooku: https://pl-pl.facebook.com/ananas.warsaw/

Prezentacja z cyklu TEDx z udziałem dr Carmen Hijosy – twórczyni Pinatexu https://www.youtube.com/watch?v=cUkv4VWIum0

Artykuł na BBC o korzyściach płynących z ograniczenia produktów zwierzęcych: http://www.bbc.com/future/story/20160926-what-would-happen-if-the-world-suddenly-went-vegetarian

Poza tym, Kaja i Michał polecają związane z weganizmem wykłady Melanie Joy i Gary’ego Yourofskiego, również dostępne na YouTube.