Fair trade po polsku, czyli o wizycie w Stowarzyszeniu Serfenta.

Pisałam już kiedyś, że Cieszyn to miasto pełne ciekawych projektów (o mojej ostatniej wyprawie w te strony możecie przeczytać tutaj). Pod koniec stycznia znów miałam okazję tam gościć. Tym razem jednym z głównych celów mojej wizyty było spotkanie w Stowarzyszeniu Serfenta. Stowarzyszenie to jeszcze jedna pozytywna inicjatywa, zrodzona w Cieszynie. Jeśli chcecie dowiedzieć się w jaki sposób działalność Serfenty wpisuje się w koncepcję sprawiedliwego handlu, wspieranie lokalnego rynku i pielęgnowanie polskiej tradycji, zapraszam Was do dalszej lektury.

Czym jest Serfenta?

Biuro Serfenty mieści się w sercu Cieszyna – w jednej z kamienic leżących u stóp cieszyńskiego zamku. Jest to niezwykłe miejsce, w którym tradycyjne polskie rzemiosło splata się nowoczesnym designem. Słowo „splata” jest tu jak najbardziej adekwatne, ponieważ misją Stowarzyszenia jest pielęgnowanie i promowanie tradycyjnej sztuki wyplatania koszy.

Działalność Serfenty polega na prowadzeniu badań etnograficznych i nawiązywaniu kontaktów z mistrzami polskiego plecionkarstwa ze wszystkich regionów Polski. Wiedzę o rzemiośle wyplatania koszy posiadają zwykle starsze osoby mieszkające na terenach wiejskich, niemające doświadczenia w korzystaniu z nowoczesnych środków przekazu. Serfenta dąży do tego, żeby zachować ciągłość w przekazywaniu z pokolenia na pokolenie wiedzy o tradycyjnym plecionkarstwie. Misją Stowarzyszenia jest też zapewnienie rzemieślnikom rynku zbytu poprzez promowanie ich działalności, zarówno w Polsce, jak i zagranicą.

Zespół Serfenty tworzą Paulina Adamska, Łucja Cieślar i Anna Krężelok. Dziękuję serdecznie Pani Annie za ugoszczenie mnie w cieszyńskim biurze Serfenty i wprowadzenie w świat tego tradycyjnego rzemiosła, a pozostałym Paniom za wszelkie informacje nadesłane drogą mailową!

W cieszyńskim biurze Serfenty.
Polskie plecionkarstwo

Urok polskiego rzemiosła wyplatania koszy wynika przede wszystkim z bogactwa i różnorodności form i materiałów. Serfenta prowadzi internetową sprzedaż dzieł mistrzów polskiego plecionkarstwa. Są to wyroby z takich materiałów jak rogożyna (czyli pałka wodna), wiklina, słoma, korzenie świerkowe, leszczyna, a także materiały z recyklingu.

Jan Zogata, Paulina Adamska, Drude Isene (fot. Rafał Soliński), Jaworzynka, wyplatanie z korzeni świerka. Zdjęcie pochodzi z zasobów Serfenty.

A jak konkretnie wygląda współpraca Serfenty z polskimi plecionkarzami?

„Najpierw oczywiście sprawdzamy czy są, z czego wyplatają i co. W tym duchu prowadziliśmy więc nasze pierwsze projekty, nastawione głównie na badania etnograficzne. One dały nam rozeznanie co do aktualnie działających rzemieślników, a także przyniosły kolejne inspiracje, które – jak się okazuje – dotąd się nie skończyły. Po serii badań, zaczęliśmy organizować wystawy i konferencje, pisać publikacje, angażować się w debaty naukowe. Duży akcent położyliśmy też na naukę plecionkarskich umiejętności, które stale szlifujemy i doskonalimy. I ten kierunek jest wciąż ważny. I wreszcie, nasz najnowszy cel – sprzedaż tradycyjnych produktów na nowoczesnych rynkach. Produkty rozwijamy, staramy się je atrakcyjnie prezentować, każdy dostaje nasze logo i metkę z opisem twórcy, wreszcie dbamy o opakowanie.
W końcu współpracujemy z projektantami i proponujemy nowocześnie zaaranżowane plecionki. Jak to piszę, to widzę jaką drogę przebyłyśmy w Serfencie – od indywidualnej pasji do biznesu.” – wyjaśnia Paulina Adamska z Serfenty.

Kosze sprzedawane w sklepiku Serfenty mają rozmaite zastosowania: znajdziemy tam plecione torby na zakupy, damskie torebki, misy na owoce, piknikowe kosze i inne piękne rzeczy, które wspaniale udekorują dom. U mnie po wizycie w Serfencie zagościła zogata – mały koszyczek wypleciony przez Pana Jana w rejonie Beskidu Śląskiego. Nazwa koszyczka pochodzi od nazwiska jego twórcy. Cieszę się, bo zyskałam stylowy stojak na pędzle do makijażu i nie muszę już szukać ich po całym domu, jak przedtem. Jestem pewna, że nie jest to jedyny pomysł na wykorzystanie zogaty!

A tak wygląda zogata w użyciu!
Sprawiedliwy handel

Współpraca z Serfentą ma korzystny wpływ na sytuację polskich plecionkarzy i pomaga im dotrzeć do odbiorców, z którymi prawdopodobnie nie byliby w stanie nawiązać kontaktu na własną rękę. Paulina Adamska z Serfenty opisuje to w następujący sposób:

„Dążymy do organizacji systemu sprzedaży produktów tradycyjnych plecionkarzy na zasadach sprawiedliwego handlu. To znaczy – chcemy płacić im lepsze ceny niż sami podają – a tu trzeba zaznaczyć, że nie doceniają swojej pracy i zaniżają ceny. Nie potrafią jej odpowiednio wycenić, ani też wypromować. Już samo to, że zapewniamy im systematyczny zbyt
powoduje, że wciąż kontynuują twórczość. Pomagamy im też być bardziej widocznymi poprzez pisanie o ich pracy i zapraszanie dziennikarzy – np. Jan Zogata z Jaworzynki i jego piękne, unikatowe kosze z korzeni świerka doczekały się publikacji w naszym polskim Sielskim Życiu, ale także francuskim Le Lien Creatif. Jeśli mamy gości z zagranicy, to odwiedzamy najczęściej jego, a wówczas zawsze coś sprzeda ze swoich zasobów.
Innym przykładem jest Lucimia, wieś w centralnej Polsce, której kosze „kabłącoki” zostały, dzięki naszej pracy, wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego prowadzącą na listę UNESCO. Społeczność lokalna, czyli plecionkarze i ich rodziny, nie mieliby szans, by dowiedzieć się samodzielnie o procedurze związanej w przygotowaniem dokumentacji dotyczącej wpisu na listę. Tymczasem marka UNESCO to międzynarodowy prestiż. Dzięki tej pracy, „kabłącoki” będą miały szansę spotkać zagraniczną publiczność i klientów.”
Krystian Pisowicz, NN (fot. Paulina Adamska), woj. lubelskie, robienie prania w rzece, wiklinowy kosz kabłącok. Zdjęcie dzięki uprzejmości Serfenty.
Józef Gawlik, Marcin Gawlik, Rafał Soliński (fot. Paulina Adamska), Małopolska, łopołki wyplatane z dębu. Zdjęcie dzięki uprzejmości Serfenty.
 Od pasji do biznesu
Paulina Adamska z Serfenty w ten sposób mówi o początkach swojej plecionkarskiej pasji, która stała się siłą napędową do powstania Stowarzyszenia:
„Od kiedy pamiętam czułam pociąg do pracy manualnej. Kiedy dowiedziałam się, że istnieje szkoła, która stawia na praktyczną naukę rzemiosła, to tak długo szukałam możliwości, by w niej się uczyć, aż to się stało. W 2006 roku zaczęłam uczyć się w Uniwersytecie Ludowym Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej, gdzie w ciągu 2 letniego kursu zdobywa się doświadczenie i wiedzę z zakresu m.in. ceramiki, malarstwa, tkactwa i właśnie wikliny. Od razu wpadłam po uszy jeśli chodzi o sam kontakt z rzemiosłem, ale też miejsce i ludzi. Zawarte wtedy przyjaźnie trwają do dziś, w tym też z nauczycielami. Miałam tam szczęście poznać niezwykłego pasjonata sztuki plecionkarskiej – Zdzisława Kwaska, naszego nauczyciela na zajęciach z wikliny. Zdzisław jest człowiekiem pełnym humoru i entuzjazmu i to dzięki niemu zapałałam chęcią podążenia szlakiem tradycyjnych plecionkarzy w Polsce.”
Przekazywanie wiedzy młodym
Oprócz promowania dzieł rzemieślników przy użyciu nowoczesnych środków przekazu, Serfenta dba o to, żeby plecionkarstwo nie stało się wymarłą sztuką, a wręcz przeciwnie – trwało i kwitło z pokolenia na pokolenie. Dlatego też Stowarzyszenie organizuje warsztaty, podczas których uczestnicy mają okazję zgłębiać tajniki plecionkarstwa. Najbliższe warsztaty odbędą się 20 lutego w Kawiarni Fotograficznej w Katowicach – może ktoś z Was się wybierze? Będzie można nauczyć się, jak wyplatać wiklinowe lampki. Szczegóły wydarzenia znajdziecie tutaj
Ponadto, Serfenta wydała książkę „Plecionkarskim szlakiem Wisły” oraz płyty z filmami instruktażowymi, do samodzielnej nauki plecionkarstwa.
Kosz-kołysak w cieszyńskim biurze Serfenty.
 W zeszłym roku w Zamku Cieszyńskim można było też obejrzeć wystawę „Sploty na Fali”. Jest to projekt przeprowadzony przez Stowarzyszenie Serfenta we współpracy z Wydziałem Form Użytkowych Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Studentki uczelni w ramach projektu brały udział w warsztatach plecionkarskich, prowadzonych przez mistrzów tego rzemiosła. Zdobytą tam wiedzę wykorzystały do stworzenia własnych, unikalnych projektów. W efekcie powstały nowoczesne i stylowe przedmioty, takie jak kosze na pranie, torebki, plecaki, a nawet wiklinowy kosz do transportowania piwa. Serfenta przewiduje wprowadzenie części tych produktów do sprzedaży, więc jeśli lubicie piękny, nowoczesny design odwołujący się do tradycyjnych technik, zachęcam Was do śledzenia profilu Serfenty na Facebooku. To doskonały przykład kreatywnego połączenia tradycji z nowoczesnością.
Dlaczego warto wspierać Serfentę?

Zachęcam wszystkie osoby zainteresowane koncepcją sprawiedliwego handlu, polską kulturą czy designem do regularnego odwiedzania strony internetowej Serfenty. Może zdecydujecie się na udział w warsztatach lub zakupy w internetowym sklepiku? Produkty Serfenty to według mnie rozwiązanie dla wszystkich, którzy poszukują alternatywy dla szybkich zakupów, bezmyślnej konsumpcji i zalewających rynek tandetnych i nietrwałych plastikowych wyrobów. Serfenta oferuje nie tylko piękne, wykonane z naturalnych materiałów przedmioty, ale także satysfakcję z tego, że wspieramy pracę konkretnych osób i pomagamy przetrwać polskiej tradycji. Innymi słowy, Serfenta to przykład absolutnie unikalnego projektu, który integruje pokolenia, a także łączy w sobie lokalny patriotyzm, szacunek i twórcze podejście do rzemiosła oraz idee odpowiedzialnej konsumpcji i slow fashion. To także piękny dowód na to, że indywidualną pasję można przekształcić w dobrze funkcjonujący, a zarazem potrzebny i odpowiedzialny społecznie biznes. Oby takich inicjatyw powstawało jak najwięcej!

Więcej na ten temat:
  • Adres:

ul. Przykopa 2/5
43 – 400 Cieszyn

 

 

 

Jak to się robi w Dublinie?

Na początku grudnia miałam okazję ponownie odwiedzić Dublin – miasto, które uważam za swój drugi dom, ponieważ w (całkiem niedawnej) przeszłości spędziłam tam dwa lata swojego żywota. Z pobytem w stolicy Irlandii mam właściwie wyłącznie dobre wspomnienia – na pewno częściowo wynika to z sentymentu, ale też po prostu dlatego, że – przynajmniej na pewnym etapie – jest to świetne miejsce do życia. Niewielkie miasto, gdzie w większość kluczowych miejsc dotrze się piechotą, przyjazne i otwarte społeczeństwo, ciekawa kultura. Wystarczy też wsiąść do podmiejskiej kolejki lub na rower, żeby w krótkim czasie znaleźć się nad morzem i zrelaksować się wędrując po klifach Howth czy podziwiając górzyste krajobrazy Wicklow.

Mimo mojej ogromnej miłości do Irlandii jako kraju oraz sympatii do jej przemiłych mieszkańców, nigdy nie postrzegałam Dublina jako szczególnie ekologicznego miasta. Dublińczycy (zarówno rodowici Irlandczycy, jak i napływowi mieszkańcy ze wszystkich zakątków Europy i świata) ochoczo kupują posiłki w stylowych plastikowych opakowaniach, korzystają też z jednorazowych kubków na piwo i kawę. Z dużą przyjemnością zaopatrują się w wątpliwej jakości odzież w popularnych na Wyspach tanich sieciówkach, które raczej nie słyną z dbałości o sprawiedliwe i etyczne warunki produkcji. Kulminacja tych upodobań następuje w okolicach świąt Bożego Narodzenia czy Dnia św. Patryka, a także w letnie, ciepłe dni, kiedy akurat nie pada deszcz. Ulice tętnią wtedy życiem, konsumpcja kwitnie, a rzeką Liffey do morza spływają konkretne ilości plastikowych śmieci.

Ale nie bądźmy tacy negatywni – tak jak w każdym mieście, w Dublinie również można znaleźć ciekawe miejsca i inicjatywy promujące bezodpadowe życie, ekologiczny transport czy zrównoważoną modę. Gdybyście kiedyś planowali odwiedzić to sympatyczne miasto, może przyda Wam się mój subiektywny eko-przewodnik. Zapraszam do lektury!

Dublin i zero waste

Po roku nieobecności na Szmaragdowej Wyspie rzuciło mi się w oczy, że i tutaj zagościła moda na bezodpadowy styl życia. W marcu tego roku w mieście zagościła słynna Bea Johnson, która wygłosiła wykład na temat bezodpadowego życia w dublińskim Trinity College. W irlandzkiej stolicy pojawia się coraz więcej miejsc, gdzie na zakupy można przyjść z własnymi opakowaniami. Jednym z takich miejsc jest Hopsack w dzielnicy Rathmines. Jest to sklep ze zdrową, ekologiczną żywnością i naturalnymi kosmetykami, posiadający również swój kącik zero waste, do którego można przyjść po zakupy z własnym opakowaniem.  Absolutnym hitem w sklepie jest maszyna przetwarzająca orzechy na masło orzechowe, którym następnie napełnia przyniesiony przez klienta słoik. Można tu także przynieść do ponownego napełnienia opakowania po ekologicznych płynach do prania i innych środkach czystości.

Bezodpadowy kącik w sklepie Hopsack.
Tutaj można ponownie napełnić opakowanie po płynach do prania.
Na naszych oczach ta magiczna maszyna przerabia orzechy na świeżutkie masło orzechowe, które ląduje prosto do przyniesionym przez nas słoiku – sam proces nie wygląda zbyt zachęcająco, ale już za chwilę słój wypełni się pysznym, świeżutkim masełkiem.

 

W Hopsacku można się też zaopatrzyć w kubki wielokrotnego użytku.

Ekologiczną, zdrową żywność, często z certyfikatem Fair Trade można też zakupić w kooperatywie Dublin Food Coop zlokalizowanej w okolicach centrum, blisko słynnej katedry św. Patryka – czyli jednego z najbardziej popularnych punktów na turystycznej mapie stolicy.

Na uwagę zasługuje także mała firma o nazwie Bring Your Own, sprzedająca mąki, kasze, ryż i różnego rodzaju nasiona do opakowań przyniesionych przez klienta. Oprócz sklepu stacjonarnego w dzielnicy Drumcondra, firma ma też wędrujące stoiska pojawiające się okazjonalnie na różnego rodzaju festiwalach, świątecznych jarmarkach oraz w parkach miejskich. Daty i miejsca, w których pojawiają się takie stoiska są obwieszczane na stronie firmy na Facebooku.

Kolejnym interesującym biznesem w duchu bezodpadowym jest Minimal Waste Grocery – jest to głównie sklep online, proponujący zakupy z dostawą do domu.  Można zakupić u nich, między innymi, owoce, orzechy, przyprawy, a także produkty do sprzątania. Pierwsze zakupy przyjeżdżają do klienta w papierowych torbach, ale przy dostawie można przekazać pracownikowi firmy swoje własne pojemniki do wypełnienia przy kolejnym zamówieniu.

Jeśli chodzi o kosmetyki, to w Dublinie funkcjonują aż dwa sklepy mojej ukochanej firmy Lush. Każda wizyta w takim miejscu to dla mnie źródło dziecinnej radości – ze względu na unoszące się tam słodkie zapachy i wszechobecne, piękne kolory. W Lush zakupimy nietestowane na zwierzętach szampony w kostce, mydła, perfumy czy produkty do makijażu, a dużą część tych specyfików można spakować do funkcjonalnych pudełek wielokrotnego użytku.

Walka z marnowaniem żywności

W Dublinie działa projekt Food Waste Heroes – jest to grupa wolontariuszy, luźno powiązana z OLIO. Jeden z moich przyjaciół – Malte – jest aktywnym członkiem tej grupy. Wolontariusze porozumiewają się przy użyciu grupy na Whatsappie i w ten sposób umawiają się na ratownicze dyżury. Ich działanie polega na regularnym wieczornym odbieraniu niesprzedanego pieczywa z sieci supermarketów Dunnes. Pieczywo to jest następnie rozdawane na ulicach Dublina. Chleb i bułki trafiają do zainteresowanych przechodniów, a także do osób bezdomnych, których na ulicach miasta jest niestety coraz więcej.

Zrównoważona moda

Jak już wspomniałam, najpopularniejszymi miejscami na zakupy odzieżowe w Dublinie są wszechobecne sieciówki. Jednak na mapie miasta można znaleźć też perełki – małe sklepy, w których można zaopatrzyć się w oryginalną, świetnej jakości odzież wyprodukowaną w sposób respektujący środowisko i prawa pracowników. Moim ulubieńcem jest sklepik Scout na Temple Barze – tętniacej życiem pubowej i kulturalnej dzielnicy Dublina.  W Scoucie można zakupić irlandzki design, piękne szale, czapki, rękawiczki i koce. Sklep oferuje też spodnie, koszulki, torby i swetry z certyfikatem Flocert. Kiedy mieszkałam w Dublinie zakupiłam tu trapezowy sweter w granatowe i białe paski oraz zimową czapkę – obie rzeczy według mnie piękne i doskonałej jakości. Oczywiście, za każdą z nich musiałam zapłacić sporo więcej niż w zwykłej sieciówce, ale wiem, że są to elementy garderoby na tyle uniwersalne i porządnie wykonane, że z pewnością będą służyć mi przez długie lata.

Sweterki z certyfikatem Flocert w Scoucie.

 

W zeszłym roku zakupiłam sobie podobną czapeczkę.
W Scoucie można też kupić piękne szale i koce.
Zrównoważony transport

Chociaż uwielbiam jazdę na rowerze, mieszkając w Dublinie nigdy nie czułam się pewnie korzystając z tego środka transportu. W mieście jest bardzo niewiele ścieżek rowerowych, rowerzyści są więc zmuszeni poruszać się po jednej drodze z samochodami i autobusami. Niektórzy nie mają z tym problemu, inni (tak jak ja) czują się w takiej sytuacji co najmniej niekomfortowo. Problemy te dostrzegają członkowie organizacji Dublin Cycling Campaign, którego aktywną członkinią jest moja koleżanka Giulia. Jest to grupa wolontariuszy aktywnie działająca na rzecz poprawienia miejskiej infrastruktury, tak aby rowerzyści mogli czuć się swobodnie i bezpiecznie. Wśród członków organizacji są eksperci od transportu i planowania miejskiego, a także po prostu ludzie, którzy chcą żyć w mieście przyjaznym rowerzystom. Grupa promuje rower jako zrównoważony środek transportu, organizuje warsztaty i wydarzenia, wnioskuje w Radzie Miasta o tworzenie odpowiedniej dla rowerzystów infrastruktury (rowery miejskie czy ścieżki rowerowe). Są też obecni jako jedna z formacji biorących udział w corocznej paradzie św. Patryka.

Wegańska i wegetariańska kuchnia

Irlandczycy są wielkimi pasjonatami kuchni mięsnej (i raczej niezbyt zdrowej), niemniej w Dublinie znajdziecie sporo interesujących miejsc z kuchnią wegańską i wegetariańską. Moim niekwestionowanym numerem jeden na liście jest Sova Vegan Butcher – przytulna, klimatyczna knajpka prowadzona – notabene – przez Polaków. Serwowane przez nich dania w niczym nie przypominają bezkształtnej warzywnej papki oferowanej przez wiele innych jadłodajni w kategorii „wegańskie/wegetariańskie”. Wręcz przeciwnie – każde danie w Sovie to małe dzieło sztuki. Skosztujecie tam między innymi placków ziemniaczano-kalafiorowych w sosie szafranowo-grzybowym z dodatkiem tartego, wędzonego tofu lub roladę z „indyka” (w tym przypadku rolę „indyka” gra seitan) nadziewaną żurawiną i szałwią, podawaną w rozmarynowym sosie, z brukselkami i pasternakowym puree. Zdjęcia niektórych dań możecie obejrzeć tutaj.

Więcej na ten temat:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

4 aplikacje na telefon, które pomogą Ci w etycznych zakupach – i nie tylko!

Czy Twój smartfon może pomóc Ci podejmować dobre decyzje w kwestii odpowiedzialnych i ekologicznych zakupów? Jak najbardziej! Wystarczy, że zainstalujesz odpowiednie aplikacje. Chciałabym dziś napisać o czterech ciekawych wynalazkach, które na pewno przydadzą się wszystkim świadomym konsumentom. Oczywiście, każdy z nich ma zarówno zalety, jak i wady, ale myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie, a zainstalowanie przynajmniej jednej z aplikacji to krok w dobrą stronę, czyli w kierunku bardziej przemyślanych zakupów.

Good on You

W ostatnich latach dużo mówi się o fatalnych warunkach pracy osób w fabrykach odzieży w państwach azjatyckich. Szczególnie głośno na ten temat zrobiło się po tragicznej w skutkach katastrofie budowlanej w kompleksie Rana Plaza w Bangladeszu, gdzie wytwarzano odzież popularnych w zachodnich krajach marek. Jest coraz więcej osób, którym przeszkadza fakt, że noszone przez nich ubrania wyprodukowano kosztem cierpienia innych ludzi. Takie osoby chciałyby kupować bardziej odpowiedzialnie, nie zawsze jednak wiedzą, gdzie szukać informacji. W tej sytuacji, z pomocą przychodzi stworzona w Australii aplikacja „Good On You”. Jak to działa? Wystarczy wpisać nazwę marki odzieżowej, aby sprawdzić, gdzie plasuje się w pięciopunktowym rankingu.

Najwyższa możliwa ocena to „Great” (czyli świetna – pięć punktów), najniższa -„We avoid” (czyli „unikamy” – jeden punkt). Przy ewaluacji brane są pod uwagę trzy aspekty:

  • ludzie – czyli w jakich warunkach pracują osoby zatrudnione przy produkcji odzieży.
  • środowisko – czyli to, jak dana firma używa zasobów naturalnych, jej wpływ na wodę i powietrze, emisje węglowe oraz użycie chemikaliów.
  • zwierzęta – czyli kwestia tego, czy i w jaki sposób dana marka wykorzystuje produkty pochodzenia zwierzęcego: futra, wełnę, skórę (również od egzotycznych, zagrożonych zwierząt).

Oprócz ogólnej oceny, można też poznać szczegółowy opis działalności danej firmy i dowiedzieć się, które aspekty ewentualnie budzą wątpliwości.

Byłam ciekawa, na jakiej podstawie tworzone są dostępne w aplikacji rankingi, wysłałam więc maila z zapytaniem do organizacji, która ją tworzy. Oto odpowiedź, którą otrzymałam:

„Nasze rankingi bazują na trzech głównych źródłach informacji:

  • Certyfikatach i akredytacjach, takich jak Fairtrade, Global Organic Textile Standard, Ethical Clothing Australia, Fairwear i innych.
  • Badaniach prowadzonych przez organizacje pozarządowe: Rank A Brand, Greenpeace, Shop Ethical i Baptist World Aid.
  • Opublikowanych i ogólnodostępnych, rzetelnych informacjach widocznych na stronach internetowych firmy i w innych miejscach w sieci. Chodzi szczególnie o deklaracje, z których firma może być rozliczana przez konsumentów, inwestorów czy ustawodawców. Bierzemy pod uwagę między innymi zobowiązanie do nieużywania futra lub monitorowanie wpływu na zmiany klimatyczne. Więcej można przeczytać tutaj.

Dzięki aplikacji poznacie oceny większości znanych sieciówek – niestety trudno tu znaleźć dane na temat mniejszych, lokalnych firm. Jeśli Waszej ulubionej marki nie ma w rankingu, możecie zasugerować jej dodanie – jednak zbadanie jej działalności może zająć trochę czasu.

„Good On You” ma także stronę internetową, gdzie znajdziecie ciekawe artykuły związane z etyczną modą. Ja zapisałam się na newslettera i regularnie otrzymuję informacje o nowinkach.

TOO GOOD TO GO

To kolejna po OLIO aplikacja, której zadaniem jest walka z marnowaniem żywności. Dzięki niej, kawiarnie i restauracje mogą informować użytkowników o nadwyżkach jedzenia, których nie udało się sprzedać w ciągu dnia. Klienci natomiast mogą je zakupić po znacznie obniżonej cenie. Wystarczy zamówić przy użyciu aplikacji interesujące nas danie i odebrać w restauracji/kawiarni w wyznaczonym okienku czasowym. Jest to układ korzystny dla wszystkich: klienci oszczędzają pieniądze, a lokale zyskują dodatkowy zarobek, sprzedając posiłki, które w przeciwnym razie musiałyby wylądować w koszu. Wady? Aplikacja jest na razie dostępna jedynie w Wielkiej Brytanii. Stwierdziłam jednak, że warto o niej wspomnieć, bo, jak wiadomo, nasz naród jest na Wyspach licznie reprezentowany. Poza tym, strona Too Good To Go ma już niemiecką, francuską i norweską wersję językową, co może oznaczać, że wkrótce zacznie się pojawiać także w innych europejskich krajach.

Aplikacja Too Good To Go
Źródło zdjęcia: http://toogoodtogo.co.uk/press/
Odbieranie posiłku zdobytego dzięki Too Good To Go. Zdjęcie pochodzi ze strony: http://toogoodtogo.co.uk/press/

Bunny FreE i Leaping BUNNY (CRUELTY FREE)

To aplikacje, dzięki którym sprawdzisz, czy kosmetyki lub produkty do sprzątania były testowane na zwierzętach. Bunny Free to aplikacja stworzona przez PETA, natomiast Leaping Bunny to narzędzie oferowane przez organizację Cruelty Free International oraz jej partnerów w Kanadzie i USA. Zainstalowałam obie aplikacje i oto co o nich myślę:

W mojej opinii Bunny Free jest bardziej przyjazna użytkownikowi, atrakcyjne wizualnie, a informacje prezentuje w bardziej klarowny sposób. Można wyszukać w niej firmy według kategorii: nie testują na zwierzętach (oznaczone logo z króliczkiem) i testują (oznaczone czarnym trójkątem z wykrzyknikiem). Można też zastosować bardziej szczegółowy filtr: istnieje na przykład kategoria: „Working for regulatory change” – oznacza ona firmy, które testowanie na zwierzętach ograniczają do niezbędnego minimum, czyli sytuacji, w których jest to wymagane prawnie przez rząd danego kraju. Aplikacja pozwala także skanować kody kreskowe w sklepach. Skąd jednak pochodzą informacje dostępne w aplikacji? Opierają się one po prostu na deklaracjach firm, które oświadczają, że nie przeprowadzają testów na zwierzętach. Muszą też wypełnić i odesłać krótki kwestionariusz. Oczywiście, firmy składające fałszywe deklaracje ryzykują ogromne straty wizerunkowe w przypadku wycieku informacji o prowadzeniu testów na zwierzętach. Jednak sama deklaracja może wydawać się niewystarczająca jako źródło wiedzy o praktykach firmy.

 

Leaping Bunny jest trochę bardziej toporna w obsłudze (przynajmniej w tej wersji, której używam, czyli dla Androida). Można dzięki niej znaleźć listę firm, które nie testują na zwierzętach, natomiast nie dowiemy się, które marki takie testy prowadzą. Jednak z informacji dostępnych na stronie Cruelty Free International wynika, że marka aspirująca do otrzymania certyfikatu Leaping Bunny musi spełnić szereg bardzo ściśle określonych warunków, między innymi wdrożyć procedury monitorujące praktyki ich dostawców oraz zgodzić się na niezależny audyt weryfikujący zgodność deklaracji z rzeczywistością (więcej tutaj). Dlatego jeśli wybrana przez nas marka wyświetli się w aplikacji Leaping Bunny, możemy być pewni, że została naprawdę bardzo rzetelnie sprawdzona.

 

Więcej na ten temat:

 

Ananas – pierwszy warszawski sklep z wegańskim obuwiem

Każdy, kto zrezygnował z jedzenia produktów pochodzenia zwierzęcego (lub je ogranicza) na pewno przynajmniej raz w życiu usłyszał następujące zdanie: “Co z tego, że nie jesz mięsa/nabiału, skoro nosisz buty zrobione ze skóry? To przecież hipokryzja, itp.” Jednak osoby sięgające po ten argument prawdopodobnie nie wiedzą, że istnieje obuwie wegańskie, które cieszy się coraz większym zainteresowaniem. I to nie tylko wśród wegan. Do niedawna tego rodzaju akcesoriów nie było łatwo zdobyć, ale w marcu tego roku na mapie Warszawy pojawił się Ananas – pierwszy (i jak na razie jedyny) sklep sprzedający tylko i wyłącznie buty wegańskie. Czyli takie, które nie zawierają żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego – ani w materiałach, z których są uszyte, ani w kleju.

Sklep znajduje się przy ulicy Dąbrowskiego 40, niedaleko stacji Metro Racławicka. Prowadzi go w ramach jednoosobowej działalności Kaja, której towarzyszy i pomaga jej chłopak, Michał. Kontrolę nad sklepem sprawuje suczka Stefa, przedstawicielka licznego stadka czworonożnych przyjaciół, którymi opiekuje się ta sympatyczna para. Kaja ma doświadczenie w handlu, ale także w wizażu, wzornictwie i zdobieniu biżuterii – jest więc artystyczną duszą. Michał studiuje socjologię i zajmuje się fotografią – to on jest odpowiedzialny za zdjęcia na stronie internetowej sklepu.

Nazwa sklepu jest nieprzypadkowa – ale o tym za chwilę. Twórcy Ananasa zgodzili się ze mną spotkać i opowiedzieć mi co nieco o genezie i funkcjonowaniu sklepu. Oto czego udało mi się dowiedzieć!

Ananas (zdjęcie: Michał)
Torba z logo Ananasa (zdjęcie: Michał)

Kilka faktów o sklepie Ananas (i nie tylko):

– Zarówno Kaja, jak i Michał są oczywiście weganami. W rodzinie Kai panuje długoletnia tradycja wegańsko-wegetariańska. Produktów zwierzęcych nie jedzą ani jej mama, ani dziadkowie. Ci ostatni ze względu na wyznawaną religię – są bowiem wyznawcami Brahma Kumaris. Z rodzinnej tradycji wynika więc świadomość istniejącego na rynku zainteresowania wegańskim obuwiem. Dzięki temu pojawił się pomysł na inwestycję w sklep specjalizujący się wyłącznie w takich akcesoriach.

– Buty, które można zakupić w Ananasie wykonane są z różnych tworzyw, takich jak: korek, mikrofibra, bawełna z recyklingu, materiał pozyskany z plastikowych butelek oraz, co najciekawsze, z pinatexu, czyli włókien ananasa. W letniej kolekcji zakupimy sandały, espadryle, buty na koturnach i inne. Buty sprowadzane są głównie z Hiszpanii i Portugalii. Marki dostępne w Ananasie to Nae, Slowers i Vesica Piscis. Obecnie Kaja jest na etapie poszukiwania kontaktów i nawiązywania współpracy z innymi markami. W planach jest kolekcja jesienno-zimowa i buty na eleganckie wyjścia.

Buty marki NAE, wykonane z mikrofibry – mam, polecam, bardzo wygodne! (zdjęcie: Michał)
NAE – buty z pinatexu (zdjęcie: Michał)
NAE – klapki z korka (zdjęcie: Michał)
Espadryle – z bambusa i bawełny z recyklingu (zdjęcie: Michał)
Buty marki Vesica Piscis (zdjęcie: Michał)
NAE – buty zakryte (zdjęcie: Michał)

– Oprócz butów w sklepie można dostać ręcznie zdobione dżinsowe kurtki kupowane w second handach, a następnie wyszywane przez mamę Kai. Poza tym w asortymencie znajdują się torby, paski i akcesoria dla psów (smycze, obroże) – oczywiście w 100% wegańskie!

Jedna z ręcznie zdobionych kurtek (autor zdjęcia: Michał)
Wegański pasek marki NAE (zdjęcie: Michał)
Pasek marki Vesica Piscis (zdjęcie: Michał)

– Kaja i Michał są rzecz jasna wielkimi przyjaciółmi zwierząt i środowiska naturalnego w ogóle. Przygarnęli pod swoje skrzydła gromadkę zwierzaków ze schroniska (są właścicielami 3 psów i 3 kotów). Angażują się też w akcje na rzecz Puszczy Białowieskiej.

Stefa (zdjęcie: Michał)

Dlaczego warto kupować w Ananasie:

– Przede wszystkim z empatii dla zwierząt! Twórcy sklepiku udowadniają, że buty wcale nie muszą być zrobione z produktów odzwierzęcych, a przy tym mogą naprawdę dobrze wyglądać i być bardzo wygodne.

– Po drugie – z empatii dla ludzi. Buty marek NAE, Vesica Piscis i Slowers to produkty Fair Trade. Wytwarzane są w Hiszpanii i Portugalii. Ich twórcy dbają o to, żeby ludzie produkujący obuwie (oraz zarabiający np. przy zbiorach ananasa na innych kontynentach) otrzymywali godziwą zapłatę i pracowali w odpowiednich, bezpiecznych warunkach.

– Poza tym, z szacunku dla środowiska. Wegańskie buty często wytwarzane są z materiałów z recyklingu. Dzięki temu, zużyte przedmioty otrzymują drugie życie, a my możemy choć troszkę powstrzymać zaśmiecanie naszej planety.

– Ceny są naprawdę przystępne! Takie same albo niższe niż buty w znanych sieciówkach obuwniczych.

– Kupując w Ananasie, zamiast dofinansowywać i tak już bogate odzieżowe sieciówki, wspierasz pracę miłej, zaangażowanej młodej osoby, która w prowadzenie sklepu wkłada mnóstwo wysiłku, czasu, zasobów i pasji.

– Zakupy w Ananasie to przyjemna alternatywa dla zakupów w głośnych i tłocznych galeriach handlowych, których osobiście nie znoszę. Sklepik leży przy zacisznej i zielonej ulicy Dąbrowskiego w Warszawie. Okolica zachęca do spacerów, a w samym sklepie można uciąć pogawędkę z Kają i Michałem (oraz Stefą!). O wiele bardziej relaksujące i osobiste doświadczenie niż gonitwa po centrum handlowym. Przy okazji, można sporo dowiedzieć się o weganizmie i innych działaniach na rzecz zwierząt i środowiska.

Tak wygląda sklep na Dąbrowskiego! (zdjęcie: Michał)

– Oprócz zakupów w sklepie stacjonarnym, dostępna jest też opcja zakupu z wysyłką.

Więcej na temat:

Strona sklepu na Facebooku: https://pl-pl.facebook.com/ananas.warsaw/

Prezentacja z cyklu TEDx z udziałem dr Carmen Hijosy – twórczyni Pinatexu https://www.youtube.com/watch?v=cUkv4VWIum0

Artykuł na BBC o korzyściach płynących z ograniczenia produktów zwierzęcych: http://www.bbc.com/future/story/20160926-what-would-happen-if-the-world-suddenly-went-vegetarian

Poza tym, Kaja i Michał polecają związane z weganizmem wykłady Melanie Joy i Gary’ego Yourofskiego, również dostępne na YouTube.