„Overbooked”. Recenzja książki Elizabeth Becker.

“Overbooked. The exploding business of travel and tourism” to dzieło obsypanej nagrodami amerykańskiej dziennikarki i dawnej korespondentki New York Times’a. Według mnie – pozycja obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych kwestiami zrównoważonej turystyki i odpowiedzialnego podróżowania. Jeśli zdecydujesz się poświęcić nieco czasu na jej przeczytanie, gwarantuję, że następne wakacje zaplanujesz w sposób bardziej niż do tej pory przemyślany. Zamiast ochoczo zaliczać kolejne punkty z listy „must see”, może poszukasz mniej oczywistych alternatyw?

Są takie miejsca, o których mówi się, że „trzeba je zobaczyć”. Obowiązkowo. Wieża Eiffel’a w Paryżu, Wenecja, świątynia Angkor Wat w Kambodży, Machu Picchu… Przykłady można mnożyć. Żyjemy w czasach, w których coraz więcej osób ma możliwość odwiedzenia tych niegdyś romantycznych i niedostępnych miejsc. To, co dawniej było zajęciem dla wybranych, stało się rozrywką dla tłumów. To dobrze, myślimy sobie, bo podróże kształcą, więc miło, że coraz więcej osób może się w ten sposób intelektualnie ubogacić. To korzystne także dla miejscowych, bo dzięki turystyce mają pracę i zarabiają pieniądze. Prawda jest jednak o wiele bardziej złożona. Turystyka, która jest obecnie jedną z najważniejszych gałęzi światowej gospodarki, a w pewnych krajach wręcz podstawą egzystencji, staje się jednocześnie przyczyną dewastacji środowiska, wyzysku miejscowych pracowników, kulturalnego zubożenia, wzrostu cen…

O książce

Autorka „Overbooked” na jej napisanie poświęciła aż 5 lat. Książka to owoc długoletnich podróży, analizowania materiałów dostępnych w archiwach Światowej Organizacji Turystyki i bibliotek w miejscach takich jak siedziba National Geographic. Również niezliczonych wywiadów i rozmów z pracownikami branży turystycznej, właścicielami biznesów okołopodróżniczych i mieszkańcami obleganych przez turystów miejsc. Dzięki takiemu sumiennemu i wieloaspektowemu podejściu powstało istne kompendium wiedzy o wpływie, jaki turystyka wywiera na środowisko i lokalne społeczności w różnych zakątkach naszego globu. W większości przypadków sprawa przedstawia się dość przygnębiająco.

Każdy rozdział książki to podróż do innego kraju, regionu lub miasta. Nie dam rady omówić tu wszystkich, ale powiem, które najbardziej mnie zainteresowały czy zaszokowały.

Wymarłe miasto

Po pierwsze, Wenecja. Miasto, które w wyobrażeniach wielu osób jawi się jako kwintesencja romantyzmu i wszelkiego czaru już dawno przestała być tym utopijnym miejscem. Zamiast tego w jej miejscu pojawił się skansen, którego zwiedzanie cieszy naiwnych turystów, ale dla „rdzennych” mieszkańców miasta nie ma już w nim miejsca. Zostali wygnani z domów przez rosnące czynsze i ceny życia w ogóle. Tam, gdzie dawniej były ich domy czy rodzinne firemki, mamy obecnie luksusowe butiki znanych światowych marek. Niektóre fabryki wyrabiające kiedyś słynne szkło Murano podupadły i zostały wykupione i przerobione na ekskluzywne hotele, należące do międzynarodowych sieci. Miejscowe sklepiki są pełne luksusowych dóbr oraz pamiątek rodem z Chin. A zwykli mieszkańcy nie mają gdzie kupić podstawowych produktów żywnościowych w przystępnych dla nich cenach.

Dwa oblicza Dubaju

Dalej mamy Dubaj. To wzniesione pośrodku pustyni supermiasto, dla wielu jest synonimem bogactwa i splendoru. Zdaje się mówić całemu światu: „Możemy wszystko, niczego od was nie potrzebujemy.” Dubaj kusi turystów plażami, luksusowymi sklepami, polami golfowymi, wyścigami konnymi, a nawet stokami narciarskimi. Miejscowym władzom zależy na tym, by Dubaj jawił się jako miejsce otwarte i kosmopolityczne. Wykazują też wielką troskę o środowisko, organizując konferencje poświęcone odpowiedzialnej turystyce. Inwestują także w alternatywne formy pozyskiwania energii – słoneczną, wiatrową i nuklearną. To wszystko tylko pozory. Potęgę Dubaju tworzą – w zasadzie – niewolnicy. Pracownicy budowlani to tutaj ubodzy mieszkańcy Indii, Pakistanu, Sri Lanki czy Bangladeszu. Wyzyskiwani przez sprytnych pracodawców , pracujący i mieszkający w fatalnych i zagrażających życiu i zdrowiu warunkach. Zanieczyszczenia generowane przez tego urbanistycznego giganta powodują co roku śmierć ogromnej liczby ryb w rzece Dubai Creek (100 ton w 2009 roku). Konstrukcja sztucznej wyspy, na której następnie wybudowano hotel Atlantis przyczyniła się do zniszczenia jedynej lokalnej rafy koralowej, jak również miejsc, w których kiedyś gnieździły się żółwie. Interesujące (i smutne) jest także to, jak turystyczny i globalny charakter miasta wpływa na zubożenie lingwistyczne tamtejszej ludności. Młodzi mieszkańcy Dubaju żyjąc w tak światowym miejscu posługują się głównie angielskim – jest to jednak angielski bardzo uproszczony, dostosowany do potrzeb komunikacji w podstawowych, życiowych sytuacjach. Jednocześnie zaniedbują ojczysty język arabski i w ten sposób nie władają w pełni ani jednym, ani drugim. Życie w turystycznym, kosmopolitycznym miejscu pozbawiło ich istotnej części tożsamości – własnego języka.

Niezdrowa fascynacja

Wreszcie, Kambodża. Na jej przykładzie autorka omawia zjawisko „mrocznej turystyki”. Chodzi w nim o to, że masy turystów ciągnie obecnie w miejsca, gdzie w przeszłości dochodziło do zbrodni ludobójstwa. Obozy koncentracyjne w Polsce i Niemczech, Kigali w Rwandzie, Sarajewo w Bośni. Jednym z takich miejsc są także Pola Śmierci w Kambodży, które również stały się miejscem pielgrzymek rzeszy turystów. Niby chodzi o to, żeby dawnych zbrodni nie zapominać, uświadamiać przybyszów, uczyć się na błędach, itp. Coś jest jednak nie tak. Dlaczego do turystów mogą przemawiać tylko tak drastyczne obrazy? Czy w masowych wizytach nie ma jakiegoś braku szacunku dla zmarłych? Uderzył mnie w szczególności ten fragment książki dotyczący pól śmierci na południe od Phnom Penh:

„Rząd kazał tam wznieść pomnik utworzony z 8985 czaszek zebranych na miejscu zbrodni.  Kości te nigdy nie zostały poddane religijnym obrządkom ani kremacji wymaganych w religii buddyjskiej. Zamiast tego stały się częścią stałej ekspozycji, niektóre z nich zorganizowano według wieku i płci, ale bez podania imion i nazwisk. Brakuje tu atmosfery świętego miejsca – odnosi się wręcz wrażenie całkowitej profanacji.”*

Ochrona dzikiej przyrody

Aby odejść od ponurych tematów, dodam, że w książce nie brak i pozytywnych przykładów. Jednym z nich jest to, jak tworzenie otwartych dla turystów parków narodowych w Afryce pozwala chronić czy odbudowywać populacje niegdyś zagrożonych wyginięciem dzikich zwierząt. Finansowanie takich miejsc i edukacja lokalnych społeczeństw sprawiła, że zabijane niegdyś na masową skalę zwierzęta zostały wreszcie uznane za lokalny skarb, który należy chronić. Również dlatego, że stanowią gratkę dla turystów, którzy za ich obserwowanie gotowi są płacić konkretne pieniądze. A to z kolei pociąga za sobą tworzenie miejsc pracy, zwiększenie szans na edukację dzieci i rozwój miejscowej gospodarki w ogóle.

Dla kogo lektura?

Książka Elizabeth Becker nie jest na pewno lekką, szybką lekturą, którą przeczytacie w dwa dni w autobusie do pracy. Wymaga skupienia, koncentracji i raczej dobrej znajomości angielskiego – niestety, o ile mi wiadomo, polskie tłumaczenie nie istnieje. Mamy tu do czynienia z dziennikarstwem wysokich lotów, dlatego język na pewno nie jest bardzo prosty. Mimo to, jeśli macie możliwość, sięgnijcie po tę książkę. To wartościowa, rzetelna pozycja, która otworzy Wam oczy na aspekty turystyki, na które wcześniej nie zwracaliście uwagi. I być może sprawi, że całkowicie zmieni Wasze nastawienie do podróżowania i podróżnicze priorytety na kolejne lata. Ja po lekturze wiem, że na pewno nie pojadę do Dubaju. Raczej nie odwiedzę też Wenecji. Chciałabym natomiast poszukać bliskich, lokalnych alternatyw, które zapewnią relaks, odpoczynek, a jednocześnie wsparcie dla małych biznesów. Mam nadzieję, że pomogą mi w tym inne książki z mojej noworocznej listy, o których pewnie napiszę za jakiś czas.

*tłumaczenie własne

Więcej na ten temat:

 

Jak to się robi w Dublinie?

Na początku grudnia miałam okazję ponownie odwiedzić Dublin – miasto, które uważam za swój drugi dom, ponieważ w (całkiem niedawnej) przeszłości spędziłam tam dwa lata swojego żywota. Z pobytem w stolicy Irlandii mam właściwie wyłącznie dobre wspomnienia – na pewno częściowo wynika to z sentymentu, ale też po prostu dlatego, że – przynajmniej na pewnym etapie – jest to świetne miejsce do życia. Niewielkie miasto, gdzie w większość kluczowych miejsc dotrze się piechotą, przyjazne i otwarte społeczeństwo, ciekawa kultura. Wystarczy też wsiąść do podmiejskiej kolejki lub na rower, żeby w krótkim czasie znaleźć się nad morzem i zrelaksować się wędrując po klifach Howth czy podziwiając górzyste krajobrazy Wicklow.

Mimo mojej ogromnej miłości do Irlandii jako kraju oraz sympatii do jej przemiłych mieszkańców, nigdy nie postrzegałam Dublina jako szczególnie ekologicznego miasta. Dublińczycy (zarówno rodowici Irlandczycy, jak i napływowi mieszkańcy ze wszystkich zakątków Europy i świata) ochoczo kupują posiłki w stylowych plastikowych opakowaniach, korzystają też z jednorazowych kubków na piwo i kawę. Z dużą przyjemnością zaopatrują się w wątpliwej jakości odzież w popularnych na Wyspach tanich sieciówkach, które raczej nie słyną z dbałości o sprawiedliwe i etyczne warunki produkcji. Kulminacja tych upodobań następuje w okolicach świąt Bożego Narodzenia czy Dnia św. Patryka, a także w letnie, ciepłe dni, kiedy akurat nie pada deszcz. Ulice tętnią wtedy życiem, konsumpcja kwitnie, a rzeką Liffey do morza spływają konkretne ilości plastikowych śmieci.

Ale nie bądźmy tacy negatywni – tak jak w każdym mieście, w Dublinie również można znaleźć ciekawe miejsca i inicjatywy promujące bezodpadowe życie, ekologiczny transport czy zrównoważoną modę. Gdybyście kiedyś planowali odwiedzić to sympatyczne miasto, może przyda Wam się mój subiektywny eko-przewodnik. Zapraszam do lektury!

Dublin i zero waste

Po roku nieobecności na Szmaragdowej Wyspie rzuciło mi się w oczy, że i tutaj zagościła moda na bezodpadowy styl życia. W marcu tego roku w mieście zagościła słynna Bea Johnson, która wygłosiła wykład na temat bezodpadowego życia w dublińskim Trinity College. W irlandzkiej stolicy pojawia się coraz więcej miejsc, gdzie na zakupy można przyjść z własnymi opakowaniami. Jednym z takich miejsc jest Hopsack w dzielnicy Rathmines. Jest to sklep ze zdrową, ekologiczną żywnością i naturalnymi kosmetykami, posiadający również swój kącik zero waste, do którego można przyjść po zakupy z własnym opakowaniem.  Absolutnym hitem w sklepie jest maszyna przetwarzająca orzechy na masło orzechowe, którym następnie napełnia przyniesiony przez klienta słoik. Można tu także przynieść do ponownego napełnienia opakowania po ekologicznych płynach do prania i innych środkach czystości.

Bezodpadowy kącik w sklepie Hopsack.
Tutaj można ponownie napełnić opakowanie po płynach do prania.
Na naszych oczach ta magiczna maszyna przerabia orzechy na świeżutkie masło orzechowe, które ląduje prosto do przyniesionym przez nas słoiku – sam proces nie wygląda zbyt zachęcająco, ale już za chwilę słój wypełni się pysznym, świeżutkim masełkiem.

 

W Hopsacku można się też zaopatrzyć w kubki wielokrotnego użytku.

Ekologiczną, zdrową żywność, często z certyfikatem Fair Trade można też zakupić w kooperatywie Dublin Food Coop zlokalizowanej w okolicach centrum, blisko słynnej katedry św. Patryka – czyli jednego z najbardziej popularnych punktów na turystycznej mapie stolicy.

Na uwagę zasługuje także mała firma o nazwie Bring Your Own, sprzedająca mąki, kasze, ryż i różnego rodzaju nasiona do opakowań przyniesionych przez klienta. Oprócz sklepu stacjonarnego w dzielnicy Drumcondra, firma ma też wędrujące stoiska pojawiające się okazjonalnie na różnego rodzaju festiwalach, świątecznych jarmarkach oraz w parkach miejskich. Daty i miejsca, w których pojawiają się takie stoiska są obwieszczane na stronie firmy na Facebooku.

Kolejnym interesującym biznesem w duchu bezodpadowym jest Minimal Waste Grocery – jest to głównie sklep online, proponujący zakupy z dostawą do domu.  Można zakupić u nich, między innymi, owoce, orzechy, przyprawy, a także produkty do sprzątania. Pierwsze zakupy przyjeżdżają do klienta w papierowych torbach, ale przy dostawie można przekazać pracownikowi firmy swoje własne pojemniki do wypełnienia przy kolejnym zamówieniu.

Jeśli chodzi o kosmetyki, to w Dublinie funkcjonują aż dwa sklepy mojej ukochanej firmy Lush. Każda wizyta w takim miejscu to dla mnie źródło dziecinnej radości – ze względu na unoszące się tam słodkie zapachy i wszechobecne, piękne kolory. W Lush zakupimy nietestowane na zwierzętach szampony w kostce, mydła, perfumy czy produkty do makijażu, a dużą część tych specyfików można spakować do funkcjonalnych pudełek wielokrotnego użytku.

Walka z marnowaniem żywności

W Dublinie działa projekt Food Waste Heroes – jest to grupa wolontariuszy, luźno powiązana z OLIO. Jeden z moich przyjaciół – Malte – jest aktywnym członkiem tej grupy. Wolontariusze porozumiewają się przy użyciu grupy na Whatsappie i w ten sposób umawiają się na ratownicze dyżury. Ich działanie polega na regularnym wieczornym odbieraniu niesprzedanego pieczywa z sieci supermarketów Dunnes. Pieczywo to jest następnie rozdawane na ulicach Dublina. Chleb i bułki trafiają do zainteresowanych przechodniów, a także do osób bezdomnych, których na ulicach miasta jest niestety coraz więcej.

Zrównoważona moda

Jak już wspomniałam, najpopularniejszymi miejscami na zakupy odzieżowe w Dublinie są wszechobecne sieciówki. Jednak na mapie miasta można znaleźć też perełki – małe sklepy, w których można zaopatrzyć się w oryginalną, świetnej jakości odzież wyprodukowaną w sposób respektujący środowisko i prawa pracowników. Moim ulubieńcem jest sklepik Scout na Temple Barze – tętniacej życiem pubowej i kulturalnej dzielnicy Dublina.  W Scoucie można zakupić irlandzki design, piękne szale, czapki, rękawiczki i koce. Sklep oferuje też spodnie, koszulki, torby i swetry z certyfikatem Flocert. Kiedy mieszkałam w Dublinie zakupiłam tu trapezowy sweter w granatowe i białe paski oraz zimową czapkę – obie rzeczy według mnie piękne i doskonałej jakości. Oczywiście, za każdą z nich musiałam zapłacić sporo więcej niż w zwykłej sieciówce, ale wiem, że są to elementy garderoby na tyle uniwersalne i porządnie wykonane, że z pewnością będą służyć mi przez długie lata.

Sweterki z certyfikatem Flocert w Scoucie.

 

W zeszłym roku zakupiłam sobie podobną czapeczkę.
W Scoucie można też kupić piękne szale i koce.
Zrównoważony transport

Chociaż uwielbiam jazdę na rowerze, mieszkając w Dublinie nigdy nie czułam się pewnie korzystając z tego środka transportu. W mieście jest bardzo niewiele ścieżek rowerowych, rowerzyści są więc zmuszeni poruszać się po jednej drodze z samochodami i autobusami. Niektórzy nie mają z tym problemu, inni (tak jak ja) czują się w takiej sytuacji co najmniej niekomfortowo. Problemy te dostrzegają członkowie organizacji Dublin Cycling Campaign, którego aktywną członkinią jest moja koleżanka Giulia. Jest to grupa wolontariuszy aktywnie działająca na rzecz poprawienia miejskiej infrastruktury, tak aby rowerzyści mogli czuć się swobodnie i bezpiecznie. Wśród członków organizacji są eksperci od transportu i planowania miejskiego, a także po prostu ludzie, którzy chcą żyć w mieście przyjaznym rowerzystom. Grupa promuje rower jako zrównoważony środek transportu, organizuje warsztaty i wydarzenia, wnioskuje w Radzie Miasta o tworzenie odpowiedniej dla rowerzystów infrastruktury (rowery miejskie czy ścieżki rowerowe). Są też obecni jako jedna z formacji biorących udział w corocznej paradzie św. Patryka.

Wegańska i wegetariańska kuchnia

Irlandczycy są wielkimi pasjonatami kuchni mięsnej (i raczej niezbyt zdrowej), niemniej w Dublinie znajdziecie sporo interesujących miejsc z kuchnią wegańską i wegetariańską. Moim niekwestionowanym numerem jeden na liście jest Sova Vegan Butcher – przytulna, klimatyczna knajpka prowadzona – notabene – przez Polaków. Serwowane przez nich dania w niczym nie przypominają bezkształtnej warzywnej papki oferowanej przez wiele innych jadłodajni w kategorii „wegańskie/wegetariańskie”. Wręcz przeciwnie – każde danie w Sovie to małe dzieło sztuki. Skosztujecie tam między innymi placków ziemniaczano-kalafiorowych w sosie szafranowo-grzybowym z dodatkiem tartego, wędzonego tofu lub roladę z „indyka” (w tym przypadku rolę „indyka” gra seitan) nadziewaną żurawiną i szałwią, podawaną w rozmarynowym sosie, z brukselkami i pasternakowym puree. Zdjęcia niektórych dań możecie obejrzeć tutaj.

Więcej na ten temat:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak to się robi w Budapeszcie?

W zeszłym tygodniu miałam okazję spędzić kilka dni w Budapeszcie. Była to dla mnie czwarta już wizyta w węgierskiej stolicy i za każdym razem robi ona na mnie to samo piorunujące wrażenie. Jak dla mnie jest to miasto, które ilością ciekawych miejsc do zwiedzenia może się równać z najsłynniejszymi stolicami zachodnioeuropejskimi, typu Rzym czy Paryż. O tym jednak, co zwiedzać w Budapeszcie poczytacie  w każdym przewodniku turystycznym czy na setkach stron internetowych poświęconych temu miastu. Ponieważ jednak jest to blog ekologiczny, chciałabym przedstawić Wam mój własny, mały, subiektywny przewodnik po miejscach, które w jakiś sposób angażują się w działania przyjazne środowisku. Może też je kiedyś odwiedzicie?

Jednocześnie będzie to pierwszy wpis z cyklu „Jak to się robi w…”, w którym co jakiś czas będę publikować wpisy dotyczące ekologicznych inicjatyw w odwiedzanych przeze mnie miastach europejskich (i mam nadzieję, że nie tylko). Zapraszam na małą fotorelację!

Printa

Adres: Budapest, Rumbach Sebestyén u. 10, 1075 Węgry

Printa to sklep z odzieżą i designem pochodzącymi w większości z upcycklingu, produkowaną na miejscu, na zapleczu sklepu przez lokalnych artystów. Znajdziecie tu oryginalne, piękne ubrania i akcesoria, a także artykuły dekoracyjne i wyposażenie domów. Ubrania i dodatki, które znajdziecie w sklepie powstają z materiałów pozyskanych w second handach, a także, między innymi ze starego sprzętu używanego przez wojsko czy marynarzy. Nie brzmi zachęcająco? Sami zobaczcie, co można w ten sposób stworzyć!

Torebki, które tu widzicie zostały zrobione z kupionych w lumpeksach starych skórzanych kurtek i płaszczy.

 

Te oversize’owe płaszcze zostały wykonane z kocy używanych przez wojsko.
A tak wyglądają plecaki uszyte z materiału, który w poprzednim życiu służył jako… żagiel.
Koszulka z bawełny pochodzącej z recycklingu oraz z… plastikowych butelek.
Na terenie sklepu znajduje się też mała wystawa poświęcona tematyce zero waste i dział z przyjaznymi środowisku akcesoriami domowymi.

 

Można tu zakupić między innymi takie oto pojemniki na żywność wykonane ze starych butelek po winie. A że akurat Węgry to winiarska potęga, to na brak materiałów artyści z Printy na pewno nie mogą narzekać.
A oto, gdzie powstaje dostępny w sklepie towar. Zaplecze sklepu jest jednocześnie miejscem produkcji.
Prezent

Adres: Dobrentei utca 16., Budapeszt 1013, Węgry

W jednej z uliczek w okolicy słynnego Wzgórza Zamkowego, znajduje się niewielki sklep z odzieżą i lokalnym designem. Dostaniecie tutaj ubrania wykonane z organicznej bawełny z certyfikatem GOTS, wykonane przez lokalne, węgierskie zakłady produkcyjne. Widzieliśmy tu wspaniałe plecaki, bluzy, koszulki, czapki, szaliki i wiele innych świetnej jakości akcesoriów. Prezent to także miejsce dla tych, którzy mają dość kiczowatych pamiątek made in China i chcieliby kupić coś bardziej trwałego, przydatnego i gustownego. Dostaniecie tu między innymi oryginalne pocztówki i stylowe grafiki do powieszenia na ścianie, wykonane na papierze pochodzącym z recyklingu.

Zwiedzając okolice przepięknego Wzgórza Zamkowego, bez trudu znajdziecie ten mały, przytulny sklepik. Poznacie go po takim o to szyldzie!
Bluza wyprodukowana na Węgrzech z certyfikowanej bawełny GOTS.
Ekologiczny design w Prezencie
…i jeszcze kilka akcesoriów.
Restauracje Napfenyes

Adresy:

1) Ferenciek tere 2 , Budapeszt, Węgry 1053

2) 1077, Rózsa u. 39

Madziarska kuchnia jest chyba jedną z najciekawszych i najsmaczniejszych w Europie. Słynie z treściwych zup i sosów, często doprawianych papryką, no i oczywiście ze świetnego wina. Niestety, większość węgierskich narodowych potraw bazuje na mięsie. Co więc mają zrobić wegetarianie odwiedzający węgierską stolicę? Dla nas odpowiedzią na to pytanie okazała się restauracja Napfeneyes. Podczas naszego pięciodniowego pobytu odwiedziliśmy ją cztery razy i nie czuliśmy potrzeby szukać czegokolwiek poza tym. W Napfenyes można spróbować specjałów kuchni węgierskiej w wersji wegańskiej. Jedliśmy między innymi wegańskie gołąbki podawane z dodatkiem kiszonej kapusty, pieczeń z seitanu serwowaną na smażonych ziemniakach z ogórkiem kiszonym i wegańską wersję węgierskiego gulaszu – z czerwonej fasoli i innych warzyw. Nie zabrakło też dań charakterystycznych dla kuchni innych krajów: można zjeść tam pizzę, falafel czy słynną francuską zupę cebulową. Wszystkie dania są bardzo sycące i naprawdę pyszne. W restauracji znajdziecie też wybór słodkości – tradycyjne węgierskie czy austriackie torty, ciasta i wiele innych – wszystko w wersji wegańskiej.

Uliczne obserwacje…
Na Wzgórzu Zamkowym i w jego okolicach znajdziecie takie oto źródełka z wodą pitną – możecie napełnić nią Wasze wielorazowe butelki czy bidony. Ich lokalizacja podana jest na mapach turystycznych wywieszonych w kilku kluczowych miejscach na Wzgórzu.
To chyba też upcykling? Stare zdezelowane pianino otrzymało drugie życie w postaci grządki kwiatowej.

 

Więcej na ten temat:

 

 

 

 

 

Jesienny Cieszyn i wystawa o tematyce zero waste

W ostatni weekend miałam okazję odwiedzić Cieszyn – miasto, które znam od dzieciństwa i do którego zawsze chętnie wracam. Tym razem, oprócz wizyty u cioci, miałam jeszcze jeden cel wyprawy – obejrzenie wystawy o tematyce gospodarowania odpadami, zorganizowanej na Zamku Cieszyńskim. Tytuł wystawy to „Dizajn w przestrzeni publicznej. Mamy problem?”, a jej motto stanowią słowa komisarza europejskiego Janeza Potočnika, który w 2014 roku powiedział „Nie ma już odpadów, ale są zasoby – dzisiejsze odpady to jutrzejsze kopalnie”.  W myśl tej idei, wystawa prezentuje fotografie, filmy i opisy różnego rodzaju inicjatyw i wynalazków służącym ograniczeniu liczby odpadów oraz kreatywnemu wykorzystaniu tych już wyprodukowanych. Na wystawie poznamy rozwiązania wdrożone zarówno w Polsce, jak i w innych krajach; inicjatywy małych lokalnych społeczności i zaawansowane projekty technologiczne i naukowe. Choć doniesienia ze świata nauki w kwestii wpływu ludzkiej działalności na środowisko każą widzieć przyszłość w najczarniejszych barwach, to jednak z tej wystawy wyszłam z szerokim uśmiechem, pełna podziwu dla ludzkiej inwencji.  Wystawa zajmuje niewielki obszar – tylko jedną małą salę. Mimo to, udało się tam zaprezentować tyle fascynujących pomysłów, że zwiedzałam ją z zapartym tchem, a przygotowując niniejszy wpis miałam poważny problem z decyzją, które z nich pokazać na blogu – nie mogę przecież opisać wszystkich! Po długim namyśle, wreszcie dokonałam selekcji pomysłów, które według mnie są warte szczególnej uwagi. Zapraszam na małą fotorelację – z wystawy i nie tylko.

Wchodzimy do Zamku…
Naklejki z napisami w alfabecie Braille’a powstały w ramach projektu „Segreguję – nie widzę przeszkód”. Jest to inicjatywa mająca pomóc osobom niewidomym i słabo widzącym w sortowaniu odpadów.
Projekt powstał dzięki współpracy grupy ENERIS z Fundacją na Rzecz Osób Niewidomych oraz Słabo Widzących VEGA, Polskim Związkiem Niewidomych i Towarzystwem Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Osoby potrzebujące takiego ułatwienia mogą bezpłatnie otrzymać naklejki.
Tusz produkowany ze … smogu. Używany jest do wypełniania długopisów, a także do projektów artystycznych studentów szkół sztuk pieknych.
Na pomysł pozyskiwania tuszu ze smogu wpadło w 2013 roku czterech naukowców z Cambridge. Wymyślili oni technologię o nazwie KAALINK – pozwala ona przechwycić zanieczyszczenia i przekształcić je w tusz – Air-Ink. Zebrane zanieczyszczenia są uprzednio oczyszczane z metali ciężkich i substancji rakotwórczych.
Świetna inicjatywa na naszym rodzimym podwórku! W Pile powstała tzw. Repair Cafe – czyli kafejka, w której wolontariusze – lokalne złote rączki – bezpłatnie naprawią przyniesione przedmioty. Można tam spotkać m.in. speców od komputerów, krawcową czy ostrzyciela noży.
Cegły z recyklingu. Autorami tego projektu zatytułowanego Stone Cycling są dwaj Holendrzy – Tom van Soest i Ward Massa. Stworzyli oni coś w rodzaju gigantycznego blendera, w którym można „zmielić” kłopotliwe odpady – stare umywalki, toalety, płytki łazienkowe. W ten sposób pozyskuje się materiał do produkcji cegieł.
Częściowo podziemny system składowania odpadów w Czerwionce-Leszczynach. Pozwala on na magazynowanie znacznie większej ilości odpadów (część podziemna kontenera ma 3 metry sześcienne). Gdy pojemnik jest wypełniony, elektroniczny system powiadamia o tym zarządcę, co umożliwia odbiór śmieci w optymalnym momencie.
Klimatyzator bez prądu…z plastikowych butelek. To innowacyjna, choć prosta, metoda chłodzenia domów wymyślona przez wynalazcę Ashisa Paula. Projekt ten wdrożono w Bangladeszu, gdzie temperatury bywają ekstremalnie wysokie, większość ludności mieszka w domach z blachy, zaś ulice często zalane są plastikowymi odpadami. To się nazywa strzał w dziesiątkę!
W zamkowym sklepiku, obok książek, pamiątek i lokalnego designu, na czas wystawy utworzono stoisko o tematyce ekologicznej.

Jeśli chcecie poznać więcej pomysłów, a do Cieszyna nie macie daleko, zachęcam do obejrzenia tej tematycznej ekspozycji.  Wystawa niestety trwa już tylko do 22 października – może jeszcze uda Wam się załapać. Jeśli nie zdążycie jej zobaczyć, to sam Cieszyn także jest wart uwagi. Przekonajcie się sami!

Magia Cieszyna

To malownicze miasteczko położone nad Olzą (lewobrzeżna część należy już do Czech) mimo niewielkich rozmiarów może poszczycić się bogatym życiem kulturalnym – odbywają się tu liczne koncerty, festiwale, konferencje, wystawy i sztuki teatralne. Znajdziecie tu sporo urokliwych restauracji i kawiarni, napijecie się piwa z Browaru Zamkowego i znajdziecie wiele miejsc na długie spacery, w czasie których możecie podziwiać panoramę miasta, klimatyczną Starówkę czy pasma pobliskiego Beskidu. Czas płynie tu wolniej niż w dużych miastach, zachęcając do leniwego kontemplowania rzeczywistości – być może to wpływ bliskości przyrody i zrelaksowanego sposobu bycia naszych południowych sąsiadów.

Widok na jesienny Cieszyn ze Wzgórza Zamkowego.
Romańska rotunda św. Mikołaja. Jeśli macie przy sobie banknot 20-złotowy, przyjrzyjcie się mu dokładnie. Poznajecie?
Kornel i Przyjaciele. Przytulna księgarnio-kawiarnia na cieszyńskiej Starówce. Nazwa to ukłon w stronę pisarza Kornela Filipowicza.
Cieszyńska Wenecja – domy i knajpki usytuowane wzdłuż kanału. Warto przyjść tu też wiosną, w okresie kwitnienia magnolii.
Nad Olzą…
Jesienny Cieszyn zachęca do długich spacerów.
Więcej na ten temat:

 

WWOOF, czyli wolontariat na organicznej farmie

Na początku tego roku miałam (prawdopodobnie) niepowtarzalną okazję podróżować przez 3 miesiące po Ameryce Południowej (więcej można przeczytać tutaj). Oczywiście, cała podróż była niezapomnianym przeżyciem, ale myślę, że na szczególną uwagę zasługuje 2-tygodniowy wolontariat na organicznej farmie w Argentynie, w regionie Mendoza, w ramach organizacji WWOOF. Chcecie dowiedzieć się, jak to działa? Zapraszam do lektury!

Co to jest WWOOF?

WWOOF – World Wide Opportunities on Organic Farms to sieć organizacji krajowych, która umożliwia kontakt właścicieli farm organicznych i osób zainteresowanych wolontariatem na takiej farmie.  Lokalne organizacje WWOOF istnieją w większości krajów świata. Każde państwo ma oddzielną stronę internetową, na której można znaleźć oferty wolontariatu. Za dostęp do bazy danych należy uiścić jednorazową opłatę – w przypadku Argentyny było to 30 EUR, ale ceny w poszczególnych krajach mogą się lekko różnić. Po dokonaniu wpłaty otrzymuje się drogą mailową listę zarejestrowanych farm w danym kraju. Lista zawiera dokładny opis farmy, lokalizację, informacje o właścicielach i pracach, jakie wykonują na farmie. A także dane kontaktowe do gospodarzy. Czasem można też obejrzeć zdjęcia z danego miejsca.

WWOOF nie pośredniczy już w dalszym kontakcie, należy wysłać maila lub zadzwonić bezpośrednio do właścicieli farmy i umówić się z nimi na pobyt. Niektórzy właściciele określają minimalną długość pobytu, inni są dość elastyczni. Tak też było w naszym przypadku – chcieliśmy przebywać na farmie nie dłużej niż 2 tygodnie i nie było z tym żadnego problemu. Właściciele farmy zapewniają wolontariuszom wyżywienie i zakwaterowanie na czas pobytu w zamian za pomoc w pracy w gospodarstwie. Nam zależało bardzo, żeby znaleźć farmę w Mendozie, która słynie z produkcji wina. Mieliśmy nadzieję pozwiedzać przy tej okazji miejscowe winnice i spróbować trochę lokalnego winka.

Winnica w Mendozie. Zdjęcie: makeitabetterplace
Dlaczego zdecydowaliśmy się na WWOOF?

Były dwa główne powody. Po pierwsze – podróżując przez kilka miesięcy, trzeba uważać, żeby nie przekroczyć pewnego budżetu. Chcieliśmy odwiedzić Mendozę, a WWOOF wydał nam się świetną opcją, żeby oszczędzić na zakwaterowaniu i noclegu. Po drugie – chcieliśmy spędzić trochę czasu w niekonwencjonalny sposób. Oprócz typowo turystycznych miejsc, mieliśmy ochotę odwiedzić jakieś mało znane, prowincjonalne miasteczko, gdzie ludzie żyją własnym rytmem, niezakłócanym przez najazdy turystów. I od podszewki poznać życie argentyńskiej rodziny.

Nasz wolontariat w Mendozie

Z tym mało znanym miejscem nam się udało. Trafiliśmy do miejscowości General Alvear, która nie słynie z żadnych atrakcji turystycznych (poza tym, że leży w sercu słynnego regionu winiarskiego). Liczba mieszkańców to 30 tysięcy, a najbliższe większe miasto to San Rafael, oddalone o ok.100 km.

Na miejscu spodziewaliśmy się zastać starych, doświadczonych farmerów. Nic bardziej mylnego. Powitał nas 31-letni Carlos, jego 25-letnia żona Ayelen oraz ich 9-miesięczna córeczka Aneley (swoją drogą chyba najbardziej urocze, bezproblemowe dziecko, jakie zdarzyło nam się spotkać). Jeszcze do niedawna Carlos pracował w jednej z fabryk w prowincji Buenos Aires, marzył mu się jednak zupełnie inny styl życia. Dlatego kupił kawałek ziemi w General Alvear, gdzie mieszkali już jego teściowie oraz brat Ayelen z żoną i dzieckiem.  Na tym kawałku ziemi postawił z pomocą przyjaciół małą chatkę i założył farmę. Choć w tym przypadku farma to za dużo słowo. Jest to po prostu niewielki ogród, w którym Carlos i Ayelen hodują owoce, warzywa i zioła, służące wyłącznie do ich własnego użytku, nie na sprzedaż. Mają też 6 kur, które hodują wyłącznie dla jajek, nie dla mięsa, są bowiem wegetarianami.  Dzięki ogrodowi, jego właściciele są właściwie samowystarczalni. 80% produktów, które lądują na ich stole pochodzi z ich własnej uprawy. Czasem wymieniają się też z sąsiadami hodującymi inne rośliny. W sklepie zaopatrują się jedynie w chleb, mąkę, kasze, makaron i tym podobne artykuły.  I wino, które w tym regionie jest bardzo tanie.  A skąd pieniądze na zakupy, skoro farma nie przynosi zysków? Oprócz uprawy ogrodu, nasi gospodarze trudnią się też rękodziełem – produkują biżuterię i naczynia, głównie do picia yerby mate. Swoje produkty sprzedają później na lokalnych targach, głównie w sezonie letnim.

Pierścionki produkowane ręcznie przez Ayelen i Carlosa. Zdjęcie: makeitabetterplace
Na czym polegała praca?

Naszym głównym zadaniem było przygotowanie ogródka zimowego. Carlos wyznaczył nam kawałek ziemi porośnięty trawą, który mieliśmy przekopać i usunąć trawę i chwasty, tak żeby w przyszłości można tam było sadzić warzywa. Niby nic wielkiego, ale trzeba wziąć pod uwagę fakt, że nasz pobyt na farmie wypadł w lutym – czyli w środku upalnego lata. W tym czasie temperatury w Mendozie sięgają prawie 40 stopni Celsjusza. Praca w ogrodzie była więc możliwa jedynie wcześnie rano lub wieczorem. Tak naprawdę tylko od nas zależało, kiedy i przez ile czasu będziemy pracować. Carlos w ogóle nas nie kontrolował ani nie wydawał żadnych poleceń. To bardziej nam zależało, żeby nasz krótki pobyt przyniósł gospodarzom jakieś korzyści. Dlatego staraliśmy się wstawać dość wcześnie i zaczynaliśmy pracę, kiedy nasi gospodarze jeszcze smacznie spali.

Jeśli chodzi o pozostałe zajęcia, to od czasu do czasu mieliśmy coś ugotować lub pomagaliśmy Carlosowi i Ayelen w produkcji ich rękodzieła.

Oprócz nas na farmie było kilkoro innych wolontariuszy: Niemka, Amerykanka i para Francuzów z psem. Każdy miał własny przydział zadań. Podczas gdy my kopaliśmy w ogródku, pozostali sadzili roślinki, gotowali, pracowali przy budowie suchej toalety lub karmili kury.

A tak wyglądał teren, na którym pracowaliśmy. Zdjęcie: makeitabetterplace
Czy WWOOF to tylko praca?

Absolutnie nie! W ciągu tych dwóch tygodni spędzonych na farmie mieliśmy sporo czasu wolnego. Zwiedziliśmy między innymi małą lokalną winnicę „Cavas del Artesano”, po której oprowadzili nas przemili pracownicy. Zorganizowali dla nas darmową degustację kilku rodzajów wina, a później odwieźli nas z powrotem do centrum miasta. Co bardzo doceniliśmy, bo nie mieliśmy najmniejszej ochoty na 5-kilometrowy spacer w najgorszym upale.

Bodega „Cavas del Artesano”
Zdjęcie: makeitabetterplace
Degustacja wina w „Cavas del artesano”
Zdjęcie: makeitabetterplace

Przede wszystkim jednak WWOOF to spotkania z ludźmi. Spędziliśmy bardzo wiele czasu z naszymi gospodarzami, ich rodzicami, rodzeństwem, dziećmi. Bardzo często z niezapowiedzianą wizytą wpadali też przyjaciele Carlosa i Ayelen. W takich chwilach praca schodziła na dalszy plan. Trzeba było obowiązkowo zasiąść przy stole i napić się yerby mate. Przygotowywaliśmy wspólnie posiłki, piliśmy pyszne i tanie wino sprzedawane w Mendozie w 5-litrowym bukłakach. Carlos w ogrodzie ma gliniany piec, w którym wieczorami przygotowywaliśmy kolacje, prowadząc przy tym długie rozmowy. Nasi gospodarze to bardzo inteligentni, ciekawi świata ludzie. Wypytywali nas o wszelkie aspekty życia w Polsce, o której wiedzieli niewiele, ale bardzo chcieli usłyszeć jak najwięcej. My z kolei dowiedzieliśmy się wiele o problemach, z którymi boryka się Argentyna. Wieczory spędzane w ogrodzie były bardzo przyjemne, a gwiaździste niebo nad Mendozą to niezapomniany widok.

Wieczór zapadający na farmie.
Zdjęcie: makeitabetterplace
Zupełnie inny świat

W czasie pobytu na farmie zetknęliśmy się ze stylem życia, który kompletnie różni się od naszego. My, Europejczycy, żyjemy według harmonogramu: rano praca, po południu zakupy, gotowanie, dodatkowe zajęcia, spotkanie z rodziną lub znajomymi o wyznaczonej porze. Ludzie, których poznaliśmy w Mendozie nie mają tak ścisłego grafiku. Wstają, pracują, kładą się spać, kiedy chcą. Zawsze znajdzie się czas na spontaniczne spotkanie z przyjaciółmi, przyjęcie niezapowiedzianych gości, kilkugodzinny posiłek z rodziną. Żyją z tego, co sami wyprodukują. Oczywiście, wiążą się z tym pewne konsekwencje – mianowicie, dysponują bardzo małymi ilościami gotówki. Znane nam przyjemności, takie jak wyjścia do restauracji, kina czy wyjazd na wakacje to dla nich abstrakcja. Nawet wyjazd do najbliższego miasta na targi rękodzieła to poważne obciążenie budżetu – muszą martwić się, czy sprzedadzą wystarczająco, aby wyjazd się zwrócił. Czy takie życie jest lepsze od naszego? Tego nie wiem. Na pewno jest inne i bardzo ciekawe. Ja jestem osobą dość zorganizowaną, cenię sobie stabilizację i poczucie bezpieczeństwa. Natomiast ludziom z General Alvear zazdroszczę na pewno życia w zgodzie z naturą i tego, że nigdy nie brak im czasu na spotkania z rodziną i przyjaciółmi.

Carlos przy produkcji rękodzieła.
Zdjęcie: makeitabetterplace
Czy WWOOF spodoba się każdemu?

Chciałabym napisać, że tak. Ale odpowiedź jednak brzmi zdecydowanie nie. To na pewno nie jest opcja dla ludzi, którzy lubią wygodę i luksusy. W czasie pobytu na farmie spaliśmy w namiocie. Przy panujących tam upałach namiot bardzo szybko się nagrzewa, więc musieliśmy (chcąc tego czy nie) wstawać wcześnie rano, a powrót do namiotu możliwy był dopiero późnym wieczorem. Nie mieliśmy więc tak naprawdę miejsca na odpoczynek w ciągu dnia. Kolejna kwestia to higiena. Dzieląc maleńką, prowizoryczną łazienkę z 7 innymi osobami, nie można pozwolić sobie długie kąpiele ani staranną pielęgnację. Gdy dojdzie do tego praca w ogrodzie…. Możecie tylko wyobrazić sobie wygląd naszych paznokci po tych dwóch tygodniach! Na farmie nie ma też Internetu, telewizji, radia. Żeby połączyć się z Wifi trzeba iść na stację benzynową, około 20 minut piechotą. Niech zapomną więc o WWOOF osoby uzależnione od Facebooka lub sprawdzania skrzynki mailowej (chyba że chciałyby odbyć detoks). Ponadto, praca bywa ciężka, więc raczej trzeba być zdrowym i mieć dobrą kondycję fizyczną.

Komu więc spodoba się WWOOF? Na pewno wszystkim osobom, które lubią poznawać nowych ludzi, są otwarte na nowe perspektywy, interesują się światem. Wszystkim, którzy kochają bliskość natury, cenią sobie kontakty międzyludzkie i lubią od czasu do czasu odciąć się od cywilizacji. I tym, którzy lubią podróżować, uczyć się języków, robić coś pożytecznego. Jeśli nie obawiacie się skromnych warunków i nie macie nic przeciwko pracy fizycznej – gwarantuję, że WWOOF będzie niezapomnianą przygodą.

WWOOF i ekologia

Pobyt na farmie był jednym z najbardziej ekologicznych doświadczeń w naszym życiu! Dlaczego? Wymienię kilka powodów:

– po pierwsze: szacunek dla jedzenia. Jak już wspomniałam, nasi gospodarze żywią się głównie tym, co sami wyhodują lub dostaną od innych okolicznych hodowców. Z niepokojem wyglądają przez okno, gdy na horyzoncie pojawiają się burzowe chmury, mogące zagrozić ich uprawom. Mają też ograniczone środki finansowe na zakupy spożywcze. Dlatego żywność traktują z wielkim respektem i każdy produkt wykorzystują w 100%. Nie pogardzą też „brzydkimi” owocami, znalezionymi na ziemi, na które my, rozpieszczeni Europejczycy, nawet byśmy nie spojrzeli.

– po drugie – ograniczanie odpadów. Carlos i Ayelen to prawdziwi mistrzowie życia „zero waste”. Dla nich nie ma śmieci, są tylko zasoby. Na przykład, ich dom, a także domek dla wolontariuszy oraz sucha toaleta są skonstruowane między innymi z pustych butelek. W ich kuchni stoją krzesła znalezione na śmietniku. Kiedy miałam coś do wyrzucenia, na przykład opakowanie po kremie, wiedziałam, że wystarczy dać je Carlosowi, a on już coś wymyśli. Oczywiście, mają też bardzo przemyślany system segregacji odpadów!

– po trzecie – wegetarianizm. Nasi gospodarze nie jedzą w ogóle produktów mięsnych. Na ich stół od czasu do czasu trafiają jajka od ich własnych kur (które notabene odratowali z jakiejś bardzo nieprzyjemnej hodowli), dlatego jeśli tak się dzieje, to jest to wielki rarytas. Ich kuchnia jest głównie roślinna, ale naprawdę pyszna! Byliśmy zachwyceni kreatywnością Ayelen w wymyślaniu kolejnych potraw. Jej kuchnia była prosta, ale bardzo smaczna. Faszerowane cukinie, bakłażany, domowe przetwory, pesto z quinoi i bazylii, argentyńskie empanadas o różnych nadzieniach…. Codziennie jedliśmy coś innego.

Pyszne empanadas. W tle Ayelen i Aneley. Zdjęcie: makeitabetterplace
 Czy warto wziąć udział w WWOOF?

Według mnie – jak najbardziej! Dla nas było to jedno z najciekawszych, najbardziej unikalnych doświadczeń w życiu. Sporo się nauczyliśmy, poznaliśmy ciekawych ludzi i myślę, że poszerzyliśmy horyzonty. Przy okazji zwiedziliśmy też piękny region. Oczywiście, jest to nasza jedyna przygoda z tego rodzaju wolontariatem. Nie jestem więc w stanie powiedzieć, jak to wygląda na innych farmach. Nasze doświadczenie było bardzo pozytywne, a zawdzięczamy to gospodarzom, na których trafiliśmy, bo były to osoby niezwykle otwarte, życzliwe, inteligentne i świadome w bardzo wielu kwestiach, takich jak historia, polityka, czy ekologia.

Więcej na ten temat:

Strona WWOOF, gdzie można wyszukać oferty wolontariatu w różnych krajach: http://wwoof.net/

Artykuł na temat WWOOF na stronie BBC: http://www.bbc.com/news/world-europe-23683298

Strona na Facebooku, gdzie Carlos i Ayelen reklamują swoje rękodzieło: https://www.facebook.com/pachartesano/

Conservation Atlas, czyli opowieści z końca świata

Podróż szlakiem sanktuariów dzikiej przyrody

Na początku tego roku miałam okazję podróżować przez jakiś czas po Ameryce Południowej. Pod koniec stycznia trafiliśmy z mężem do Punta Arenas – miasta na południowym krańcu Chile. Miejscowość ta sprawiła na nas dość przygnębiające wrażenie. Delikatnie mówiąc, raczej nie tętniła życiem. Jednak cieszymy się, że spędziliśmy tam kilka dni, ponieważ w tym czasie przeżyliśmy spotkanie, które dziś zaliczamy do najciekawszych i najbardziej inspirujących w całej naszej podróży!

Andreea i Justin Lotakowie to młode małżeństwo i autorzy bloga Conservation Atlas. Na początku tego roku spakowali najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyli w podróż, która docelowo będzie trwała aż dwa lata. Spędzili już 7 miesięcy w Ameryce Południowej, teraz są w Stanach Zjednoczonych, a do końca 2018 roku planują odwiedzić jeszcze Nową Zelandię, Malezję, Indonezję, Mongolię, Kazachstan i Rumunię.

Ciekawe, pomyślicie pewnie, tylko czym różni się ta para od innych blogerów i podróżników, którzy rzucają pracę i miesiącami snują się po świecie? To prawda, coraz więcej osób podróżuje w odległe miejsca i często robi to miesiącami, a nawet latami. Jednak w przypadku Andreei i Justina, głównym obiektem zainteresowania nie są popularne turystyczne destynacje, ale dzika przyroda. Odwiedzają oni mało znane parki narodowe lub takie, które dopiero powstają. I dokumentują inicjatywy, jakie podejmuje na rzecz natury lokalna społeczność oraz rządy odwiedzanych krajów. Promują ochronę unikalnych gatunków roślin i zwierząt, zakładanie nowych rezerwatów przyrody, odpowiedzialną turystykę. Miejsca, do których podróżują w wielu przypadkach są trudno dostępne, nie mają żadnej infrastruktury czy bazy noclegowej. Dlatego Andreea i Justin często są zdani na własny sprzęt i życzliwość miejscowych.

Andreea na szlaku w Parku Tantauco -pięknym prywatnym rezerwacie na południowym krańcu wyspy Chiloé (północna część chilijskiej Patagonii). Autor zdjęcia: Justin Lotak

Bardzo polecam Conservation Atlas, bo znajdziecie tam mnóstwo ciekawych opowieści, nieoklepane tematy i nieznane miejsca. A przede wszystkim przepiękne zdjęcia, od których trudno oderwać wzrok.  Mnie udało się przeprowadzić z tą niezwykłą parą krótki wywiad, którym dzielę się poniżej. Opowiadają w nim o swojej misji i dalszych planach oraz o praktycznych aspektach wyprawy. Miłej lektury!

Make It a Better Place: Na czym polega Wasz projekt?

Conservation Atlas:  Jesteśmy organizacją non-profit, promującą ochronę naturalnych ekosystemów, różnorodności biologicznej oraz społeczności żyjących wokół przyrodniczo interesujących terenów. Jesteśmy zarejestrowani w Stanach Zjednoczonych, działalność zaczęliśmy w grudniu 2016 roku. W pierwszej fazie naszego projektu zamierzamy podróżować przez dwa lata (2017 i 2018) do miejsc związanych z ochroną przyrody w 14 różnych krajach. Naszym celem jest opisywanie mniej znanych parków narodowych i rezerwatów, chronionych obszarów morskich oraz prywatnych inicjatyw na rzecz przyrody. Interesują nas też projekty związane z turystyką przygodową i obserwacja dzikiej fauny i flory. Chcielibyśmy zrozumieć, w jaki sposób podróżowanie może przyczynić się do rozwoju gospodarczego społeczności skoncentrowanych wokół obszarów chronionych. Te dwa lata to dla nas czas na naukę i dokumentowanie naszych obserwacji.

Zdjęcia i historie z naszej wyprawy można obecnie śledzić na blogu i w mediach społecznościowych. Po zakończeniu dwuletniej podróży mamy nadzieję opublikować książkę o naszych doświadczeniach, miejscach, które odwiedziliśmy i tamtejszych inicjatywach. Chcemy w niej pokazać, jak podróże mogą przyczynić się do postępu projektów związanych z ochroną przyrody. Mamy też zamiar stworzyć aplikacje-przewodniki dla poszczególnych krajów/regionów. Dzięki nim, podróżujący będą mogli wyszukać obszary chronionego krajobrazu i dowiedzieć się, jak je zwiedzać. Chcielibyśmy, żeby Conservation Atlas stał się cennym źródłem wiedzy, inspirującym podróżników do inwestowania pieniędzy i czasu w przyrodę i zrównoważoną turystykę, opierającą się na lokalnych społecznościach.

Domyślam się, że obecnie w Waszym życiu nie istnieje coś takiego jak rutyna albo “typowy dzień”. Ale czy moglibyście opisać niektóre z zadań, których wymaga Wasza praca?

 To prawda, nasze dni różnią się od siebie, w zależności od tego, gdzie akurat jesteśmy. Dni poświęcone wędrówkom w terenie zwykle zaczynają się od zimnych poranków. Pobudka i wydostanie się z namiotu, gdy na zewnątrz panuje ziąb raczej nie należy do przyjemności. Ale od czasu do czasu robimy przerwy od trekkingu, żeby móc połączyć się z internetem i popracować. Wtedy większość czasu spędzamy przy naszych laptopach, co jest dość dużym szokiem po dłuższym czasie całkowitego odcięcia od świata. Dobre połączenie internetowe jest dla nas kluczowe, bo staramy się publikować wpisy na blogu i zdjęcia w mediach społecznościowych. Do tego dochodzi edycja zdjęć, tłumaczenia wywiadów przeprowadzonych przy odwiedzaniu różnych miejsc, pisanie artykułów na bloga, poprawianie strony, wysyłanie maili. Teraz, podczas naszego krótkiego pobytu w Teksasie, opracowujemy dalszą trasę na Zachodzie kraju, nadrabiamy zaległości w opisywaniu miejsc w Ameryce Południowej i próbujemy zaplanować kolejne 3 miesiące.

Czym zajmowaliście się zawodowo przed rozpoczęciem podróży?

Justin studiował inżynierię mechaniczną i przez 10 lat pracował w sektorze energii odnawialnych, zarządzając budową elektrowni wiatrowych i słonecznych. Andreea studiowała stosunki międzynarodowe i nauki polityczne i przez ponad 4 lata pracowała w branży turystycznej. Ma też doświadczenie w komunikacji, zarządzaniu biznesem i księgowości. Żadne z nas nie ma doświadczenia ściśle związanego z ochroną przyrody. Dlatego traktujemy tę dwuletnią podróż jako proces kształcenia się. Oboje jesteśmy doświadczonymi podróżnikami. Poznaliśmy się w chilijskiej Patagonii w 2013 roku i od tego czasu wciąż się przemieszczamy.

Rezerwat Jeinimeni w chilijskiej Patagonii. W niedalekiej przyszłości stanie się on częścią Parku Narodowego Patagonia, wraz z rezerwatem Tamango i terenami należącymi do fundacji Tompkins Conservation w dolinie Chacabuco. Jest to owoc działań Tompkins Conservation, która ofiarowała rządowi Chile ogromne tereny dla celów tworzenia i poszerzania parków narodowych. Autor zdjęcia: Justin Lotak
Macie kogoś do pomocy przy Waszym projekcie?

Do tej pory byliśmy tylko we dwoje. Ostatnio pozyskaliśmy naszego pierwszego wolontariusza – Jeffa. Jest samozwańczym “fotelowym odkrywcą”, który pomaga nam w tworzeniu map odwiedzanych obszarów 🙂 Mamy mnóstwo pracy, ale też bardzo dużo się uczymy.

Co zainspirowało Was do rozpoczęcia podróży i stworzenia bloga?

Podoba nam się pomysł wykorzystania ekonomicznego potencjału, jaki niesie zrównoważona turystyka do celów ochrony przyrody i wspierania lokalnych społeczności. Na całym świecie organizacje chroniące przyrodę i rządy krajów, tworząc gospodarkę opartą na turystyce, pomagają ludziom odmienić ich dotychczasowe życie. Dawni kłusownicy pracują jako strażnicy leśni i przewodnicy. Osoby niegdyś trudniące się nielegalnym połowem ryb lub wyrębem lasów, dziś pełnią rolę przewodników na wycieczkach z obserwowaniem rekinów lub na leśnych szlakach. Można znaleźć więcej takich przykładów. Oczywiście, to złożony problem, ale w wielu przypadkach jakość życia poprawia się w miejscach, gdzie przyroda jest chroniona, a organizacje wspierają ludzi w zmianie ich stylu życia na bardziej przyjazny środowisku. Odpowiedzialna turystyka jako narzędzie służące ochronie przyrody daje wielu osobom możliwość zaangażowania się. Wszyscy lubimy podróżować, więc jeśli skierujemy tę pasję na doświadczenia związane z naturą wspomożemy finansowo obszary chronione. Dzięki temu będzie można lepiej je rozwijać i opiekować się nimi. Z drugiej strony, zdajemy sobie sprawę z negatywnego wpływu turystyki na środowisko. Dlatego chcemy uświadamiać ludziom znaczenie obszarów, na których żyją i sprawiać, żeby poczuli się z nimi związani. W przyszłości chcielibyśmy tworzyć podręczniki z instrukcjami, jak odpowiedzialnie podróżować i poprzez świadomą postawę zmniejszać negatywne konsekwencje turystyki.

Widok na lodowce w Parku Narodowym Bernardo O’Higgins w południowej części chilijskiej Patagonii. Zdjęcie zostało zrobione w czasie robienia trasy przez Ultra Fiord – miejsca jednego z najtrudniejszych górskich maratonów świata, położonym na najdzikszych terenach regionu. Autor zdjęcia: Justin Lotak

 

Co jest najtrudniejsze w życiu, które obecnie prowadzicie? Czego Wam najbardziej brakuje?

Najtrudniejsze jest chyba pogodzenie podróżowania z prowadzeniem organizacji i obecnością w Internecie oraz tworzeniem wizerunku. Dużo się uczymy, spotykamy różnych ludzi i zdobywamy materiały. Jednak ponieważ zdobywamy je w odległych zakątkach świata, nie zawsze możemy być aktywni w Internecie, na bieżąco prowadzić bloga czy publikować w mediach społecznościowych. Od czasu do czasu martwią nas sprawy finansowe. No i tęsknimy za rodziną, znajomymi i czasem też mieszkaniem w jednym miejscu.

W jaki sposób ochrona przyrody wpływa na lokalne społeczności?

Ochrona przyrody ma bardzo korzystny wpływ na lokalną gospodarkę. Obszary chronione odwiedzają turyści – przyciągają ich piękne krajobrazy, możliwość obserwacji wielorybów, niedźwiedzi lub ptaków czy wędrówki po pierwotnych lasach. Odwiedzający oczywiście zostawiają pieniądze w lokalnych restauracjach, hotelach, u przewodników i w wypożyczalniach sprzętu. Dobrym przykładem jest Park Narodowy Wielkiego Kanionu – w 2016 roku odwiedziło go prawie 6 milionów ludzi, którzy wydali tam w sumie około 650 milionów dolarów. Dzięki temu można stworzyć tysiące miejsc stabilnej pracy, którą można wykonywać latami. Przecież Wielki Kanion istnieje i będzie istniał. To odróżnia turystykę od przemysłu wydobywczego, związanego na przykład z węglem czy ropą – miejsca pracy, po okresie boomu w danym regionie, po jakimś czasie zwykle są likwidowane.

Jak zareagowała Wasza rodzina i znajomi, gdy dowiedzieli się o tej wyprawie?

Szczerze mówiąc, nie byli szczególnie zaskoczeni. Jasne, że dwuletnia podróż to dość szalony pomysł, ale już wcześnie sporo podróżowaliśmy. Poznaliśmy się również w trakcie podróży – w Punta Arenas, w Chile. Jeśli chodzi o sam pomysł i założenie organizacji, to spotkały się one z bardzo ciepłym przyjęciem. Rodzina i przyjaciele bardzo nas w tym wspierali. Niektórzy chcieli nawet rzucić pracę i pojechać z nami.

A jak przedstawiają się kwestie finansowe? Musi być trudno podróżować przez tak długi czas, nie mając stałego źródła dochodu?

Niektórzy ludzie podczas podróży potrafią wydać kilkaset dolarów za noc w ekskluzywnym hotelu, stołują się w słynnych restauracjach i przywożą mnóstwo pamiątek. My zwykle śpimy w namiocie albo korzystamy z Airbnb, a jedzenie przygotowujemy sami z produktów kupionych w supermarketach. W podróży jesteśmy oszczędni, co naprawdę nie jest takie trudne. Jednak w ciągu dwóch lat i tak uzbiera się spora suma. Dlatego, przez 3 ostatnie lata, kiedy jeszcze pracowaliśmy, żyliśmy skromnie i oszczędzaliśmy. I nie kupowaliśmy niepotrzebnych rzeczy. Jeśli na przykład kupujesz używaną Toyotę za 4000 dolarów zamiast nowego SUVa za 35000, możesz odłożyć więcej pieniędzy na podróżowanie.

 Jakie było najbardziej interesujące miejsce/projekt, jakie mieliście okazję zobaczyć? (Domyślam się, że nie będzie łatwo wybrać!)

To faktycznie trudne pytanie!  Zależy, co kto kogo interesuje. Z perspektywy różnorodności biologicznej, najciekawsze są prace prowadzone przez Tompkins Conservation* na mokradłach Iberá w Argentynie. Organizacja stara się przywrócić 6 gatunków, które w tym regionie wyginęły i zrekonstruować cały ekosystem do jego pierwotnego, dzikiego stanu. Z naszego punktu widzenia to ogromny krok w stronę lepszej przyszłości, w której ludzkość ma szansę nauczyć się żyć w harmonii ze środowiskiem naturalnym. Natomiast jeśli chodzi o krajobrazy, to chilijska Patagonia jest po prostu spektakularna – gdziekolwiek nie spojrzeć. Tydzień spędzony w Narodowym Parku Yendegaia, na samym południu Chile, był dla nas magicznym czasem. Nie udało nam się przejść całego parku, tak jak planowaliśmy. Spędziliśmy ten tydzień w jednym miejscu, odkrywając kawałek po kawałku, w trakcie naszych dziennych wypraw i chłonąc krajobrazy w każdym możliwym świetle i kolorze. Tak często przemieszczamy się z miejsca na miejsce, że miło było choć raz odpocząć i po prostu cieszyć się chwilą.

Justin robiący makrofotografie pięknych porostów w Parku Narodowym Yendegaia w Ziemi Ognistej (Chile). Autor zdjęcia: Andreea Lotak
Czy słyszeliście o innych ciekawych projektach związanych z ochroną przyrody w Europie?

Tak, jeden z projektów, które chcielibyśmy udokumentować, kiedy dotrzemy do Europy, nosi nazwę Carpathia i jest prowadzony w Rumunii. Trwają tam prace mające na celu stworzenie dzikiego terenu, na którym chronione byłyby duże zwierzęta mięsożerne, czyli w tym przypadku niedźwiedzie, wilki i rysie. Nie widzieliśmy jeszcze tego na własne oczy, ale sporo czytaliśmy i nie możemy się doczekać, kiedy tam dotrzemy.

Miejsca, które odwiedzacie wielu czytelnikom mogą wydać się bardzo egzotyczne i odległe. Ale większość z nich podróżuje w inne miejsca, może nieco bardziej turystyczne i znane większej grupie ludzi. Co moglibyście poradzić osobom, które chciałyby podróżować w odpowiedzialny sposób, nie szkodząc przyrodzie ani miejscowym społecznościom?

Dobrym pomysłem może być odwiedzenie jakiegoś parku narodowego, w kraju, do którego się wybieracie. W podróżach często koncentrujemy się na dużych miastach, miejscach związanych z historią czy na gastronomii. Tymczasem około 100 krajów na świecie ma parki narodowe i jest bardzo prawdopodobne, że któryś z nich znajduje się blisko miejsca, do którego się wybierasz. Zauważyliśmy, że wiele przewodników nie zawiera informacji o parkach narodowych. Chcemy, żeby Conservation Atlas stał się źródłem wiedzy na ten temat, ale tymczasem warto poszukać trochę w internecie i dowiedzieć się czegoś na temat pobliskich parków. I kiedy zobaczycie te wszystkie zdjęcia, krajobrazy, poczytacie o ekosystemach i gatunkach, możliwe, że postanowicie więcej czasu spędzić w parku, o którym do niedawna nawet nie słyszeliście.

Andreea pochodzi z Rumunii, a Justin ze Stanów Zjednoczonych. Czy moglibyście polecić miejsca warte odwiedzenia w Waszych rodzinnych krajach?

Justin: W Stanach świadomość na temat pomników narodowych i ich odwiedzanie są bardzo istotne dla ich ochrony. Prezydent Trump zarządził rewizję statusu 27 z nich, w związku z czym ich terytorium może zostać zmniejszone lub utracić ochronę. Pomniki narodowe mogą poszczycić się niezwykłymi krajobrazami i różnorodnością i są tak samo wyjątkowe, jak parki narodowe, ale nie są aż tak znane.  Zgodnie z tradycją, na podstawie ustawy Antiquities Act to prezydent nadaje miejscom status pomników narodowych, a w sprawie parków narodowych wypowiada się Kongres. Słynny Wielki Kanion, obecnie park narodowy, niegdyś był pomnikiem. Wiele pomników znajduje się w Kalifornii, np. Sand to Snow albo pustynia Mojave. Najbardziej kontrowersyjne (i często najpiękniejsze) znajdują się w Utah: Grand Staircase-Escalante i Bears Ears.

Andreea: Rumunia jest pieknym krajem, ma wiele wspaniałej przyrody i miejsc dobrych do turystyki przygodowej. Karpaty są domem dużej populacji niedźwiedzi, wilków i rysi, oferują ciekawe, odosobnione szlaki i dobrą infrastrukturę domków i schronisk. Poza tym, Delta Dunaju jest co najmniej warta odwiedzenia.  To miejsce idealne na wycieczki kajakiem lub łodzią po kanałach i lagunach, gwarantujące bliskie spotkania ze stadami ptaków, w tym słynnych pelikanów. Delta Dunaju to jedno z najbogatszych przyrodniczo miejsc w Europie. Samo miejsce jest bardzo spokojne, a miejscowa kultura i zabudowa – po prostu piękne. Dla mnie  to wyjątkowe miejsce. Jeśli zdecydujecie się tu przyjechać, nie spieszcie się. Polecam wycieczkę łodzią do Suliny, która jest dobrą bazą wypadową do odkrywania Delty, w miejscu, gdzie rzeka wpada do Morza Czarnego.

Więcej na ten temat:

Conservation Atlas na Facebooku: https://www.facebook.com/conservationatlas/

* Douglas Tompkins to twórca marek North Face i Esprit oraz ekolog. Jego życie i dzieło stanowią wielką inspirację dla Andreei i Justina, więcej o tej postaci możecie przeczytać pod tym linkiem: https://www.forbes.pl/przywodztwo/tworca-north-face-douglas-tompkins-kim-byl-zielony-milioner/wh8ceg5

Dla osób, które interesują się wolontariatem w Ameryce Południowej – listę organizacji i opis zajęć znajdziecie w napisanej przez Justina książce, dostępnej w formie e-booka pod tym linkiem: https://www.amazon.com/Volunteering-Latin-America-volunteering-Central-ebook/dp/B00LR1AYCU/ref=sr_1_1?ie=UTF8&qid=1502352223&sr=8-1&keywords=Volunteering+in+Latin+America